ZNOWU W BERLINIE

 

Przejazd do Berlina nie nastręczył żadnych nieprzewidzianych kłopotów. Zadomowiłem się na nowo w tym samym pokoiku z Jankiem. Teresa, która była podobno na dobrej drodze do załatwienia pomyślnie sprawy swego małżeństwa z Grünbergiem, aż się spłakała na mój widok.

 

Miałem w zasadzie zupełnie wolną rękę co do mojej działalności na tym terenie, z jednym zastrzeżeniem, że owoce mej pracy bedą dostarczane do tych, co mnie posłali, nie zaś wprost do Anglików, z którymi kontakty miały być używane tylko w razie zagrożenia lub konfliktu z miejscowymi okupacyjnymi władzami. Poza tym w potrzebie mogłem skorzystać z przelotu na Zachód wojskowym transportowym samolotem.

 

W czasie mojej nieobecności, Janek rozszerzył krąg swych znajomości wśród miejscowej Polonii. Dotyczyło to głównie obozu uchodźców w sektorze amerykańskim, złożonego prawie wyłącznie z Polaków. Było ich tam blisko trzydziestu, od kilkunastoletnich chłopców do siwego już "legionisty", znanego z tego, że przeszedł na piechotę od polskiej granicy niosąc w ręku uszkodzone kółko do dziecięcego wózka. Oczywiście nikt go o nic nie podejrzewał. Niektórzy z nich byli już tu od czasu "blokady" i radzili sobie jak mogli, głównie zarabiając na wymianie tzw. "skryptów". Ponieważ używanie walut państw okupacyjnych było na terenie Niemiec zabronione, dla celów płatniczych w jednostkach wojskowych amerykańskich, używane były zastępcze pieniądze, opiewające na kwoty dolarowe, ale wymienialne na właściwe dolary tylko w bankach amerykańskich. Żołnierze mogli ich używać do zakupów w kantynach wojskowych, tzw. PX-ach, ale znowu nie wolno ich było używać na mieście. Ponieważ z jednej strony żołnierze chcieli się zabawić po służbie w różnych nocnych lokalach Berlina, a z drugiej znów strony dość w tym miescie było różnych międzynarodowych handlarzy dewizami, było zupełnie nauralnym, że otwarła się okazja dla pośredników w tych nielegalnych finansowych transakcjach. Trudność polegała na tym, że cały ówczesny garnizon amerykański składał się wyłącznie z Military Police (żandarmeria polowa) i nawet u Amerykanów, którzy z natury są bardziej tolerancyjni w stosunku do ludzkich ułomności, udział policji wojskowej w nielegalnej wymianie dewizowej,  nie może być tolerowany. Ale, jak mówią ci sami Amerykanie, "nawet najciemniejsza chmura ma często srebrne obrzeże".  W tym wypadku tym srebrnym obrzeżem był dowódca  amerykańskiego garnizonu, pułkownik Dobrynin, naturalizowany Amerykanin z "białych" Rosjan, podobno nawet "kniaź". Umiał on pogodzić dyscyplinę wojskową z wyrozumieniem dla potrzeb żołnierza, a poza tym miał on specjalną słabość do Polaków. Toteż nie tylko mogli oni bezkarnie wymieniać idącym na miasto wojskowym ich "skrypty" na niemieckie marki tuż przy bramie garnizonu, ale ilekroć niemiecka policja lub jego MP przywieźli kilku aresztowanych polskich uchodźców do jego sali sądowej w komendzie po zrobieniu jakiejś burdy na mieście, zawsze kończyło się na solidnym "objechaniu" w barwnej mowie słowiańskiej przez samego "kniazia" i zapowiedzią gorszych konsekwencji na przyszłość. W zamian za to Dobrynin miał całkowitą lojalność tych zabijaków, co objawiało się w tym, że zawsze wiedział od nich co w berlińskiej trawie piszczy, i żaden z jego, często naiwnych, żołnierzy nie był nigdy oszukany przy wymia-nie.

