POŻEGNANIE Z EUROPĄ

 

W Ludwigsburgu po zarejestrowaniu się na emigrację w biurze IRO dostaliśmy zakwaterowanie w  wielkim budynku, pewnie po jakiejś szkole, o wnętrzu przerobionym na coś w rodzaju przytułku dla bezdomnych. Niewielkie pokoiki mieściły sześć do ośmiu osób i wyposażone były w piętrowe prycze. Wyjścia z poszczególnych pokoi prowadziły zwykle przez inne pokoje.

 

Każde piętro miało wspólne ubikacje i umywalnie. Jedynym, częściowo prywatnym miejscem była powierzchnia przydzielonej pryczy. Towarzystwo było międzynarodowe i w jednym pokoju można było często słyszeć pięć różnych języków. Oczywiście męskie i żeńskie kwatery były na różnych piętrach, ale ponieważ było tam wiele rodzin, więc w ciągu dnia w pokojach widziało się dzieci i kobiety. Co do tych ostatnich to czasem, mimo przepisów, zostawały one na noc, i nikt się nie pytał, czy mają świadectwo ślubu.

 

Utrzymywanie czystości w pokojach należało do mieszkańców. Zwykle był w każdym pokoju jakiś starszy facet, który za niewielką składkową opłatą sprzątał pokój i pilnował przed kradzieżą. Każdy z mieszkańców musiał również "odrobić" raz na jakiś czas dyżur w kuchni przy myciu garnków, czy też obieraniu kartofli. Jadalnia była wspólna na parterze. Każdy miał przydzielone kartki uprawniające go do trzech posiłków dziennie. Gorzej było z praniem. Po miesiącach spędzonych przy armii amerykańskiej, człowiek już przywykł do czystej bielizny i podobnych "luksusów".  Któregoś dnia udało się nam z Jankiem pożyczyć blaszaną wanienkę i korzystając z ciepłej wody w umywalni, która była tylko w pewnych godzinach, namoczyliśmy nasze wspólne kilkutygodniowe pranie, dodaliśmy dość mydła w proszku i zostawiliśmy na noc pod pryczą, żeby "namokło". Namoknąć to ono i namokło, ale gdyśmy na drugi dzień wyjęli to, żeby przeprać i wypłukać, okazało się, że nastąpiła wymiana kolorów między naszymi mundurowymi czarnymi koszulami, a resztą. Ponieważ nasza tzw. bielizna była orginalnie koloru khaki, to przybrała ona tylko kolor jeszcze bardziej "ochronny". Najbardziej ucierpiały nasze lekko kremowe pidżamy; były teraz w bardzo artystycznie rozmieszczone czarne plamy.

 

Według amerykańskich regulacji i jako oficjalnie cywilni pracownicy przeszliśmy po zwolnieniu z kompanii na "niemiecką gospodarkę". Uprawniało nas to do pobierania zasiłku bezrobocia, ale również nakładało obowiązek przyjęcia zaofiarowanej pracy jeżeli to się zdarzy, co było raczej mało prawdopodobne.  Mnie jednakże przydarzyło się to na kilka dni przed wyjazdem do Kanady. Wysłano mnie do jakiegoś przedsiębiorstwa budowlanego, ale kiedy wyjaśniłem właścicielowi, że za tydzień wyjeżdżam, napisał na skierowaniu, że się nie nadaję do tej pracy.

 

Święta Bożego Narodzenia zeszły nam prawie niezauważone, bo zostaliśmy zwolnieni 22-go grudnia i byliśmy w trakcie przeprowadzki do Ludwigsburga. Chandra dopadła mnie dopiero w wigilię Nowego Roku.

