RETURN

prof. Wiesław Jan Wysocki
WPROWADZENIE DO WYDANIA POLSKIEGO

...z tego obozu, z tego czasu oszustw,
będziemy musieli zdać ludziom żywym relacje
i stanąć w obronie zmarłych...

Byliśmy w Oświęcimiu, Monachium 1946

Niemieckim obozom koncentracyjnym i zagłady poświęcono wiele publikacji i zdawałoby się, iż nie może być już sfer nieznanych. Tymczasem po wielu latach zafałszowania z pierwszych lat powojennych pozostają one wciąż obecne, zaś inne prawdy z wielkim trudem i w niewielkim tylko stopniu przebija się do świadomości powszechnej. Ewidentnym tego przykładem pozostają skandalizujące incydenty z pojawiającymi się insynuacjami o "polskich obozach koncentracyjnych", co winno być zaliczane do tzw. kłamstw oświęcimskich. Opublikowanie w 1989 roku anglojęzycznych wspomnień Konstantego Piekarskiego mogło okazać się ewenementem dla tamtego kręgu kulturowego, ale też nie dokonało przełomu.

Wciąż jeszcze żyjemy pokłosiem posttotalitarnej historiografii utrwalonej i utrwalanej także dziś, petryfikowanej jeszcze przez polityczną poprawność. Na świecie - podobnie jak w Polsce - niewiele wszak wiadomo o tej karcie historii KL Auschwitz, która zaczęła być zapisywana od czerwca 1940 r., zanim wiosną 1942 r. zaczęły się transporty RSHA ludności żydowskiej z całej okupowanej Europy. One właśnie zawłaszczyły dla tej tragedii powszechną świadomość i zdezawuowały wszystko inne.

Dlatego po 60 latach - mimo olbrzymiej literatury martyrologicznej o niemieckich obozach koncentracyjnych - wspomnienia Konstantego Piekarskiego wyróżniają się oryginalnym ujęciem tematu, są niezmiernie atrakcyjne i nowatorskie. Skreślenie odpowiedzialne tych słów wydaje się być wręcz nieprawdopodobne, jeśli wziąć pod uwagę funkcję, jaką pełnią przecież bogate zasoby Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, a jednak...

Wspomnienia Umykając piekłu to relacja ówcześnie młodego, okutego w powiciu 1915 r., polskiego oficera - ppor. Konstantego Piekarskiego. Podczas wojny polskiej 1939 r. walczył w Wołyńskiej Brygadzie Kawalerii w 2 dywizjonie artylerii konnej. Ranny w bitwie pod Mokrą i odesłany do szpitala, zagarnięty został następnie do sowieckiej niewoli, skąd zdołał się wyrwać i uciec na tereny okupacji niemieckiej.

Tam włączył się - dzięki koneksjom rodzinnym z Karolem Laskowiczem - w działania konspiracyjne. Współpracował ze Stanisławem Kazubą, z którym później będzie w przyjaźni w KL Auschwitz. W okupowanej Warszawie zdążył jeszcze wziąć ślub z narzeczoną. Już po wojnie - w 1946 r. - z Londynu, po żonę (uwikłaną w sprawę zabicia agresywnego żołnierza sowieckiego) pojechał do Warszawy, Łodzi i Wrocławia, gdzie ostatecznie odnalazł ją. Razem powrócili w transporcie UNRRA nad Tamizę.

W Anglii odnalazł również rodziców. Ojciec Konstantego - Henryk - był nauczycielem w 2 Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa, później w gimnazjum dla żołnierzy polskich w Londynie. Po 1950 r. działał w szkolnictwie dla Polaków na terenie Kanady. Z przeżyć własnych Henryk Piekarski wydał już w Kanadzie wspomnienia Znad Niemna przez Syberię do Kanady.

Osobiście żałuję, że zabrakło w książce ppor. Piekarskiego relacji z kampanii wrześniowej i pierwszych miesięcy konspiracji, jak też wspomnień z okresu poobozowego. Z dzisiejszej perspektywy jest to już integralny element pokolenia, do którego należał Piekarski. Zresztą Piekarski przekazał tylko niewielką cząstkę swoich losów z pięciu lat spędzonych w kacetach. Aresztowany w 1940 r. przez gestapo i poddany ciężkim przesłuchaniom, 5 września 1940 r. w jednym z pierwszych transportów trafił do KL Auschwitz, gdzie otrzymał Nr P-4618.

