W KOMPANI WARTOWNICZEJ

 

Wyszedłem z międzymiastowej szosy na najbliższy autobahn już pod wieczór. Zjadłem podarowane mi kanapki i ponieważ, mimo maja i pięknej pogody, było trochę za chłodno na nocleg pod gołym niebem, i z braku czegoś lepszego do roboty, puściłem się nie mieszkając w drogę do celu. Celem na razie był Frankfurt nad Menem. Wiedziałem, że stacjonuje tam kompania wartownicza, do której Amerykanie przesłali naszych chłopców po strajku głodowym w Berlinie. Liczyłem, że może mi się tam uda na jakiś czas zaczepić.

 

Nawet nie próbowałem zabrać się autostopem. W tamtych czasach nie był to popularny sposób podróżowania. Zresztą w nocy nikt chyba by nie ryzykował zabierać przypadkowego pasażera na autostradzie.

 

Słońce już było wysoko, gdy zatrzymałem się przy przydrożnej stacji bezynowej. Była tam umywalnia dla przejezdnych, gdzie się umyłem i ogoliłem. Po tym, na trawie za stacją, przespałem się przez kilka godzin. Gdy wróciłem na dziedziniec stacji w nadziei, że może uda mi się z kimś podjechać choć kawałek drogi, było już tam kilkoro takich jak ja amatorów jazdy za darmo - jakiś samotny mężczyzna i para młodych ludzi siedzących osobno. Dla zabicia czasu, a może z potrzeby kontaktu z ludźmi, przysiadłem się do nich i zaczęliśmy rozmawiać. Byli "swieżo upieczonym" małżeństwem, jechali gdzieś do rodziny i jak ja, byli głodni. Miałem moje zawiniątko z podarowanym ubraniem, więc powiedziałem chłopakowi, żeby sprzedał to w pobliskim miasteczku i kupił coś do żarcia. Zostawił żonę na stacji i prawie pobiegł. Nie było go chyba z godzinę, ale wrócił z bułkami i kiełbaskami. Mieliśmy razem prawdziwą ucztę. Widać było po nich, że dawno nie jedli.

 

Już dobrze po południu udało mi się podjechać w tyle przejezdnej ciężarówki aż w pobliże Kolonii. Kiedy moi dobroczyńcy skręcili, znów podjąłem mój marsz. Na szczęście buty jeszcze z Polski trzymały się nieźle.

 

Było już późno, gdy doszedłem do zjazdu na  Köln  (Kolonie). Przyszło mi do głowy, że pewnie nie będę miał innej okazji w życiu zobaczenia słynnej gotyckiej katedry. Nie jestem specjalnie "zwiedzającym typem", ale słynna katedra nie trafia się codzień. Skręciłem z autobahnu w stronę miasta. Zegary kościelne wybijały północ, kiedy podziwiałem ten skarb średniowiecznej architektury w świetle księżyca. Gra srebrnej poświaty i cieni na strzelistych wieżach katedry warta była nadłożenia kilku kilometrów drogi. Obszedłem budynek naokoło. W pobliżu widać było neon z olbrzymimy cyframi 4711, reklamujacy orginalną wodę kolońską. Przypomniała mi się legenda o początkach tej wody, którą opowiadał nam profesor Żagan na lekcji języka niemieckiego, jeszcze chyba w pierwszej klasie gimnazjum.

 

Wróciłem na autobahn. Świtało już, kiedy jakaś dość dziadowsko wyglądająca  ciężarówka, która mnie właśnie minęła, zatrzymała się o kilkadziesiąt metrów dalej. Kiedy podbiegłem, kierowca gestem wskazał mi, bym wsiadał. Był to starszy mężczyzna, chyba jakiś rzemieślnik lub mały przedsiębiorca. Wyglądało, że jedzie do pracy.  W pewnej chwili wyjął ze stojącej  obok niego na siedzeniu torby kilka kanapek w papierze, posunął połowę zawartości w moją stronę i powiedzial: "Essen Sie". Było tyle naturalnej prostoty i ludzkości w jego geście, że do dziś po latach wspominam ten moment z głębokim wzruszeniem. Na myśl przychodzą słowa: "Nie martwcie się, co będziecie jedli...".

 

Znów odświeżyłem się i przespałem przy stacji benzynowej. Około południa, dwaj młodzi podróżni, którzy zajechali po paliwo na stację w drodze do Monachium, pozwolili mi się załadować z tyłu na ich półtonową ciężarówkę.