 

Siedzieliśmy w naszym pokoiku chyba sami, bo tego wieczora wszyscy inni gdzieś poszli. My nie bardzo mieliśmy gdzie iść, choć znajomy Janka, którego siostra mieszkała prywatnie na mieście, zapraszał, by przyjść wieczorem. Ja, co mi się bardzo rzadko zdarzało, czułem się podle i nie miałem ochoty się ruszyć. Janek też z jakichś względów nie chciał iść, choć przypomniawszy sobie, że to Sylwestra, późnym już wieczorem poszedł na miasto kupić jakiegoś trunku. Było tam w pokoju czyjeś radio. Zlazłem z mojej pryczy,  włączyłem je i zrazu od niechcenia, a potem coraz bardziej gorączkowo zacząłem szukać. Szukałem długo; noc sylwewstrowa zawsze pełna jest dźwięków w eterze. Już miałem dać za wygraną, gdy nagle z głośnika popłynął, jak pozdrowienie, srebrzysty dźwięk Hejnału Mariackiego. Na chwilę..., na kilkadziesiąt uderzeń serca..., nim strzała tatarska przebiła gardło trębacza..., byłem w domu.

 

Janek wrócił zły, bo musiał iść aż na dworzec kolejowy, żeby kupić coś do picia. Przyniósł coś, co miało być niemieckim wydaniem śliwowicy, ale było tak okropne w smaku, że nawet woda kolońska domowej roboty, którą kiedyś kosztowałem, smakowała lepiej i przyjemniej się odbijała. Niepocieszeni poszliśmy spać. Zaraz po Nowym Roku zaczęło się dla nas wysiadywanie po różnych emigracyjnych biurach w oczekiwaniu swej kolejki. Było to trochę jak targowisko żywym towarem, z tą różnicą, że ten towar sam dobrowolnie się zgłaszał.

 

Zapotrzebowanie już było niewielkie. Australia brała tylko młode rodziny na rozmnożenie. Stany Zjednoczone tylko tych, którzy znaleźli się w Niemczech do 45-tego roku i to tylko sponsorowanych. Dla nas dwóch jedyną nadzieją było, że przyjedzie wkrótce z  Kanady "kupiec", to jest agent rządowy poszukujący robotników do cięcia lasu, pracy w kopalniach złota, itp.

 

Na nasze szczęście ów "kupiec" nadjechał i zostaliśmy, po dłuższym czekaniu na naszą kolejkę, dopuszczeni przed jego oblicze. Scena tutaj była z kolei bardzo podobna do handlu końmi, z tą niewielką różnicą, że przegląd odbywał się w budynku, a nie na placu targowym, i że koniowi nie można np. kazać robić przysiadów, które to, wśród wielu innych sprawdzianów sprawności fizycznej, musieliśmy wykonywać (nie mówiąc już o wspólnym z końskim targowiskiem zaglądaniu w zęby, oczy, uszy i nos). Poza tym, że nikt nas nie poklepywał po grzbiecie, nie traktowano nas gorzej niż normalnie traktuje się konie. W duchu podziękowałem moim dentystycznym kolegom z Frankfurtu, że mi usunęli zepsute zęby.

 

Po "kupcu" trzeba było przejść przez kanadyjskie biuro emigracyjne, gdzie mogli odrzucić za byle głupstwo, jak np. gdy podejrzewali, że ktoś skłamał podając poziom swego wykształcenia. Osoba odrzucona przez "emigrację" jednego kraju, była już automatycznie odrzucana przez inne.

 

Wreszcie krytyczne: "security and visa officer". Urzędnik ten stał na straży interesów swego kraju pilnując, żeby niepożądane elementy pod względem politycznym i kryminalnym nie dostały wizy wjazdowej. Tutaj znowu osobnik odrzucony przez urzędnika "security" jednego kraju miał automatycznie drogę zamkniętą do innych. Jednym ze sprawdzianów dobrego prowadzenia się kandydata na emigrację była jego możność wyliczenia się z każdego niemal tygodnia spędzonego na terenie okupowanych Niemiec wstecz, aż do 1945-go roku.

 

W dużym stopniu było to konieczne, gdyż ludzie spędzający całe lata w obozach bez zajęcia, często zajmowali się kradzieżą, zbrojnym rabunkiem, itp. Z każdego obozu, z każdej kompanii trzeba było mieć zwolnienie z poświadczeniem dobrego prowadzenia się wydanym przez odpowiednie władze lub zaświadczenie z niemieckiej policji kryminalnej.