Wkrótce, w nocy z 21 na 22 września, do obozu nad Sołą przywieziony został ppor. Witold Pilecki, z którym Piekarski zainicjował wraz z innymi więźniami tajną organizację wchodząc do tzw. czwartej "górnej" piątki. Tam nie załamuje się, ale przeciwnie - wciąga innych do kacetowego ruchu oporu, właśnie pod komendą Pileckiego, późniejszego legendarnego rotmistrza i ofiary komunistycznej zbrodni sądowej. Jego męstwo i jego działalność w Auschwitz do dzisiaj wciąż z trudem przebijają się ponad fałszywe mity o wyniesionych na piedestał i gloryfikowanych ludziach pokroju Cyrankiewicza.

Konstanty Piekarski był jednym z tych świadków, którzy przekazywali Raporty ZOW AK (Rotmistrza Pileckiego) z Auschwitz do Komendy Głównej AK bezpośrednio z oświęcimskiego kacetu. Przesyłano je potem do "polskiego Londynu", by trafiały dalej do sztabów alianckich. Raporty ZOW AK (Rotmistrza Pileckiego) z Auschwitz, których Piekarski jest wspołautorem, datowane są 10 lipca 1943 r. i 12 sierpnia 1943 r. Zawierają one obszerne i dość szczegółowe informacje o likwidacji Żydów i Cyganów, o innych osadzonych w Auschwitz narodowościach, jak też o zbrodniczym jego funkcjonowaniu i katach z SS.

W marcu 1943 r. Współautor Raportów z tej książki wywieziony został w transporcie do KL Buchenwald, co sam określił jako "wywózkę kontrolowaną." Czas obozowego piekła zdołał przeżyć i tuż przed końcem wojny uciekł z obozu w Niemczech. Potem dotarł do Anglii, gdzie ukończył rozpoczęte na Politechnice Warszawskiej studia i uzyskał tytuł dyplomowanego inżyniera. Zajmował się m.in. metalurgią, analizowaniem struktury kości i "usztywniającej" ją wody, wytwarzaniem komponentów włókien aramidowych oraz absorbcją energii przez specjalne powłoki na schronach przeciwatomowych. Doktorat zdobył podczas pracy na Uniwersytecie Waterloo.

Następnie przez ponad 30 lat prowadził wykłady z zakresu metalurgii w Ontario na tej samej uczelni. 'Wysokie kwalifikacje naukowe oraz liczne kontakty z innymi badaczami na świecie umożliwiały Piekarskiemu przyjazdy do Polski. W 1974 roku przybył do Krakowa na Kongres Uczonych Polskich, kiedy to wygłosił serię wykładów o strukturze i mechanice kompozytów kości. Ponownie, kilka lat później, był na warszawskim Kongresie Bioniki. Przybył też w 1981 roku na zaproszenie Politechniki Warszawskiej i prezentował swoją wiedzę o kompozytach. Podczas tego ostatniego pobytu spotkał się ze Stanisławem Kazubą. Dopiero pod koniec życia, pod wpływem przyjaciół i bliskich, zdecydował się skreślić wspomnienia z tragicznych obozowych lat.

Ukończył je w marcu 1989 r. i w tym samym roku zostały one opublikowane w języku angielskim w Kanadzie: Escaping Hell. The Story of a Polish Underground Officer in Auschwitz and Buchenwald. Autor zamierzał przygotować wydanie polskie, ale sterane serce już nie wytrzymało - Konstanty Piekarski zmarł w London (Ontario) 6 grudnia 1990 r.

Przez wiele lat Piekarski unikał powrotu do tematów i klimatów obozowych, spychał je w głąb podświadomości i odsuwał od siebie. Kiedy jednak fala wspomnień w nim wezbrała, przelała się na karty książki, która niewątpliwie zyskała spory rezonans. Nie budzi zdziwienia obserwacja, że w społeczeństwie anglosaskim, nie odróżniającym desperackiego zrywu garstki Żydów w getcie w roku 1943 od powstańczej hekatomby mieszkańców całej Warszawy w 1944 r., nie upowszechnia się we właściwy sposób wiedzy, że w "polskich" obozach koncentracyjnych - poza Żydami - byli Polacy i więźniowie wielu innych narodowości.

W środowisku zachodnim relacja Piekarskiego powinna była wzbudzić zdumienie i najwyższe zainteresowanie. Ukazywały się wszak wcześniej rewelacje (w okresie PRL-u mocno tłumione i wręcz fałszowane) o polskiej konspiracji w KL Auschwitz, o rtm. Pileckim, np. równolegle eksponowane na emigracji w monografii Józefa Garlińskiego,1 a następnie w kraju. 'Piekarski miał prawo uznać, że jego przekaz może być przydatny, wiarygodny i pożyteczny.1 Nie zdążył doczekać pełnej satysfakcji z polskiej edycji swojej książki (planował też jej druk w odcinkach) oraz filmu na niej opartego.

