NA NIEBEZPIECZNEJ ŚCIEŻCE

 

Minden. Było to dość przyjemne, małe miasto w Westfalii, w którym na pozór nic się nigdy nie działo. Kilka willi w ładniejszej dzielnicy, położonej w pobliżu wzgórza z pomnikiem jakiegoś niemieckiego króla na szczycie, było zajętych przez personel angielski po cywilnemu, o nierzucającym się w oczy sposobie bycia. Dwie z tych willi należały do organizacji, w której z konieczności znalazłem zatrudnienie. Musiała to być rekomendacja Anglika poznanego w Berlinie, gdyż przyjęto mnie bez żadnego przesłuchania i weryfikacji. Nawet wydało mi się, że trochę z pośpiechem.

 

Wkrótce zorientowałem się w przyczynie tego pośpiechu. Otóż trzech starszych panów (włączając tego, którego poznałem w Berlinie), prawdopodobnie byłych oficerów polskiego wywiadu w Londynie, gdyż na to wskazywał sposób ich zachowania, a teraz w służbie angielskiej, miało za zadanie "nasłuch na Polskę". Miało się to odbywać głównie przez zbieranie wiadomości od "świeżych" uchodźców oraz  nawiązywanie i utrzymywanie różnych kontaktów z Krajem. Wszyscy Polacy, lub podający się za Polaków, zatrzymani w angielskiej strefie okupacyjnej, byli kierowani przez władze do naszego ośrodka, gdzie przechodzili przesłuchanie. Następnie dostawali urzędowy bilet i trochę wojskowego prowiantu, i byli wyprawiani w dalszą drogę, zwykle do strefy amerykańskiej, gdzie łatwiej było się urządzić. Moi szefowie mieli dwie zasadnicze trudności w zdobywaniu wartościowych wiadomości dla swych angielskich chlebodawców. Pierwsza z nich to fakt, że opuściwszy Kraj w 39-tym roku, byli o lata świetlne oddaleni od zrozumienia psychiki przeciętnego uchodźcy, z których każdy mógł ich z łatwością wykołować bez zmrużenia oka. Drugą trudnością było, że miejscem na jakikolwiek "nasłuch" ze wschodu był Berlin, nie Minden. Ale po latach spędzonych w zaciszu Londynu, moi panowie bali się trochę zapuszczać do miasta, gdzie można było łatwo przepaść bez wieści, i gdzie handel ludźmi był na porządku dziennym.

 

Mój przyjazd był dla nich idealnym rozwiązaniem: ja zajmę się gromadzeniem informacji i, co ważniejsze, weryfikowaniem ich, a oni będą mogli wykazać się bardziej pozytywnymi rezultatami w raportach do swoich pracodawców.

 

Moi szefowie mieszkali w jednej willi, do której mnie nigdy nie proszono, zapewne na skutek dużej różnicy w stopniu, co było zwykle bardzo ważne dla naszych emigracyjnych oficerów. Poza tym trzeba było utrzymać tajemniczość pracy wywiadowczej. Ja mieszkałem sam w sąsiedniej dwupiętrowej willi, w której okazyjnie zatrzymywali się przejezdni Polacy, uchodźcy lub podający się za takich, i w której przeprowadzałem z nimi moje wywiadowcze rozmowy .

 

Gospodarczymi sprawami i wyżywieniem zajmowała się bardzo przyjemna starsza Niemka, która dogadzała mi jak mogła na dość skromnym angielskim prowiancie, tym bardziej, że pilnowałem, aby sama nie szła do domu głodna. Przychodziła tam także bardzo miła,  dwudziestokilkuletnia niewiasta, której rodzice byli emigrantami zarobkowymi do Westfalii, i zostawili córce w spadku legendę o opuszczonej ojczyźnie, wraz ze znajomością polskiego języka. Smutna to była pani, bo mąż jej, żołnierz niemiecki, był gdzieś w niewoli w Sowietach, i nawet nie wiedziała czy żyje. Przy pomocy gospodyni zdołałem ją namówić, żeby towarzyszyła mi przy obiadach. Moi szefowie, którzy ją znali, nie protestowali, tym bardziej, że oni za prowiant nie płacili, a liczba przyjezdnych zawsze była płynna. Spędzaliśmy często długie godziny, kiedy ja opowiadałem jej o Kraju, a ona poprawiała mój niemiecki, zaznajamiając mnie ze specyficznymi wyrażeniami, które mogły mieć dla mnie w pewnych sytuacjach duże znaczenie.