 

Słońce już się zbierało do zachodu, gdy samochód, którym jechałem, zatrzymał się przy zjeździe z drogowskazem Frankfurt am Main. Kończył się trzeci dzień mojej podróży. Byłem tak zmęczony, że musiałem skandować moim zbolalym nogom komendę marszową, żeby przejść jeszcze te kilka kilometrów. Udało mi się znależć koszary kompanii, nim zapadła noc. Przyjęto mnie bez kłopotów i niepotrzebny był "Zuzuggehnemigung".

 

Umundurowanie  mieliśmy amerykańskie, tyle że czarne, a nie khaki. Uzbrojenie też: takie same wielostrzałowe automatyczne karabinki. Kwaterowaliśmy dość wygodnie w opróżnionym na ten cel budynku szkolnym. Odgórne dowództwo należało oczywiście do Amerykanów, ale na co dzień kompanią dowodzili oficerowie Polacy: kapitan i dwu poruczników, wszyscy trzej weterani obozu jenieckiego dla oficerów z 1939 roku.

 

Miniona wojna zostawiła ślady na wszystkich, których doświadczyła, ale rzadko widziało się więk-sze zniszczenie psychiczne niż u wielu oficerów -  byłych jeńców wojennych. Ludzie ci spędzili pięć lat wojny w najbezpieczniejszym miejscu w Europie, pod opieką Wehrmachtu (nie Gestapo czy SS), omijani przez alianckie naloty, zaopatrywani przez Czerwony Krzyż i często zabiedzone rodziny w Kraju, nie mając absolutnie nic do roboty poza zasłaniem łóżka i doglądaniem swego ogródka. Nic tak ludzi nie wykoleja, jak bezczynność o pełnym żołądku. Jeśli dodać do tego świadomość, że życie przeszło nad nimi zostawiając ich na boku, to nic dziwnego, że wielu z nich nie mogło się pozbierać.

 

Niektórzy, jak np. nasz kapitan, znaleźli absorbujące ich zajęcie. Nauczył się on języka angielskiego i opracował taktykę działań zmasowaną artylerią. Studia językowe bardzo mu się teraz przydały, a jego artyleryjskie teorie uchroniły go od wypaczeń psychicznych. Co do pozostałych dwóch oficerów, to starszy z nich był nie najgorszy, pewnie dlatego, że znalazł sobie żonę Niemkę, co mu zapewniło pewną normalność  życia. Co do najmłodszego z oficerów, robił on wrażenie, że gasi ognie palące go wewnętrznie za pomocą dokuczania podkomendnym. Kompanie wartownicze, tak zwane po polsku, były w oczach Amerykanów nie jakimś wojskiem, lecz zwykłą służbą pracy (Labor Service).  Nie wymagano od nich wojskowych rygorów i kapralskich wygłupiań się, praktykowanych przez niektórych, niestety polskich, oficerów.

 

Jeśli chodzi o element ludzki w kompaniach, w większości byli to Polacy (innych narodowości nie przyjmowano), których wywieziono na roboty do Niemiec i do tej pory, albo jeszcze czekali na wyjazd na emigrację,  albo byli, często z błahych powodów, odrzuceni przez różne emigracyjne komisje. Wielu z nich założyło rodziny, często żeniąc się z tuziemkami.

 

Kompanie zapewniały w tym czasie jeden z najlepszych zarobków w powojennej niemieckiej rzeczywistości, ale życie w nich było intelektualną pustynią. Gdyby nie to, że był tam (dla celów kwaterunkowych i płatniczych tylko) młody Polak z powstania, który dokończył studia dentystyczne na miejscowym uniwesytecie i pracował w wojskowym szpitalu amerykańskim, to nie miałbym do kogo gęby otworzyć.  Kiedy mi się tylko udało, spędzałem czas w jego  towarzystwie. Ewentualnie on i jego kolega usunęli mi za jednym posiedzeniem dwadzieścia dwa połamane i zepsute zęby, owoc lat zaniedbania - co uratowało moje zdrowie, a może i życie. Nie zdążyli niestety zrobić mi sztucznych zębów zanim wyjechałem z Frankfurtu.                                

 

Życie towarzyskie na terenie kompanii ograniczało się do gry w pokera lub dyskusji, co można kupić w amerykańskim sklepie PX za "skryptowe" dolary, które stanowiły część naszej płacy.

 

Jeden z miejscowych weteranów, który służył w kilku kompaniach, między innymi we Francji, a teraz zajmował uprzywilejowane stanowisko szofera dowódcy kompanii, opowiadał mi wiele o różnych spelunkach paryskich, które jakoby zwiedzał. Kiedyś spytałem go czy był w Notre Dame lub w Luwrze, ale nie bardzo wiedział o czym mówię. Był tak "zmotoryzowany", że przestrzeń około dwudziestu metrów między budynkami naszych koszar przebywał zawsze swoim jeepem.