 

W okresie, kiedy ja się pojawiłem powtórnie na terenie Berlina, chłopcy z tego obozu zaczynali mieć dosyć tego sposobu życia bez przyszłości i w ciagłej obawie porwania przez komunistów (od czego bliskość koszar MP wcale nie chroniła). Materialnie byli oni na ogół lepiej sytuowani, niż tysiące innych uchodźców w tym dziwnym mieście. Wielu z nich miało nawet do posług, takich jak pranie, gotowanie  itp., Niemki z pobliskich obozów uchodźczych, które za trochę żywności, nie były wybredne dla kogo pracują (zwłaszcza, gdy miały rodziny do wyży-wienia). Muszę przyznać, że nasi chłopcy obchodzili się z nimi po ludzku. Niemniej jednak większość chciała wyrwać się dalej na zachód. Nie wiem, może mój powrót z tego "Zachodu", jakby potwierdzenie, że coś poza tą wyspą rzeczywiście istnieje, i ktoś, taki jak i oni, tam był, przerwało drętwotę codziennej wegetacji. Nim się spostrzegłem, byłem w centrum konspiracji mającej za zadanie zmuszenie Amerykanów do przerzucenia całego obozu do swej strefy w Zachodnich Niemczech. Jednym z głównych organizatorów tej akcji był młody mężczyzna nazwiskiem Dubielak, który przybył do Berlina bardzo niedawno, drogą przez Odrę, i ugrzązł w tym mieście jak i inni. Nie był on jednak z tych, co bezczynnie oczekują na zmiłowanie się losu,. Był inteligentny,  energiczny, miał dość bujną konspiracyjną przeszłość i władał bardzo płynnie językiem niemieckim. Szybko zorientował się w co ja jestem zamieszany i prosił mnie, żebym go zarekomendował do moich przełożonych, co mu obiecałem,  jeśli się przed tym nie rozmyśli. Tymczasem wspólnie opracowaliśmy plan działania dla obozu.

 

Pewnego wiosennego dnia komitet obozowy zawiadomił władze amerykańskie, że z powodu ciągłego niebezpieczeństwa ze strony komunistów, uchodźcy żądają przeniesienia ich do strefy amerykańskiej w Niemczech Zachodnich. Jeśliby władze odmówiły, uchodźcy zapowiedzieli strajk głodowy, Nikt by prawdopodobnie nie zwrócił na to uwagi, gdyby nie fakt, że jednocześnie pojawiły się w miejscowej prasie i zachodnioberlińskiej rozgłośni radiowej RIAS, komunikaty o sensacyjnych tytułach w stylu: "POLSCY UCHODŹCY POLITYCZNI ZOSTAWIENI PRZEZ AMERYKANÓW NA PASTWĘ SOWIETÓW W BERLINIE",  itp.

 

To sprowadziło pod barak przedstawicieli amerykańskiej komendy miasta wraz z lekarką i księdzem, którzy oficjalnie mieli nad obozem zdrowotną i duchową opiekę. Zaczęły się negocjacje przy akompaniamencie błysków aparatów fotograficznych przedstawicieli wszystkich agencji prasowych akredytowanych w Berlinie, włączając w to sowieckie. Amerykanie tłumaczyli się, że nic nie mogą zrobić, bo takie jest prawo, i że nie mogą ich przenieść, bo nie ma na nich zapotrzebowania (słynne Zuzuggenehmigung) z Zachodu. W odpowiedzi na to uchodźcy wynieśli z baraku wszystkie naczynia poza kubkiem na wodę i powiedzieli władzom, że zaczynają strajk głodowy mimo, że i tak są bardzo wycięczeni złym odżywianiem. Strajku nie przerwą, póki władze nie ustąpią. Zapowiedzieli, że wpuszczą do baraku tylko księdza i lekarkę. Tego wieczoru, prasa i radiostacje szwajcarskie  i francuskie, nie licząc już niemieckich, pełne były wiadomości o desperackim strajku głodowym Polaków. Nie mówiąc już naturalnie o prasie i radiu po stronie komunistycznej, która aż zachłystywała się, demaskując przewrotność "amerykańskich  imperialistów".

 

Dzień w dzień histeria prasy, podsycana przez reporterów obozujących wokoło baraku i przez ra-porty lekarki, przerażonej osłabieniem kilku młodszych chłopców, wzrastała o kilka stopni. Kiedy lekarka zażądała przeniesienia kilku głodujących do szpitala, Amerykanie nie wytrzymali nerwowo. Ponieważ głodujący nie dowierzali żadnym urzędnikom, pułkownik Dobrynin, w obecności przedstawicieli międzynarodowej prasy, przyrzekł, że Polaków przesiedlą w ciągu dwóch tygodni, czego zresztą skrupulatnie dotrzymano.