 

Kiedy przyszła moja kolej i "security" oficer spytał mnie po niemiecku, jakie mam wytłumaczenie na okres kilku miesięcy między moim policyjnym zaś-wiadczeniem z Hamburga w lutym 1950-tego roku, a wstąpieniem do kompanii we Frankfurcie tego samego roku, odrzekłem patrząc mu bezczelnie w oczy, że może się o tym dowiedzieć  w Lancaster House w Berlinie, pokój 272. Spojrzał na mnie z zainteresowaniem i bez słowa podpisał zezwolenie na moją emigrację do Kanady. Znowu w duchu podziękowałem memu znajomemu Anglikowi z wywiadu, który, choć znał mnie tylko od kilku dni, postapił ze mną prawdziwie po koleżeńsku, według najlepszych zasad angielskiej "fair play", dając mi znak rozpoznawczy.

 

W pierwszych dniach lutego - właśnie skończyłem dwadzieścia sześć lat - załadowali nas na pociąg i powieźli na północ, ku morzu. Po wielu godzinach jazdy (nie był to pociąg pospieszny) wysiedliśmy w obozie załadunkowym w miejscowości Bremen-Tirpitz. Obóz ten prowadzony przez IRO służył do kompletowania list pasażerów na najbliższy okręt płynący za ocean. Była to zarazem kwarantanna, sprawdzanie potrzebnych na wyjazd szczepień, itp. Jeśli ktoś w ciągu blisko dwutygodniowego pobytu tutaj zachorował, nawet gdy to był zwykły katar, to musiał czekać na następny okręt.

 

Na kilka dni przed odjazdem przybył, również w drodze do Ameryki, transport polskich uchodźców ze Szwecji. Mieli oni również płynąć tym samym okrętem. Większość tych ze Szwecji to byli tak jak my, dość świeżo z Polski, toteż zawarliśmy kilka znajomości, które z czasem przerodziły się w przyjaźń.

 

Nasza grupa" niemiecka" byli to przeważnie Żydzi,  byli obywatele polscy, dużo Ukraińców, którzy jechali "za Polaków", też z powodu obywatelstwa; reszta to wschodnio-europejska mieszanka. Wszystko razem przeszło półtora tysiąca, większość samotnych mężczyzn, trochę rodzin z dziećmi. W przeddzień  wyjazdu, tych wszystkich co jechali do Kanady zaangażowani przez "kupca", zawołano do biura i dano każdemu z nas do podpisania kontrakt  - zobowiązanie do pracy przez rok w miejscu i za zapłatą określoną przez rząd kanadyjski. Kontrakt był po angielsku z tłumaczeniem w języku niemieckim. Mam do dziś jego kopię.

 

W dniu czternastego lutego wsiedliśmy znów do pociągu i po może dwugodzinnej jeździe wysiedliśmy nad brzegiem morza w niewielkim, amerykańskim porcie dla transportów wojskowych. Przy betonowym nadbrzeżu stał transportowiec marynarki amerykańskiej USNS Gen. R. M. Blachford. Ponieważ załoga tego okrętu była tylko minimalna, już w obozie zorganizowano coś w rodzaju trzech plutonów  spośród pasażerów do pomocy w obsłudze i utrzymaniu porządku w czasie podróży. Zostałem mianowany dowódcą jednego z tych plutonów, Janek dowodził drugim, a Maciek Szymański, który przybył z żoną ze Szwecji, trzecim. Poza tym pewna liczba niewiast zgłosiła się do pomocy w kuchni.

 

Ci z nas, którzy zgłosili się do tych służb, pierwsi zostali wpuszczeni na okręt i zakwaterowani, po czym zaczęli pomagać w załadowaniu innych, zwłaszcza rodzin z dziećmi. Trwało to prawie do wieczora. Masę było rozgardiaszu i nawet histerii. Niektórzy dostawali morskiej choroby z chwilą, gdy postawili stopy na pokładzie przycumowanego okrętu. Wczesnym rankiem, piętnastego lutego 1951-go roku, stałem oparty o barierę pokładu, patrząc jak brzeg z wolna zanika w lekkiej mgle poranku. Choć to tylko brzeg niemiecki, ale zawsze to Europa, kontynent, który mnie wydał, na którym wszystko, co mi drogie, zostało. O kilka kroków jakaś kobieta w średnim wieku, również wpatrzona w oddalającą się ziemię, wycierała chusteczką zapłakane oczy.