'Wizja przeszłości z doświadczeń Piekarskiego ujmuje Holocaust w ujęciu szerszym, adekwatnym do opisywanej rzeczywistości, w której totalnej eksterminacji byli poddani nie tylko Żydzi, ale też Cyganie, Polacy, Rosjanie i wszyscy inni, uznani przez ideologię rasistowskiego socjalizmu niemieckiego za "podludzi". Budzi to swoistą zazdrość o wyłączność tego określenia, by nie powiedzieć o zawłaszczeniu semantycznym terminu historycznego, co niewątpliwie Piekarskiemu - więźniowi kacetów - musiało dopiec.

Dzisiaj zresztą upowszechnia się przez analogię do Shoah termin Golgota Polska odnoszący się do hekatomby ofiar i bezmiaru cierpienia naszego narodu w czasie drugiej wojny światowej, a także cygańskie Parraimos w odniesieniu do zagłady Cyganów wymienionych w Raportach ZOW AK (Rotmistrza Pileckiego) z Auschwitz. Warto powtórzyć pytanie o aktualność wspomnień Konstantego Piekarskiego. Z punktu widzenia ogólnej faktografii nie wnoszą one niczego nowego, co nie byłoby wcześniej znane historiografii polskiej, choć nie wszystko, co było wiadome, doczekało się akceptacji i pozytywnej oceny. Jest to jednakże jedna z niewielu relacji dokładnie opisująca techniczne elementy wyjątkowo ważnych faktorów z życia konspiracji oświęcimskiej.

Publikacja wspomnień Piekarskiego może wywołać autentyczną dyskusję - chyba jedną z ostatnich - nad faktograficzną spuścizną kacetową. Obraz życia codziennego zza drutów dopełniony został czynnikami decydującymi o przetrwaniu. Ludzie ludziom zgotowali wprawdzie ten los, ale także ludzie na dnie tego losu ratowali innych ludzi.

Nr P-4859 - Witold Pilecki
Konstanty Piekarski zadzierżgnął w KL Auschwitz przyjaźń z więźniem Nr P-4859, Tomaszem Serafińskim, pod którym to nazwiskiem ukrywał się był w obozie Witold Pilecki. Przyjaźń ta przetrwała czas obozowych dni i miała swój szczególny wymiar powojenny. "Kot" określa Pileckiego jako "kapitana polskiego wywiadu". Odnośnie stopnia oficerskiego już wcześniej przedstawiłem go na podstawie dokumentów wojskowych. Warto może tylko w formie anegdoty odnotować okoliczności przyjęcia awansu do stopnia porucznika przez Witolda Pileckiego. Awansowany został w chwili podporządkowania Tajnej Armii Polskiej ZWZ przez gen. Roweckiego i był to awans w drodze wyjątku, gdyż z zasady nie awansowano osób przebywających w kacetach.

Pilecki stwierdził był po prostu, iż jako "Tomasz Serafiński" (dokumentów na to nazwisko używał od jesieni 1939 r. i pod takim nazwiskiem został zarejestrowany w KL Auschwitz) od dawna był porucznikiem. Toteż nie mógł był przedstawiać się jako kapitan kawalerii Wileńskiej Brygady. Wzmiankowana przez "Kota" podległość strukturze wywiadu nie jest do końca pewna i na taką kategoryczność, bez jednoznacznych świadectw, trudno sobie pozwolić.

Ten ppor. 26 pułku ułanów, "przedwrześniowy" dowódca szwadronu "Krakusów" w 77 pp i "wrześniowy" dowódca 2 plutonu kawalerii dywizyjnej (następnie zca dowódcy kawalerii) w 19 Dywizji Piechoty Armii "Prusy", wprawdzie miał niejakie kontakty z "dwójką", czyli II Oddziałem Sztabu Głównego. "Niejakość" tych kontaktów polegała na tym, że pozostawały one nieudokumentowane źródłowo i można było się ich co najwyżej domyślać z różnych kontekstów. W świetle tych ograniczonych przekazów, jak też późniejszych wojskowych przydziałów Pileckiego - "NIE" i II Oddział Korpusu Polskiego we Włoszech - i zażyłości w obozie łączącej Witolda i Konstantego, ten ostatni chyba mógł był tak napisać o swoim przyjacielu. Nie rozwiewa to jednoznacznie wszak wątpliwości.

