CIERPKI SMAK WOLNOŚCI

 

Było wczesne popołudnie, kiedyśmy wreszcie dotarli do tej niepozornej bramki na wolny świat. Berlin to tylko wyspa. Za tym szlabanem był inny świat, może nie zawsze lepszy, ale świat, w którym miało się wolność wyboru.

 

Przed nami było kilka samochodów, które przechodziły kontrolę.  Nie wyglądało na to, że będzie jakiś kłopot, gdyż co parę minut szlaban podnosił się i kolejne auto z wolna ruszało na drugą stronę granicy. Gdy przyszła nasza kolej, powtórzyła się ta sama rutyna co i w Babelsberg. Jeszcze moment i szlaban powoli się podnosi. Ruszamy z wolna - na Nomansland obowiązuje szybkość tylko pięciu kilometrów na godzinę. Kilkaset metrów i mijamy budkę angielskiego posterunku. Machnięciem ręki każe nam jechać.

 

Za jakieś dwie godziny dojeżdżamy do Hannoweru. Jeden z pasażerów wysiada przy jakimś skrzyżowaniu ulic, ale reszta, to jest my dwoje i kobieta, która siedziała przy kierowcy, wygrzebujemy się dopiero na końcu trasy. Jest to mały placyk ze skwerkiem w środku. Przy pożegnaniu nasz przewoźnik, raczej solidnie wyglądający mężczyzna w średnim wieku, wyjaśnia, że gdybyśmy kiedyś potrzebowali jego usług, to on tu jest w każdą środę z rana. A jeśli nie on, to będzie jego kolega, któremu można zaufać. Ściskam mu rękę: "Danke, aufwiedersehen". Nie spodziewałem się, że się pozdrowienie spełni, i to niedługo.

 

Jesteśmy oboje głodni, ale przede wszystkim idziemy na dworzec kolejowy dowiedzieć się o pociąg do Hamburga. Cały mój plan polegał na tym, by dotrzeć do męża pani Jadwigi, dla którego miałem szereg od niej poleceń. Miałem nadzieję, że on nam w jakiś sposób pomoże, choćby radą. Na dobrą sprawę nie byłem pewien, czy jest mi on wdzięczny za sprowadzenie mu żony, czy wprost przeciwnie... .

 

W każdym razie w tej części świata nie znałem żadnego innego adresu, nie miałem pieniędzy i żadnych dokumentów, które ze zrozumiałych względów zostały w Berlinie, no i miałem pod opieką szesnastoletnią dziewczynę.

 

Po zapłaceniu dwóch biletów na nocny pociąg do Hamburga i zakupie skromnego posiłku złożonego z kiełbaski z musztardą i bułki (które to przysmaki sprzedawano na gorąco w ulicznych kioskach), zostało nam najwyżej na tramwaj. Starając się nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, z powodu braku jakichkolwiek dokumentów, doczekaliśmy czasu odjazdu pociągu, korzystając z ciepła i ławki na dość zresztą zatłoczonym dworcu. Nasz pociąg nie należał do pospiesznych, co nam zresztą było na rękę, bo mieliśmy nocleg za te same pieniądze.  Wcześnie rano byliśmy w Hamburgu.

 

Bez większych trudów dotarliśmy do obozu na przedmieściu Altona, gdzie spodziewałem się znaleźć Raciborskiego. Na nasze szczęście był u siebie w biurze. Nie wyraził wprawdzie większego entuzjazmu, ale też nie widać było niechęci z jego strony. Będąc administratorem obozu dla osób wysiedlonych ("Displaced Persons", w skrócie "DP", wymawiane "di-pi"), miał czas trochę  zobojętnieć i nie przejmować się zbytnio byle parą zbiegów.  Oczywiście nie mógł nas przyjąć do obozu, ale tymczasowo wysłał nas do swego skromnego mieszkania. Kiedy po południu skończył pracę, musiałem mu opowiedzieć o naszym (z jego żoną) przejściu granicy, i o Berlinie. Oczywiście przekazałem mu wszystkie polecenia od żony. Rozmowa przeszła do naszych spraw. Pierwszą jego radą było zameldowanie się w biurze miejscowej po-licji, gdyż bez żadnych dokumentów moglibyśmy znaleźć się w więzieniu. Spędziliśmy noc w obozie. Węgierka u jakiejś urzędniczki obozu, a ja u Raciborskiego. Następnego dnia, zaopatrzeni w bilety na miejską komunikację przez naszego tymczasowego opiekuna, pojechaliśmy do śródmieścia Hamburga do głównego komisariatu niemieckiej policji, do której pod aliancką okupacją należały sprawy porządkowe i kryminalne. Na wszelki wypadek weszliśmy do środka wprawdzie razem, ale udając, że się wcale nie znamy. Teresa miała wyuczoną całą historię, że pochodzi z Katowic, ma lat dwadzieścia kilka i inne szczegóły (od Grünberga) swej "polskiej" przeszłości. Było to dość naciągane bez znajomości polskiego języka, ale nie można jej było meldować jako Węgierki lub Niemki, gdyż jako taka byłaby nielegalnie w Niemczech Zachodnich. Jako Polka zaś mogła być zaliczona jako uchodźca.  Polacy, jak wiadomo, to naród specjalnie uprzywilejowany - po przegranej wojnie niemiecki policjant miał zadecydować, czy możemy tu zostać, czy też zamkną nas do więzienia na pół roku, bo nie mieliśmy przecież "Zuzuggenehmigung".

