KOLEJNA FUNKCJA-KIEROWNIK KANTYNY

 

Do Stuttgartu przyjechałem wieczorem i nie było sensu szukać po nocy Böblingen, bo i tak nie wpuściliby mnie o tej porze, i spędziłbym noc na dworze. Była to już wczesna jesień i nie miałem na to ochoty. Wiedziałem, że jest w Stuttgarcie duży obóz emigracyjny, więc miałem nadzieję, że może mnie tam przenocują. Znalazłem obóz bez większego trudu. Wartę na bramie pełnili "kompanijni" Polacy. Rozłożyli ręce, że nic nie mogą zrobić, gdyż obóz jest przepełniony po brzegi. "Tylko w obozowym areszcie są jeszcze wolne miejsca" - zażartował jeden z wartowników. Spytałem, czy pozwolą mi przespać się w wolnej celi. Spojrzeli na mnie trochę jak na wariata, ale zgodzili się. Cela była bardzo czysta, z kilkoma  kocami na pryczy. Rano dotarłem bez trudu do Böblingen.

 

Na olbrzymim terenie ogrodzonym murem i żelaznym płotem mieściło się tam kilka batalionów Amerykanów i polska kompania w budynkach byłych koszar Wehrmachtu. Na bramie musiałem się wytłumaczyć kogo znam wewnątrz i w jakim celu przyjechałem. Straż była amerykańska, ale ku memu zdziwieniu jeden z tych "Amerykanów" okazał się być Polakiem z kompanii. Wyjaśnił mi, że tutaj Polacy na codzień noszą tego samego koloru umundurowanie, co i Amerykanie. Okazało się, że stosunki polsko-amerykańskie na terenie 51-st Armored Medical Batalion, U S Constabulary, w którym miałem honor służyć, były bardzo przyjazne, głównie dzięki dowódcy batalionu, col. Taylor. Mieliśmy jednakowe umundurowanie i nosiliśmy te samą odznakę batalionu, która miała motto: "Always with you" (Zawsze z tobą). Polacy i Amerykanie mieszkali w tych samych koszarach; jedna sala amerykańska i jedna polska na każdy pluton. Właściwie orginalnie obie narodowości mieściły się w tych samych sypialniach, ale na obustronne żądanie rozdzieliły się. Polacy szczycili się pięknym dębowym parkietem podłóg, które codziennie pilnie froterowali. Większość z nich pierwszy raz w życiu miała parkiet w swoich sypialniach, podczas gdy Amerykanie mniej na to zwracali uwagę.  Z drugiej znów strony, będąc w tych samych sypialniach, Amerykanie zwykle dali się Polakom namówić na wieczorowego pokera, którego zwykle przegrywali do bardziej "doświadczonych" Polaków.

 

Jeśli chodzi o służbę, to do każdej medycznej kompanii przydzielony był pluton Polaków, którzy pełnili funkcje kierowców na wozach ambulansowych, aptecznych i ekwipunkowych. Poza służbową kompanią, która zmieniała się co tydzień i zajmowała się porządkiem, pocztą, odwożeniem prania i zaopatrzeniem, reszta po pobudce i śniadaniu wychodziła do samochodów, wewnątrz których przeważnie grano w karty aż do "lanczu" (lunch), czyli południowego lekkiego posiłku. Po południu znów to samo, aż do kolacji, po której było wolne.

 

Każde piętro w budynku zajmowała inna kompania. Komenda dotycząca nas pochodziła bezpośrednio od amerykańskich dowódców kompanii.  Polskich oficerów trzymano jedynie dla celów wypełnienia etatów i mieli oni niewiele do powiedzenia. Jeden z nich ppor. rezerwy, w cywilu inżynier chemii, był w kompanii nauczycielem języka angielskiego. Inni oficerowie, dobrze płatni i wygodnie zakwaterowani, starali się nie włazić ludziom w oczy. Właściwie władzą naprawdę to byli sierżanci. Na zawodowych sierżantach opiera się armia amerykańska. Pozwalają oni zwykle oficerom kontraktowym pobawić się trochę w wojsko, ale cała strona administracyjna, materiałowa i szkoleniowa jest w rękach sierżantów. Dwóch z pośród sierżantów w naszym batalionie  było Polakami z pochodzenia. Jeden z nich, sierżant Mierzejewski, znany w armii jako Murphy (czyt.Myrfy), ponieważ "Mierzejewski" było niewymawialne nawet dla niego samego, był szefem magazynów mundurowych. Jego pomocnikiem i prawą ręką był Janek.