 

Przez kilka pierwszych tygodni prawie zawsze miałem kilku "Polusów" w kilkudniowej gościnie. W olbrzymiej większości przypadków nie byli to uchodźcy "najnowszego wydania". Zwykle  niespokojne duchy, którym grunt trochę palił się pod nogami gdzieś w Belgii czy Holandii, i którzy usiłowali przez podanie się za świeżych uchodźców, uzyskać nowe zalegalizowanie się i możliwość dalszej emigracji. Pożytek z nich dla wywiadu był minimalny, choć większość gotowa była coś odpowiedniego zmyślić na poczekaniu. Niektórzy robili to nawet z wartym lepszej sprawy talentem. Jak już poprzednio wspomniałem, każdy dostawał dokument na jednorazowy przejazd pociągiem w obrębie terytorium okupowanych Niemiec. Było to w pewnym stopniu zalegalizowanie, nawet jeśli gość miał drobne porachunki z policją (zwłaszcza jeśli udał się na teren okupacji amerykańskiej, gdzie mniej zwracano uwagi na formalności niż u Anglików). Oczywiście możliwość spędzenia kilku dni w ludzkich warunkach i kilku nocy w czystym łóżku z pościelą, też jest coś warta dla bezdomnych.

 

Wątpię, czy ta wywiadowczo-charytatywna działalność była tak zaplanowana przez Anglików, a nawet przez naszych Londyńczyków, ale trwało to przez kilka tygodni, póki się szefowie nie zorientowali, że w ten sposób nigdy nie wyrobią swej wywiadowczej normy.  Zaczęli mnie więc zagadywać, czy bym nie pojechał z powrotem do Berlina. Było mi to w pewnym stopniu na rekę, gdyż chciałem wyciągnąć  stamtąd Janka i jeszcze kilku Polaków, nie mówiąc o tym, że uważałem każdą działalność antysowiecką za pożyteczną dla Polski. Wolałbym wprawdzie współpracować wprost z Anglikami niż za pośrednictwem panów z sąsiedniej willi, ale oni, z oczywistych powodów, nie chcieli być pozostawieni na marginesie. Poszliśmy zatem na kompromis. Ja zgodziłem się na przerzuty do Berlina i z powrotem "własnymi" środkami, a nie bezpiecznie samolotem, co pozwoliło moim panom wykazać swą "niezależność" co do sieci wywiadowczej. Moje wymagania były dość skromne: legalny niemiecki dowód osobisty i "Interzonenpass", z moim własnym opisem i odciskiem palca, wydany na nazwisko Heinrich Radke (był kiedyś nauczyciel o tym nazwisku w Węgrowie) przez Komisję Kontrolną Okupowanych Niemiec, i trochę pieniędzy na utrzymanie się w Berlinie. Nawet ideowi agenci wywiadu muszą jeść od czasu do czasu - w Minden służyłem za dach nad głową i utrzymanie. Uzyskałem również zapewnienie, że wszyscy przerzuceni przeze mnie z Berlina ludzie, dostaną wolny przejazd dokąd zechcą. Pozostała jeszcze kwestia ubrania. Wytłumaczyłem moim opiekunom, że nie wypada, żeby szanujący się kupiec z Hannoweru (gdyż na to opiewał mój paszport). podróżował w bardzo już zniszczonym i połatanym ubraniu, i na dobitkę nawet bez zegarka.

 

Na kilka dni przed moim wyjazdem jeden z moich szefów zawiózł mnie autem do miasteczka Bielefeld, gdzie był jakiś polski obóz i załatwił z miejscowymi działaczami, żeby mi wydzielono z magazynu nienajgorsze ubranie i trochę bielizny. Dostałem też zegarek na rękę.

 

Pachniało już wiosną, kiedy pojechałem z moim szefem do Hannoweru na spotkanie z berlińskim szmuglerem, tym razem zaopatrzony w legalnie fałszywe papiery.