 

 

Służba nie była ciężka w fizycznym sensie tego słowa. Dwa razy w ciągu doby miało się po cztery godziny warty przy wojskowych magazynach lub innych urządzeniach. Najgorsza była nuda tych godzin spędzonych na bezmyślnym chodzeniu tam i z powrotem. Ale cóż, nawet Amerykanie nie płacą za nic. Jeżeli chodzi o ścisłość, to Amerykanie zaoszczędzali grube miliony zatrudniając Polaków do służb pomocniczych, zamiast swoich dużo kosztowniejszych żołnierzy. 

 

Pierwszy list do Polski, jaki wysłałem po znalezieniu się za granicą, był nadany z Frankfurtu. Nie miałem dotychczas zwrotnego adresu. Tym razem użyłem nazwiska Krzywonos, które należało do jednego z kolegów w kompanii, i posłałem na adres Grażyny, która przez szereg następnych lat była moją jedyną łączniczką z Krajem. Moim zwrotnym adresem był numer amerykańskiej poczty polowej (APO) w Niemczech.

 

W połowie lata ogłoszono formację jednostki, która miała pojechać na służbę we Francji, i szukano ochotników bez rodzinnych powiązań w Niemczech. Ponieważ i tak nie miałem wtedy prawa do emigracji, a Francja jak by nie było była krajem normalnym, a nie okupowanym, więc otwierały się pewne perspektywy na przyszłość. Zresztą życie we Frankfurcie było tak jałowe i nieobiecujące, że bez wahania zapisałem się do nowej formacji.

 

Pierwszy postój naszej nowej kompanii był w Kaiserslautern, a właściwie w pobliżu tego miasta, w południowo-zachodnich Niemczech, gdzie mieściła się olbrzymia amerykańska baza materiałowa i amunicyjna. Wielohektarowy teren sosnowego lasu był ogrodzony wysokim płotem z drutów kolczastych i pilnowany przez kilka kompani Polaków z bronią automatyczną i wilczurami na smyczach.    

 

Z terenu tego można się było wydalać tylko za przepustką, ale za to wszystko, co potrzebne do względnie wygodnego życia w polowych warunkach, było na miejscu, włączając kantynę z pierwszorzędnym menu, prysznice z gorącą wodą i bezpłatne kino czynne przez cały dzień. Była tam też kaplica polowa i bardzo przyjemny ksiądz Polak, również w kompanijnym mundurze. Podczas dwutygodniowego pobytu na tym "depo", miałem niejednokrotnie służbę pilnując ułożonych w lesie pod plandekami, stosów bomb, pocisków artyleryjskich i kanistrów z benzyną. Miejscami stały całe rzędy krytych ciężarówek, już załadowanych i gotowych do jazdy.

 

Po uzupełnieniu stanów ilościowych i ekwipunku, nasza kompania pojechała dalej, wprawdzie nie do Francji, ale do strefy francuskiej. Stanęliśmy biwakiem w lesie, w terenie nie tyle górzystym, co położonym na znacznej wysokości, tak że noce, mimo lata, były dość zimne. Pierwszą noc na nowym miejscu spędziliśmy w tak zwanych "psich budach", to jest namiocikach na dwie osoby. Każdy z nas miał w plecaku połowę takiego namiotu.  Było już późno i kucharz wydzielił tylko suchy prowiant na kolację.  Nie znaczy to, że ktoś poszedł spać głodny. Standartowa porcja suchego amerykańskiego prowiantu składała się z kilku sucharków, porcji masła, porcji dżemu, małej puszki z pieczonym kurczakiem, kawałka czekolady, porcji kawy w proszku, soku w proszku, cukru, soli, czterech papierosów, zapałek i papieru toaletowego.

 

Następnego dnia ustawiliśmy duże wojskowe namioty i łóżka polowe. Zaczęła funkcjonować kuchnia polowa, umywalnie, latryny i elektryczność. Za dwa dni nadjechała kompania amerykańskich saperów, którzy najpierw ogrodzili teren na skład amunicji, a potem zbudowali baraki do zakwaterowania naszej kompanii i niewielkiego personelu amerykańskiego.

 

Zaczęła się znów ta sama nudna służba wartownicza, tyle że już nie trzeba było być rozwożonym po różnych punktach wielkiego miasta. Wszystko było na miejscu "na rzut kamieniem". Wybawiły mnie od zanudzenia się kłopoty z kontrolowaniem naszych chłopców na wychodnym w miasteczku.