 

Co do magazynów, to zwykle cierpią one na braki, z których trudno się wytłumaczyć. W przeciwieństwie do tego, kłopotem magazynów w armii amerykańskiej były nadwyżki. Toteż kiedy spodziewano się inspekcji, a warto nadmienić, że inspekcje nigdy nie były "niespodziewane", to wówczas ładowało się do jednego z ambulansów wszystko, czego było w mundurowym magazynie za dużo, i kierowca musiał jeździć przez kilka godzin po ulicach Stuttgartu, aż inspekcja odjechała.

 

Z tymi inspekcjami to były różne historie. Jak już wspomniałem, termin inspekcji był zawsze z góry wiadomy. Każdy z dowódców starał się oczywiście, żeby jego kompania wypadła jak najlepiej. Nikt jednak nie mógł przewyższyć dowódcy trzeciej kompanii, który zawsze na kilka dni przed inspekcją zarządzał malowanie terakotowych podłóg sali prysznicowej kompanii na kolor krwisto-czerwony.  Ponieważ farby było dosyć (Niemcy wypełniali zapotrzebowania materiałowe aliantów w ramach reparacji wojennych) i żeby uniknąć zbytniej roboty, nasi chłopcy, na których to zadanie zwykle spadało, po prostu rozlewali tyle farby, by pokryć całą powierzchnię dość grubą powłoką. Przez kilka następnych dni, kiedy farba schła, trzecia kompania musiała korzystać z urządzeń sąsiadów na innych piętrach, co nie było przez nich mile widziane. Inspekcja wypadała wspaniale i większość farby zmywała się w ciągu tygodnia, zostawiając brzydkie, czerwono-brudne plamy aż do nastepnego razu.

 

Co do kwater żołnierskich, to każdy z nas miał przy łóżku szafę na ubranie i sprzęt osobisty. Szafa ta była zawsze przygotowana do inspekcji. Rzeczy do codziennego użytku trzymało się w worku podróżnym (duffel bag), który inspekcji nigdy nie podlegał.

 

Przez kilka pierwszych tygodni obijałem się tak jak i większość innych mając niewiele do roboty. Raz nawet zaangażowano mnie do malowania łazienek na czerwono. Na szczęście dla mnie zaistniała sytuacja, dzięki której i za protekcją Janka (który zawdzięczając swej przyjaźni z magazynierem miał pewne wpływy na tym terenie) znalazło się dla mnie coś lepszego do roboty. W obrębie garnizonu armii amerykańskiej nie wolno było sprzedawać napojów alkoholowych. Natomiast nasze kompanie "robocze", jako organizacja oficjalnie niewojskowa,  miały prawo do kantyn, w których np. piwo mogło być sprzedawane. Dzięki współpracy dowództwa garnizonu znaleziono rozwiązanie wygodne dla obu stron: Polacy mieli kantynę z alkoholem, a Amerykanom wolno ją było odwiedzać po  godzinach służbowych.

 

Sama kantyna była czymś w rodzaju spółdzielni powstałej z wkładów polskiego personelu. Prowadził ją jeden z naszych podoficerów, bardzo zresztą "oblatany" młodzieniec, ale komisja rewizyjna miała jakieś zarzuty co do jego kierownictwa. Potrzeba było kogoś, kto poradzi sobie z księgowością i innymi problemami restauracyjnego przedsiębiorstwa.

 

Ponieważ tak się złożyło, że miałem pewne doświadczenie w tej branży i nikt inny z kwalifikacjami się nie zgłosił, więc wylądowałem jako kierownik kantyny. Stanowisko to, poza czymś pożyteczniejszym do roboty niż malowanie na czerwono terakotowych podłóg, dawało mi pewne przywileje. Nie musiałem już wstawać na ranną pobudkę i być w łóżku o północy. Poza tym byłem zwolniony od wszelkiej służby koszarowej. Kantyna sama, po wyprowadzeniu jej z istniejącego bałaganu, nie nastręczała mi wiele pracy. Miałem do pomocy dwóch ludzi, którzy również byli wolni od innej służby i zajmowali się sprzedażą. Główną pozycją w naszym menu było miejscowe piwo, które Amerykanie wypijali w fantastycznych ilościach. Dwa były główne powody powodzenia naszej kantyny, oczywiście poza piwem. Pierwszy to, że była na miejscu, nie trzeba było przepustki, i w razie spicia się koledzy lub patrol służbowy dostawiał delikwenta do jego własnego łóżka bez okradzenia go, co się często zdarzało na mieście. Drugim powodem było, że żołnierze, którzy w kilka dni po wypłacie zwykle nie "śmierdzieli" centem, bo albo "oczyściły" ich miejscowe przyjaciółki, w dzień wypłaty już wyczekujące pod bramami garnizonu, lub też przegrali swe zarobki w karty. W naszej kantynie mogli pić na kredyt. Zbieranie długów nie nastręczało większych trudności.