Od listopada 1941 r. Pilecki znalazł się w Bloku nr 25 i poznał bliżej, a następnie zaprzyjaźnił się z Henrykiem Bartosiewiczem. Tam zaczął organizować kolejną (czwartą) "piątkę" ZOW. Weszli do niej - obok Bartosiewicza - także Stefan Bielecki, ppor. rez. Tadeusz Lech, kpt. Stanisław Kazuba i ppor. Konstanty Piekarski.

Warto dostrzec i to, że choć Konstanty podziwia Pileckiego, nie pozostaje wobec niego bezkrytyczny a niekiedy bywa w swych opiniach dość ostentacyjnie ostry. "Nie miałem całkowitego zaufania do sposobu postępowania Tomasza." - pisał o Pileckim - "Z jednej strony nadmiernie dbał o zachowanie konspiracyjności naszej grupy, a z drugiej nierozważnie rekrutował nowych członków bez zaznajomienia się z ich przeszłością. Nie mogłem mu przebaczyć, że raz zwerbował niemieckiego szpiega." Natomiast w charakterystyce współpracowników dla gen. Grzegorza Pełczyńskiego Witold Pilecki wymienia Konstantego Piekarskiego jako "mistyka" nadmiernie ulegającego Bolesławowi Kuczbarze (Nr 4308). Rotmistrz Pilecki był uprzedzony do niego z powodu niezrównoważonego i lekkomyślnego postępowania w obozie. Był przekonany, że po swojej ucieczce i ponownym ujęciu Kuczbara podjął współpracę z gestapo.

Piekarski snuł - jak każdy uwięziony - plany ucieczki z obozu przez podkop z Bloku nr 28. Przed Bożym Narodzeniem 1942 roku Pilecki, dostrzegając jego zapał do opuszczenia obozu, zasugerował Piekarskiemu sposób ucieczki przez studzienkę kanalizacyjną z placu apelowego podczas osłabionej świątecznym nastrojem czujności esesmanów. Ale nieoczekiwanie w pobliżu wejścia do studzienki Niemcy ustawili drugą choinkę i oświetlili teren wokoło. Tym sposobem okazja nolens volens przepadła...' Wiele wskazuje, że obaj spotkali się po wojnie na Zachodzie, i że Piekarski odwodził Pileckiego od myśli o powrocie do kraju. Nie wierzył w rychłą zmianę reżimu komunistycznego, lecz Rotmistrz z przekonaniem zaangażował się i zapłacił najwyższą cenę.

Raporty Związku Organizacji Wojskowych AK
(Rotmistrza Pileckiego) z Auschwitz

Wspomnienia Piekarskiego uzupełniają raporty, które z kacetu dotarły do Komendy Głównej AK, skąd trafiły do Londynu. Pokazywał je Piekarskiemu po wyzwoleniu, już nad Tamizą, gen. Tadeusz Pełczyński. Raporty te, opracowywane w Komendzie Głównej AK i zapewne oparte na wielu źródłach (aczkolwiek przekazy Piekarskiego mogły być najważniejsze), datowane są: 10 lipca 1943 r. oraz 12 sierpnia 1943 r.

Niezależnie od wyjątkowo cennej faktografii wspomnień zawartych w Umykając piekłu, opisy faktorów obozowych mają wielką dramaturgię. Trzeba jednak pamiętać o braku możliwości weryfikacji informacji podanych przez samego relatora, który czerpał wiedzę o wewnętrznym funkcjonowaniu KL Auschwitz z bardzo przygodnych, choć o wymiernej wiarygodności, źródeł. Siłą rzeczy elementy zbrodni są najbardziej wyeksponowane, gdyż Raporty ZOW AK (Rotmistrza Pileckiego) z Auschwitz miały ekspresyjnie unaocznić światu zewnętrznemu, przede wszystkim zaś aliantom koalicji antyhitlerowskiej, główną funkcję kacetu w postaci eksterminacji bezpośredniej i pośredniej. Dlatego pierwsza forma została szczególnie w tych raportach wyakcentowana. Przekaz naocznego świadka - jednostkowego i zbiorowego, więźnia Nr P-4618 i tysięcy häftlingów, musiał być emocjonalny potęgą doświadczanej zbrodni i nabrzmiały zgromadzonymi faktami zebranymi przez obozowe podziemie.

Raporty ZOW AK (Rotmistrza Pileckiego) z Auschwitz dokumentują niemieckie zbrodnie i ujawniają nazwiska zbrodniarzy. Jednak mimo rozedrganej tragicznymi nutami treści raportów alianci pozostali pełni niedowierzania dla krzyku polskich konspiratorów zza drutów KL Auschwitz i z okupowanego kraju. Długo kazali się przekonywać do zagrożenia odwetem, czy represjami. Aż do końca wojny nie zbombardowali skutecznie linii kolejowych prowadzących do KL Auschwitz...