 

Po zameldowaniu się u dyżurnego urzędnika zostaliśmy, każde z osobna, wezwani na przesłuchanie. Urzędnik w cywilnym ubraniu wysłuchał mojej historii, która była, z małymi poprawkami, prawdziwa, i zadał mi kilka pytań sprawdzając, czy zawsze mówię to samo. Po tym przyszły odciski wszystkich palców, następnie fotografia na specjalnym krześle, które można było manewrować pod różnym kątem w stosunku do aparatu. Zrobili mi chyba ze sześć różnych zdjęć i kazali czekać.

 

Trwało to wszystko ze cztery godziny i cały czas nie miałem pojęcia, co dzieje się z Teresą. Wreszcie dyżurny policjant zawołał mnie do kontuaru, za którym urzędował, i dał mi świstek papieru z pieczęcią policji kryminalnej i odciskiem mego palca wskazującego, który to dokument poświadczał, że nie jestem poszukiwany przez policję kryminalną. Powiedziano mi, że mogę odejść. Już odchodząc, niby to od niechcenia spytałem: " A co stało się z tą dziewczyną, co przyszła w tym samym czasie co i ja". "Ona jest zatrzymana " - odpowiedział, widocznie niczego nie podejrzewający, policjant.

 

Wróciłem do obozu bardzo przygnębiony. Żal mi było dziewczyny i Grünberga. Czułem zawód zmarnowanego wysiłku, godzin spędzonych we wspólnym niebezpieczeństwie, i zawód niespełnionego zadania. Domyślałem się, że były wysłane za Teresą, jako małoletnią, listy gończe - w podobnych sprawach wschodnia i zachodnia policja współpracowały z sobą  - i mimo jej zmyślonej historii, została ona rozpoznana. Przypuszczałem, że odeślą ją do jej zakładu we wschodnim Berlinie, i nie pozwolą jej widywać Grünberga. Nie bałem się natomiast, że powie im ona coś o mnie lub Raciborskim, bo było to dziewczę nie tylko ładne, ale i sprytne.

 

Ku memu przyjemnemu zdziwieniu następnego dnia z rana Teresa zjawiła się niby nigdy nic na kwaterze Raciborskiego. Okazało się, że moje domysły były słuszne, i że policja rozpoznała ją z opisu. Ponieważ była dziewczyną, i to małoletnią, oddano ją przed odesłaniem pod opiekę do żeńskiego klasztoru,  skąd ona, bez większego trudu, uciekła. Wraz z Raciborskim zaczęliśmy radzić, co zrobić. Była ona teraz poszukiwana przez policję wschodnią i zachodnią, i nie mogliśmy narażać naszego gospodarza na aresztowanie za jej przechowywanie. Postanowiliśmy, że ona wróci do Berlina tak samo jak przyjechała, bez pomocy policji. Raciborski, któremu się zresztą nie przelewało, chętnie zgodził się na sfinansowanie biletu dla Teresy z powrotem do Hannoweru. Tak się dobrze złożyło, że nazajutrz była środa, a więc dzień, w którym nasz szmugler zabierał pasażerów do Berlina. Odwiozłem Teresę na nocny pociąg, starając się nie wchodzić na miejsca bardziej oświetlone. Przy pożegnaniu Teresa objęła mnie z płaczem za szyję. Sprawdziłem, że pamięta gdzie ma spotkać przewoźnika, i że ma go zapewnić, że zostanie zapłacony przez Grünberga w Berlinie. Przykro mi było wysyłać ją samą, ale liczyłem na zawodową solidność szmuglera, któremu dobrze patrzyło z oczu oraz na wrodzony spryt dziewczyny.

 

Pozostałem jeszcze przez kilka dni u Raciborskiego, czekając na przesłanie mi przez Janka moich dokumentów, o które prosiłem za pośrednictwem Teresy. Nadeszły szybko pocztą poleconą wraz z wiadomością, że mała Węgierka dotarła bez przygód do swego chłopca.

 

Po naradzie z moim gospodarzem postanowiłem udać się do miejscowości Osnabrück, położonej, tak jak i Hannover w Westfalii, stale w angielskiej strefie okupacyjnej. Była tam bodajże główna kwatera brytyjskich wojsk okupacyjnych, a przy nich kilka tzw. kompanii roboczych złożonych z Polaków. Nazwa tych oddziałów jako "roboczych" miała za zadanie uniknięcie politycznych powikłań oraz odróżnienia ich od regularnych wojsk angielskich, które były lepiej płatne i miały regularne umundurowanie, podczas gdy kompanie "robocze" miały identyczny ubiór, tyle że czarny. Uzbrojeni w półautomatyczne karabinki, Polacy pełnili głównie służbę wartowniczą (stąd polska nazwa "Kompanie Wartownicze") przy magazynach i obiektach wojskowych. Większość personelu to rodacy, którzy znaleźli się z powodu wojny na terenie Niemiec w 1945 roku, i z takich czy innych powodów jeszcze nie zostali przesiedleni dalej. Oficerowie, to w większości "absolwenci" obozów jenieckich, w których spędzili dość spokojnie okres wojny, doskonaląc teorię sztuki dowodzenia.