 

Poza tym, że musieli biedacy przez prawie tydzień pościć, wszystko co było potrzebne to kilka telefonów do spragnionych sensacji agencji prasowych.  Głównie czynny był w tym Dubielak ze swym znajomym, młodym berlińskim reporterem.

 

Obóz opustoszał. Dwudziestu czterech chłopców wyjechało amerykańskim samolotem do Frankfutu nad Menem, gdzie zaciągnęli sie do Kompani Wartowniczych przy U.S. Army. Zostało nas kilku znajomych na wyjezdnym: Janek Basik, Stasiek Kowalski, Stasiek Dubielak, no i Heniek Holtz - "bezpaństwowiec" z Gdańska.

 

Nim spostrzegliśmy się, nadszedł pierwszy maja. Właściwie nikt by na to nie zwrócił specjalnej uwagi, gdyby nie szeptane plotki, że Ruscy wykorzystają tę okazję, żeby wprowadzić tłum manifes-tujących "cywilnych" komunistów do zachodniej części miasta, i "spontanicznie"  oswobodzić je  spod  okupacji  "kapitalistycznych imperialistów."

 

Zachodni alianci najwyraźniej brali te pogłoski poważnie. Już ostatniego kwietnia wieczorem i w ciągu nocy, wzdłuż spodziewanej trasy pochodu, tj. w miejscu, gdzie słynna aleja Unter der Linden przechodzi przez Branderburską Bramę do Zachodniego Berlina, wzdłuż spalonego gmachu Reichstagu z jednej strony, a pomnika poległych żołnierzy sowieckich z drugiej, ponakrywane maskującymi siatkami stały przytulone do różnych ruin angielskie auta pancerne. Naokoło sowieckiego pomnika poległych, który był tuż na skraju sektora angielskiego, stała honorowa warta rosyjska, a dla jej ochrony, był łańcuch żołnierzy brytyjskich z kolei oddzielony od tłumu kordonem policji berlińskiej.

 

Zajęliśmy już wcześnie z rana "najlepsze miejsca" w gruzach tuż przy Brandenburger Tor. Za nami zgromadził się kilkusettysięczny tłum zachodnioberliński, który najpierw spokojnie słuchał mówców, a potem ruszył pod graniczną Bramę.

 

Brama Brandenburska, niemiecki odpowiednik francuskiego Łuku Triumfalnego, to kiedyś symbol potęgi silnej, zjednoczonej Rzeszy Niemieckiej. Przez  ironię historii stała się granicą między ludźmi wolnymi i niewolnikami, między tymi, co przyszli tu dobrowolnie upojeni tym, że choć okupowani, w istocie są wolni, a tymi, których przygnała tutaj wroga przemoc.

 

Po sowieckiej stronie bramy widać było nadchodzący tłum z morzem czerwonych sztandarów nad głowami. Bokami, tu i ówdzie przyczajone czołgi. Po naszej stronie bramy pokazało się kilku sowieckich oficerów, niektórzy w hełmach czołgowych. Na ich widok tłum zachodnioberliński jak gdyby oszalał. Wrzask zrobił się niesamowity i na Rosjan przy Bramie posypał się grad kamieni, cegieł, i co było pod ręką. Już nie było mowy o niebezpieczeństwie wkroczenia komunistów do angielskiego sektora. Przeciwnie, w pewnej chwili wyglądało na to, że rozwścieczeni zachodni Berlińczycy rzucą się na znienawidzonych "Russen".

 

Niebezpieczeństwo zostało na szczęście rozładowane bez obopólnej masakry, dzięki przytomności i doskonałej organizacji zachodnioberlińskiej policji, która kierowana przez radio z powietrza potrafiła efektywnie podzielić masę ludzką na mniejsze segmenty, kierowane zręcznie do okolicznych stacji miejskiej komunikacji. Wszystko to odbyło się tak zręcznie, bez krzyku i popychania, można by rzec, z uśmiechem, że nim się spostrzegliśmy, to już mało kto został na placu. To samo mniej więcej działo się również po drugiej stronie, kierowane bodajże przez tę samą centralę policyjną. Oczywiście wrodzone niemieckie zamiłowanie do porządku i szacunek dla władzy miały z tym coś do czynienia. Wątpię, czy takie pokojowe rozładowanie namiętności udało by się w polskich warunkach.