Sprawa radiostacji więźniarskiej
W obozie siatka konspiracyjna prowadziła przez pewien okres stały nasłuch radiowy. Aparat "zorganizował" w warsztatach radiowoelektrycznych przedwojenny pracownik Polskiego Radia i członek ZOW, inż. Jan Pilecki (Nr P-808). Dr Dering ukrył go w gabinecie naczelnego lekarza SS, w Bloku nr 21, w skrytce umiejscowionej w podłodze pod umywalką. Jako antenę wykorzystano druty telefoniczne rozciągnięte między Blokami nr 21 i nr 28. Lekarze SS przebywali w bloku wyłącznie w ciągu dnia. Nocą dr Dering przez dłuższy czas mógł prowadzić nasłuch, a rano puszczać w obieg zasłyszane wiadomości. Zdjęcie tego aparatu, wykonanego w Fahrbereitschaft, znajduje się w zbiorach muzeum oświęcimskiego.

To jednak nie wszystko. Konspiracja więźniarska dysponowała także aparatem nadawczym(!), którego istnienie dość powszechnie było kwestionowane, także przez osoby zaangażowane w podziemną pracę. Do tej pory było wiadome, iż w lutym 1942 r. Witold Pilecki zdołał dostać się do pracy do szczególnego komanda Funkstelle (ośrodek radiowo-telegraficzny) w komendanturze obozowej. Tam już nieco wcześniej udało się, dzięki Arbeitsdienstowi Mieczysławowi Januszewskiemu, zatrudnić Konstantemu Piekarskiemu. Esesmanom akurat potrzebni byli dwaj kreślarze-kartografowie. Piekarski był oficerem artylerii i na kartografii się znał, toteż spełniał potrzebne kwalifikacje. Obaj oficerowie przez kilka tygodni kreślili mapy, dzięki czemu Pileckiemu udało się szczęśliwie wynieść w największej tajemnicy lampy i inne części radiowe, jak też plik szyfrowanych druków. Posłużyło to do wykonania tajnej radiostacji!

Już po wojnie zaprzeczył informacji o istnieniu w obozie radiostacji ppłk Kazimierz Rawicz (w obozie "Jan Hilkner"), choć z dużą dezynwolturą wcześniej sam przyznał:

"Przez siedem miesięcy mieliśmy własną stację nadawczą, przy której pracował ppor. Alfred Stoessel [...] aż jesienią 1942 r. przydługi nieco język jednego z kolegów był przyczyną, że musieliśmy stację rozmontować."

Wspomnienia Konstantego Piekarskiego dokładnie przedstawiają okoliczności przejęcia aparatu nadawczego przez obozowy Związek Organizacji Wojskowych (ZOW). Relacja Piekarskiego stanowi dopełnienie raportu Witolda Pileckiego, uściśla go i precyzuje w wielu elementach, w tym "transportową i organizacyjną" rolę Alfreda Stoessela, który zainstalował radiostację w piwnicy oddziału zakaźnego bloku szpitalnego. Potwierdza przy okazji przytoczone słowa ppłk Rawicza:

"Niestety, nasze radio było czynne tylko przez około sześć miesięcy. Niemcy szybko złapali nasze sygnały i rozpoczęli gorączkowe poszukiwania ich źródła, biorąc na przesłuchania cały szereg ludzi. [...] Dla gestapo nasze sygnały były niezbitym dowodem istnienia organizacji, którą należy zniszczyć. Obawiając się, że nasze zabezpieczenia były niewystarczające, latem 1942 powzięliśmy decyzję zdemontowania naszego nadajnika."

Czy zatem dalej podtrzymywane będą stwierdzenia, iż Witold Pilecki, Konstanty Piekarski i inni członkowie organizacji koloryzowali, przesadzali, konfabulowali?!

W sprawę radiostacji obozowej wtajemniczonych było tylko kilku więźniów, m.in. por. Antoni Rossa, por. Alfred Stoessel "Fred", ppor. Konstanty Piekarski. Po paru miesiącach krąg ten rozszerzył się niebezpiecznie i zagroził dekonspiracją, co spowodowało wspomnianą decyzję o rozmontowaniu aparatu nadawczego.