 

Amerykański sierżant, który z ramienia dowództwa miał nieoficjalny nadzór nad kantyną, zawsze dopilnował, żeby wszystko było zapłacone, i ponieważ Amerykanom bardziej zależało na kantynie niż naszym, on i inni sierżanci bardzo byli we wszystkim pomocni. Czy potrzebny był jeep do jazdy po zakupy, czy kilku ludzi do sprzątania; wystarczyło poprosić odpowiedniego sierżanta. Oczywiście przysługa za przysługę - sierżant "od kantyny" miał klucz do magazynu z piwem i mógł sam, lub z którymś z kolegów, napić się kiedy chciał i tak długo, jak nikt tego nie widział. Sprzedaż alkoholu była niedozwolona przed piątą po południu i nie wolno było wynosić go poza kantynę.

 

Było to w istocie duże przedsiębiorstwo.   Dziennie kilkuset żołnierzy z naszego i sąsiednich batalionów przychodziło do kantyny, poza dniami bezpośrednio po wypłacie. Co wieczora, już dobrze po północy, odnosiłem pieniądze do komendy, gdzie dyżurny  podoficer zamykał je na noc w batalionowej kasie.

 

Poza pracą w kantynie właściwie prawie nic się u mnie nie działo. Z rzadka list z Kraju z kilku ostrożnymi słowami, które się czyta po kilka razy usiłując dociec, co się poza nimi mieści. W karty nie gram, czytać nie ma co. Był tam jeden z naszych oficerów, ten inżynier chemik, co to uczył angielskiego, nietypowy i raczej przyjemny facet. Jego i moje godziny wolne rzadko się schodziły, ale czasem pogwarzyliśmy sobie przez kilka godzin. Kamil miał niezły zbiór płyt muzyki klasycznej, na której się znał. Używaliśmy w jego pokoju doskonałego patefonu z wojskowej świetlicy. Jak na dobrego chemika przystało, umiał on robić doskonały krupnik. Kiedyś zaprosiliśmy sierżanta amerykańskiego, nazwiskiem Toporowski. żeby spróbował trunku, jaki jego przodkowie pijali. Spędziliśmy w pokoju Kamila przyjemny wieczór pociągając z filiżanek gorący krupnik i słuchając opowiadania Toporowskiego o Ameryce. Wszyscy czuli się wspaniale, ale musieliśmy sierżanta odprowadzić do jego kwatery, bo mu nogi nic a nic nie służyły. A nie było to łatwe, bo nasz sierżant był chłop pod sufit.

 

Gdzieś chyba w połowie grudnia, mniej więcej w rocznicę naszego wyjścia z Kraju, rozeszła się wieść, że ci uchodźcy (Displaced Persons), którzy znaleźli się na ziemi niemieckiej do roku 1950 włącznie, będą jeszcze mieli prawo do emigracji na koszt ONZ za pośrednictwem IRO (Międzynarodowa Organizacja Uchodźcza). Obejmowało to Janka i mnie. Zbiegiem okoliczności zaczęto pogadywać o redukcji polskiego personelu w naszym batalionie. Rzeczywiście, tylko niewielka grupa miała pozostać na miejscu, a reszta miała być zwolniona. Zdania były podzielone co do losów naszej spółdzielczej kantyny. Na ogólne zadanie zorganizowałem zebranie członków, na którym uchwalono, by spółdzielnię rozwiązać i dochód podzielić między udziałowców.

 

Na krótko przed Bożym Narodzeniem 1950-tego roku, Janek i ja zostaliśmy wraz z wielu innymi zwolnieni, i zaopatrzeni w bilety wojskowe wyjechaliśmy do miejscowości Ludwigsburg, gdzie było centrum emigracyjne w strefie amerykańskiej Niemiec.