 

Nie duże było to miasteczko, ale był tam garnizon francuski złożony częściowo z wojsk marokańskich. Francuzi trzymali swe wojsko, zresztą dość podle płatne nawet w porównaniu z nami, w dość surowym rygorze. Nasi zaś chłopcy, ubrani w czarne mundury, które wywoływały strach u miejscowych Niemców (pewnie na skutek wspomnień z czasów Hitlera), rozbijali się, zwłaszcza po pijanemu, z prawdziwie amerykańską beztroską.

 

Dla uniknięcia zniszczenia i dawania złego przykładu żołnierzom francuskim, miejscowy komendant garnizonu, korzystając z kurtuazyjnej wizyty, którą złożyli mu nasi, amerykański i polski, dowódcy, taktownie poinformował ich, że zabronił swej żandarmerii polowej wtrącać się do nas, ale zażądał, żebyśmy stworzyli swój patrol MP (Military Police), który z kolei dopilnuje zachowania się naszych ludzi. Dostaliśmy również listę restauracji i barów w miasteczku, które były dozwolone dla personelu alianckiego. Jako dodatkową uprzejmość, pozwolono nam korzystać z pewnych urządzeń rozrywkowych armii francuskiej, jak bezpłatne kino, no i specyficzny dla tej armii, dom publiczny. "Publiczność" tej instytucji ograniczała się do wojsk francuskich, z tym, że dzięki "gościnności" tego zaprzyjaźnionego z nami narodu, jedno popołudnie w tygodniu było zarezerwowane wyłącznie dla naszych chłopców.

 

Ja to właśnie zostałem dowódcą naszego patrolu MP. Nie stało się to od razu. Najpierw jeden z podoficerów, weteran życia kompanijnego, otrzymał tę funkcję, ale po kilku dniach spił się z kumplami, zamiast ich pilnować. Władza, a właściwie sierżant, były żołnierz Legii Cudzoziemskiej (który de facto dowodził kompanią i sam nie pił, gdyż na pamiątkę Legii zostały mu ataki malarii), awansował mnie na tę funkcję.

 

Miałem pod swoją komendą trzech najsilniejszych typów w kompanii, wybór samego sierżanta.  Normalne umundurowanie uzupełniały: biały hełm z literami MP z frontu, białe rękawiczki (od parady tylko) i białe kamasze spinające spodnie, no i w najlepszej amerykańskiej tradycji, długie drewniane pały na wypadek, kiedy inne środki perswazji nie skutkowały. Broń boczną (.45 kalibru, maszynowy colt) zacząłem nosić dopiero od czasu, gdy wraz ze swym patrolem musiałem ratować jednego z naszych oficerów od zlinczowania przez wdzięcznych podkomendnych. Na jego i ich szczęście mój patrol miał właśnie ruszyć na miasto oddalone o kilka kilometrów, kiedy usłyszeliśmy wrzask. W ruch poszły nasze pały, miejscowy medyk miał potem trochę roboty, ale porucznik ocalał. Tyle tylko, że moi chłopcy i ja przenieśliśmy się po tym incydencie na kwaterę do  baraku dowództwa.

 

Nowa służba, wprawdzie intelektualnie niezbyt absorbująca, była niemniej dużo ciekawsza niż pilnowanie z bronią w ręku stosów bomb ułożonych w lesie.  Moje godziny pracy rozpoczynały się o godz. 5-tej po południu, kiedy duża kryta cieżarówka zabierała do miasta tych, co mieli jeszcze pieniądze i dostali przepustki. Mój patrol wyposażony w półciężarową "Dodżkę" patrolował wszystkie "lokale" miasteczka, włączając kino i dom publiczny w dniach "dozwolonych". Likwidował on też, o ile to możliwe, każdą zaczynającą się burdę, bez ceremonii wrzucając winnych na "Dodżkę" i odwożąc ich "do domu", by się wyspali. O północy trzeba było przypilnować, by wszyscy pozostali załadowali się  na ciężarówkę jadącą do miejsca postoju kompanii.

 

Od czasu do czasu korespondowałem z Jankiem, którego adres dostałem za pośrednictwem jego kuzyna. Był on w kompanii przydzielonej do amerykańskiego pancernego batalionu medycznego i bardzo sobie to miejsce chwalił, namawiając mnie na przeniesienie się do jego kompanii. Kiedy stało się oczywiste, że moja kompania nigdy nie pojedzie do Francji, mimo że wydano nam przepustki upoważniające nas do nieograniczonego poruszania się po tym kraju, podziękowałem za służbę i dostawszy "honorowe" (amerykański żargon wojskowy) zwolnienie pojechałem do miejscowości Böblingen, koło Stuttgartu, gdzie stacjonowała Jankowa kompania.