Nikt nie kwestionuje, że w domu Jedlińskich i w bunkrze leśnym w podobozowych Jawiszowicach od 1942 r. funkcjonowała radiostacja Inspektoratu Bielskiego AK, mająca łączność z Londynem, prawdopodobnie także z "iskrówką" w obozie. Warto zresztą wspomnieć, że w planach oświęcimskiego ZOW opanowanie radiostacji niemieckiej zajmowało ważne miejsce i miało być zapewne gwarancją powodzenia powstania w obozie, i utrzymania łączności nie tylko z przyobozowymi strukturami konspiracyjnymi, również z centralnymi ośrodkami polskiego podziemia, a nawet z dowództwami aliantów. Dostrzegli to Józef Garliński, Jan M. Gisges, Hermann Langbein, E. Aynat i inni.

Świadek heroizmu o. Maksymiliana
Postać o. Maksymiliana Marii Kolbego (Nr P-16670), franciszkanina i założyciela Niepokalanowa (polskiego i japońskiego), stała się dla więźniów kacetów uosobieniem wszystkich podeptanych za drutami wartości. Czyn ten dla tych, którzy byli jego bezpośrednimi świadkami, lub do których dotarła o nim wieść, był bezprecedensowy.

Tak też przedstawił go w swoich wspomnieniach Piekarski. Wprawdzie Fritzsch i Palitzsch - nie Höss, jak chce autor - byli esesmanami dokonującym selekcji wśród więźniów Bloku nr 14A po ucieczce 29 lipca 1941 roku więźnia Zygmunta Pilawskiego Nr P-14156. Bezpośredni uczestnik zdarzenia - sam ocalony - przedwojenny sierżant WP Marian Gajowniczek Nr P-5659 poświadczał wszystkie okoliczności ocalenia, zanim spoczął po latach na cmentarzu w Niepokalanowie.

Wspomnienie o św. Maksymilianie ma swoje szczególne znaczenie, nie tyle faktograficzne, ile moralne, gdyż swoim czynem uznanym przez Kościół, jako świadectwo heroicznej świętości nadał inny, aksjologiczny wymiar wszystkim, którzy przeszli przez kacety. Już nie można było ich nazywać "niedopałkami krematoriów", czy jeszcze bardziej cynicznie - "mydło". I jakoś mniej bezczelnie przywoływano przedwojenną, daleką od dzisiejszych "poprawności" (co wypominano z wyrafinowaniem), postawę Świętego, zwłaszcza animowany przez niego ruch wydawniczy.

Rola Cyrankiewicza
Józef Cyrankiewicz (Nr P-62933) związany był z konspiracją ZWZ/AK i w jakiś sposób w obozie - z ZOW, choć jego hagiografowie (Hołuj, Syzdkowie, Cyra) twierdzą, iż tkwił nie w ZOW, ale w Kämpfgruppe Auschwitz. Skąd sympatia działacza PPS (WRN), organizacji przecież niepodległościowej, do rodzimych, austriackich i niemieckich komunistów?! w jakim celu tego "komunizującego" Cyrankiewicza komendant Okręgu Śląskiego AK, mjr Zygmunt Walter-Janke, upoważnił do kierowania pracami wojskowymi na terenie obozu?!

Jest oczywiste, że powojenna, oficjalna biografia Cyrankiewicza, była mocno zmistyfikowana. Tylko naiwni mogą ją przyjmować za wiarygodną. Na losie rtm. Pileckiego i innych "współwięźniów" oświęcimskich "żelazny premier" mocno zaważył. Nie ma wprawdzie bezpośredniego, materialnego dowodu, że Cyrankiewicz przesłał sądowi wojskowemu w 1948 r. "list potępieńczy" w sprawie Pileckiego i jego towarzyszy. Jako premier podpisał jednak wniosek o ekstradycję "zbrodniarza obozowego" z KL Auschwitz "dr Dehringa". Świadomie podkreślał przy okazji niemieckojęzyczną pisownię nazwiska dr Deringa, choć wiedział o jego roli w konspiracji obozowej. Nie podpisał (przeciwnie - oburzył się na organizowanie takiej akcji!) zbiorowej petycji współwięźniów w obronie rtm. Pileckiego, a niektórzy jej sygnatariusze mieli prawdopodobnie z tego powodu - z wykorzystaniem różnych pretekstów - kłopoty z UB.

Cyrankiewicz aresztowany został przez Niemców w Krakowie 12 maja 1941 r. i po kilkunastomiesięcznym pobycie na Montelupich 4 listopada 1942 r. trafił do KL Auschwitz. Wielu więźniów z "górnych piątek" zaangażowanych w obozową konspirację zapłaciło zbliżenie z nim śmiercią. Oświęcimska legenda "konspiratora" Cyrankiewicza każe pytać, dlaczego współtowarzyszom obozowego ruchu oporu nie przekazał informacji o swoich kontaktach z prominentami SS w obozie? Dlaczego odmówił ucieczki w sytuacji (rzekomego?) zagrożenia? Dlaczego fałszował rzeczywistość kacetową? Itd...