 

Oczywiście wybierając się do Osnabrück, nie znałem tych wszystkich szczegółów, poza tym, co mógł mi mój gospodarz powiedzieć. A było to bardzo mało. Miałem nadzieję tam się na początek zaczepić, jeśli się to uda. Raciborski wystarał się dla mnie o "urzędowy" bilet i dał mi zawiniątko z ciepłej bielizny, skarpet i tym podobnych rzeczy, które mógł "wykombinować" w magazynie obozu. Pożegnał mnie dość serdecznie. Obiecałem dać znać, gdy się gdzieś ustalę.

 

Na rano byłem w Osnabrück. Bez trudu znalazłem koszary "Labor Company". Na bramie powiewa Union Jack, ale wartownik przy wejściu to "Polus" (słowo to oznaczało Polaka w gwarze uchodźczej) i wpuszcza bez trudu, kiedy powiedziałem, że chcę się zaciągnąć. Nadszedł sierżant, wzięli mnie do stołówki i nakarmili. Była to niedziela, więc nic nie można było w biurze załatwić, ale rodacy pożywili i przenocowali mnie "na lewo" do poniedziałku. Nie zwracałem swoim cywilnym ubraniem zbytniej uwagi, gdyż było tam kilku świeżo zaciągniętych, którzy jeszcze nie dostali mundurów.

 

W poniedziałek od samego rana byłem w biurze werbunkowym. Kiedy przyszła moja kolejka, oficer dyżurny zażądał dokumentów, a z chwilą gdy się zorientował, że nie przychodzę z któregoś z miejscowych obozów, tylko z Berlina, spytał czy mam "Zuzuggenehmigung". Oczywiście nie miałem. "Niestety nie możemy was przyjąć. Takie są przepisy władz.".

 

Znalazłem się wraz z moim zawiniątkiem znów na ulicy. Nie bardzo wiedziałem co robić dalej. Znałem wprawdzie adres tego starszego pana, który nas w Berlinie ciągnął za język i wziął nas głodnych na kawę, ale jakoś nie miałem ochoty do niego jechać, nie mówiąc o tym, że nie miałem grosza przy duszy. Przypomniało mi się, że w koszarach ktoś mi dał polską gazetkę, chyba dwutygodnik, i zwróciłem uwagę, że wychodzi ona tu właśnie w Osnabrück. Miasteczko nie było zbyt wielkie, więc po jakimś czasie znalazłem "redakcję".

 

Dwóch ich tam było w niedużym pokoju, który służył im za mieszkanie i redakcję gazety. Wszędzie stosy papierów i widać było, że żywią się częściej ideą zapewnienia polskiego słowa rodakom na obczyźnie, niż pokarmem dla ciała. W Zachodnich Niemczech bieda była wówczas nie gorsza niż w Berlinie. Dla wysiedleńców jak oni, opuszczenie wolnego "garnuszka" w obozie dla niewdzięcznej pracy na "niwie kultury", było prawie aktem bohaterstwa.

 

Zakrzątnęli się, aby zorganizować coś do zjedzenia, ale ich jakoś przekonałem, że niedawno jadłem. Przegadaliśmy kilka godzin. Dużo się od nich dowiedziałem o tutejszej sytuacji. Choć mi tego wprost nie powiedzieli, ale zdaje mi się, że odrzucono ich jako kandydatów na emigrację ze względu na stan zdrowia. Spytałem, co wiedzą o moim znajomym z kawiarni berlińskiej. Wiedzieli, że to nasi "londyńczycy" w służbie angielskiego wywiadu. Nie radzili mi do nich jechać, ale gdy im wyjaśniłem moją sytuację zrozumieli, że nie mam innego wyjścia. Radzili tylko być ostrożnym. Było już dobrze po południu gdym się z nimi pożegnał. Przy rozstaniu poszperali po kieszeniach i po większych poszukiwaniach zakłopotani, że mogą mnie obrazić, ofiarowali mi dwie marki, przepraszając, że więcej na razie nie mają. Gdy sam zakłopotany nie chciałem wziąć, powiedzieli mi, że oni na razie mają dach nad głową, a ja nie mam nic.

 

W kiosku z papierosami "swojej roboty" w pobliżu stacji kolejowej, zaofiarowałem sprzedawcy zawartość mego zawiniątka od Raciborskiego, w zamian za pięć marek. Za pieniądze tak uzyskane, plus dwie marki od rodaków, kupiłem bilet do miejscowości Minden (Westfalen), gdzie była siedziba mego znajomego z Berlina.