Zbyt wielu byłych więźniów obozu miało wątpliwości w sprawie roli Cyrankiewicza lub oskarżali go wprost o zdradę - konfidenckie układy z obozowymi nazistami i późniejsze, powojenne zaprzedanie się komunistom. Piekarski należał do tych, którzy nie mieli żadnych wątpliwości, jaką rolę pełnil późniejszy "żelazny premier".

Transport do KL Buchenwald
Ponad 7000 polskich więźniów w marcu i kwietniu 1943 r. przemieszczono z KL Auschwitz do innych kacetów. Byli to więźniowie najdłużej przebywający w obozie i na ogół zatrudnieni w tzw. dobrych komandach. Była to próba dezintegracji struktur konspiracyjnych, istniejących w obozie oświęcimskim i ich powiązań z przyobozową partyzantką, o której Niemcy dość dużo, choć szczęśliwie mało konkretnie, wiedzieli. Wśród wywiezionych był ppor. Konstanty Piekarski. Miało to spotkać także rtm. Witolda Pileckiego, ale dzięki symulacji choroby (założył na czas "badania lekarskiego" pas rupturowy) uniknął transportu. Wielu konspiratorów zdołało się wywinąć od wyjazdu, dzięki czemu praca podziemna w obozie była kontynuowana.

Statystyka czyli spór o liczby
Witold Pilecki w swoim raporcie oświęcimskim pisał: "Gdy wychodziłem z Oświęcimia zapamiętałem numer bieżący 121 tysięcy z czymś. Żyjących, takich, którzy wyjechali transportem i zwolnionych było około 23 tysięcy. Zginęło około 97 tysięcy numerowanych więźniów. Nie ma to nic wspólnego z ilością ludzi, których masami, bez ewidencjowania, gazowano i palono. Tych, na podstawie obliczeń codziennie prowadzonych i notowanych przez pracujących w pobliżu komanda, do chwili mego wyjścia z Oświęcimia, zginęło ponad dwa miliony [podkreśl. WJW]. Podałem te liczby oględnie, żeby nie przesadzić, uważam raczej, iż codziennie podawane liczby należałoby przedyskutować dokładnie. Koledzy, którzy tam dłużej siedzieli i byli świadkami gazowania dziennie po osiem tysięcy ludzi podają liczbę plus minus pięciu milionów ludzi [jw.]."

Krytyczne ustosunkowanie się do "gorących" przekazów osób z kręgów konspiracji więźniarskiej nie wystarczy zbyć zdawkowym określeniem, iż podana liczba ofiar jest zawyżona. Jest faktem, iż Komisja Sowiecka w 1945 r. oraz dane z ankiety grodzkiej z lat 1945- 1946 określiły liczbę polskich ofiar obozu na 5,5 mln ludzi, przyjmując nadgorliwe oświadczenia ujętych oprawców i ogólne obliczenia o wydolności pieców krematoryjnych (dodatkowo trzeba pamiętać o liczbach więźniów spopielonych w stosach paleniskowych). Wielkie te liczby przyjmowano dość bezkrytycznie jako oczywiste.

Po latach pojawiła się tendencja - pod pozorami wiarygodności - minimalizowania strat. Według danych opartych na źródłach archiwalnych białoruskich, ukraińskich, rosyjskich (wszakże przy zastrzeżeniach archiwistów i historyków polskich), liczba deportowanych Polaków z ziem kresowych została określona na niespełna 300 tys. To oczywisty nonsens i dali temu wyraz badacze ze strony polskiej, gdyż ok. 2,2 mln to ofiary (w tym obywatele polscy narodowości żydowskiej) okupacji niemieckiej ze wschodnich terenów Rzeczypospolitej, a 1,5 mln - deportacji i "gułagu" sowieckiego. Niektóre ośrodki krajowe jednakże kwestionują te ustalenia i też mocno je zaniżają. Bezceremonialność i arbitralność wobec spuścizny oświęcimskiej są bardzo podobne.

Przyczynkiem do danych "produkcyjnych" kacetu nad Sołą mogą być wielkości dostaw gazu "Ziklon B". Firma Tesch-Stebenow z Jaworzna dostarczyła na potrzeby KL Auschwitz cyklonu B - tylko w 1942 r. - 8,2 t, w 1943 r. - 13,4 t, zaś w 1944 r. - przynajmniej dwa razy tyle, co w poprzednim roku. Wiadomo, że w krematorium II i III dla zabicia jednorazowo 1500-2000 osób zużywano 6 kg cyklonu, a do celów dezynfekcyjnych zużyto w latach 1942- 1943 ok. 2 t tego środka. Do obozu cyklon dostarczała też inna firma - Degesch z Dessau oraz z Jaworzna, choć wykazy ilościowe nie zachowały się. Czyżby te dane zostały zignorowane przez badaczy problemów oświęcimskich!?

Relacja "Kota"
Piekarski stworzył w swoim przekazie wspomnieniowym pewnego rodzaju syntezę wizji obozowej, gdzie dokument epoki egzemplifikowany jest przez paraliteracki opis drugoplanowych postaci, skupiających cechy typowe dla kilku osób danej nacji. W sensie ścisłości jest to element typu licentia poetica, choć typologicznie zasadny i werystyczny. Trzeba podkreślić też moralny i pedagogiczny wymiar wspomnień Piekarskiego. Nie ma w nich zapiekłości wobec katów, czy ksenofobicznych akcentów wobec współwięźniów. Oprawców dostrzegał i wśród Niemców, i wśród Polaków, Ukraińców, Żydów... Wszak zdobył się na stwierdzenie:

"[...] nawet tak wielki naród, który wydał takich geniuszów jak Kant, Schopenhauer, Goethe, Schiller, Beethoven, Wagner i Bach, zniżał się do poziomu kryminalistów rządzących w obozach."

Wspomnienia "Kota" powstały po wielu latach od czasu kacetowej traumy i pod ciśnieniem informacji późniejszych. Wiele szczegółów mogło ulec zatarciu, wiele też mogło zostać przesadnie wyeksponowanych. W rezultacie pojawiają się w jego relacji niezręczne zwroty. Np. stwierdzenie, iż w przypadku powstania w obozie i ataku na pilnowane przez trzech wartowników magazyny broni SS (zwane przez Piekarskiego cokolwiek archaicznie zbrojownią), dokonać tego mieliby "nasi komandosi" to ewidentne naleciałości późniejsze... i bodajże uczynione "pod czytelnika anglosaskiego". Polskiego czytelnika zapewne nieco to razi.

Relacja "Kota" Piekarskiego po 60 latach od zamknięcia totalitarnej "epoki pieców" należy do literatury faktu, która poświadcza wymiar, mało utrwalony w świadomości pokolenia "karmionego" martyrologią zideologizowaną i przekłamaną. Przypomnijmy wymiar niepodległościowego zaangażowania polskiego oficera w konspiracyjną działalność w KL Auschwitz, miejsce nazwane "piekłem". Konstanty Piekarski miał to szczęście, że "piekłu umknął" i pozostawił świadectwo swego pobytu w niemieckim infernum.

Wydanie publikacji w języku polskim stało się możliwe dzięki zabiegom i wysiłkom Fundacji imienia Autora z kanadyjskiego Calgary.

W wydaniu polskim wprowadzono nowe przypisy. Zamieszczono też w Aneksie krótkie streszczenie losów grupy oficerów z 2 Wołyńskiej Dywizji Artylerii Konnej w Dubnie, z którymi od 1937 r. służył razem ppor. Konstanty Piekarski. To interesujące uzupełnienie w opracowaniu dr Stefana Pągowskiego wypełnia niejako brak wcześniejszych wspomnień o losach Autora i jego współtowarzyszy, przynajmniej z okresu walki w wojnie z Niemcami w 1939 r.

Dodano też nowe, przedtem niepublikowane, ilustracje Mariana Kołodzieja oraz ustalono nazwiska autorów, w tym rysunku Apel - Władysława Siwka. Pozostale rysunki Mieczysława Kościelniaka i Stanisława Gutkiewicza - ze względu na niewyjaśnioną sprawę praw autorskich - zostały pominięte w porównaniu do rysunków reprodukowanych w oryginale wydania kanadyjskiego. Dla łatwiejszego wyszukiwania informacji polski wydawca wprowadził też indeksy: osobowy i tematyczny.

Zdjęcia pochodzą ze zbiorów: O.O. Franciszkanów w Niepokalanowie, Muzeum w Buchenwald, Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, Mariana Kołodzieja, Janiny Siwek i Konstanty Piekarski Memorial Foundation. Zdjęcie Karla Fritzscha zamieszczono dzięki uprzejmości płk Frencha MacLeane'a, Falls Church, VA.

RETURN