INNY, NIEZNANY ŚWIAT

 

Berlin - dziwne to było miasto w owym czasie. Jeszcze niedawno siedziba hitlerowskiej przemocy, której widma spoglądają na przechodnia wypalonymi oczodołami Reichstagu. Dziś - wyspa wolności, świeżo po przetrwaniu wielomiesięcznej sowieckiej blokady, kiedy to wszystko, począwszy od każdej odrobiny żywności a skończywszy na węglu do pędzenia elektrowni, musiało być dowiezione drogą powietrzną, kiedy to po raz pierwszy Zachód nie ustąpił Rosji.

 

Bardzo dziwne to uczucie - przekroczyć próg stacji kolejowej i jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, znaleźć się w innym świecie. Na pozór nic się nie zmieniło. To samo szare grudniowe niebo, tak samo biednie ubrani ludzie spieszący za swymi ludzkimi sprawami. Ale ci ludzie nie byli wystraszeni, nie przemykali się samotnie usiłując nie zwrócić na siebie uwagi. Niektórzy nawet rozmawiali głośno, niektórzy się nawet uśmiechali. To tak jakgdyby się nagle wyszło ze wszystko przenikającego zaduchu na czyste powietrze. Nawet policjant, ubrany w tak pamiętny zielony mundur "Schupo" i czapkę z podwójnym daszkiem, uśmiecha się uprzejmnie wyjaśniając nam, gdzie się mamy zarejestrować jako uchodźcy. Cóż - trzeba będzie do tego przywyknąć; moje poprzednie spotkania z "Schupo" były znacznie mniej przyjazne.

 

Nasz przewodnik prowadzi nas tymczasem do taniego pensjonatu pod nazwą "Fahsan" czy coś takiego, gdzie się sam zwykle zatrzymuje. Pani Jadwiga zostaje tymczasem w pensjonacie, a Janek i ja dzięki jej uprzejmości spędzamy tam resztę dnia i pierwszą noc w Berlinie. Korzystając z pomocy Waltera wysyłam do firmy w Warszawie, w której pracuje Marian Wintoch, umówiony telegram z adresem nadawczym ich partnera handlowego ze Wschodniego Berlina, by w ten sposób zawiadomić go, a za jego pośrednictwem moich bliskich w Kraju, o szczęśliwym przejściu granicy.

 

Następnego dnia rano jesteśmy w miejskim urzędzie rejestracji uchodźców prowadzonym przez władze Zachodniego Berlina, które jak się okazuje są odpowiedzialne za wyżywienie i zakwaterowanie wszystkich uchodźców. Jest ich podobno około trzys-tu tysięcy; większość to Niemcy zbiegli ze strefy so-wieckiej.

 

Jest to nasza pierwsza wizyta na słynnej Kuno Fisher Strasse. Dostaliśmy zakwaterowanie i kartki na prowiant, po które trzeba było zgłaszać się co tydzień. Przydzielono nam pomieszczenie w olbrzymim bunkrze przeciwlotniczym, zamienionym teraz na schronisko dla uchodźców, w robotniczej dzielnicy Wedding. Dostaliśmy malutką celkę, oczywiście bez okien, i bardzo prymitywne posłanie, ale wszystko było czyste. Wyżywienie - cieńka zupka raz na dzień i bocheneczek chleba raz na pięć dni na osobę, kilka deko cukru i odrobina margaryny. Było trochę głodno, ale szybko zorientowaliśmy się, że większość ludzi w Berlinie jest głodna.

 

Jednym z pierwszych naszych trudności do pokonania było poruszanie się po tym olbrzymim, podzielonym na cztery sektory, mieście. Chodziło o to, by niebacznie nie znaleźć się w sektorze sowieckim i nie wpaść jak śliwka w ...kanalizację. W owym czasie nie było między sektorami zachodnimi, a sowieckim, żadnych murów czy drutów kolczastych. Zwykle jedna strona ulicy była "zachodnia", a druga sowiecka. Tu i ówdzie była wielka tablica, która wielkimi literami w trzech językach okupacyjnych i jednym miejscowym zawiadamiała, że: "Opuszczasz sektor amerykański", czy angielski lub francuski, ale zwykle poznawało się stronę sowiecką po jakiejś martwocie, szarości, braku sklepów, ruchu ulicznego, beznadziejności zabitych okien. Granice sektorów nie były patrolowane, choć czasem widziało się policjanta jednej czy drugiej strony przechadzającego się po chodniku. W takich wypadkach handlarze nielegalnych papierosów przechodzili na drugą stronę ulicy, by uniknąć konfrontacji. W rzadkich wypadkach, gdy los zrządził, że policjanci pojawili się po obu stronach granicznej ulicy, handlarze tracili swoje towary. Miejscowi ludzie poruszali się między wschodnim i zachodnim Berlinem bez większego ryzyka. Wiele osób mieszkających w sektorze rosyjskim pracowało w zachodnim Berlinie, gdzie walutą obiegową były marki zachodnio-niemieckie z dużą literą "B" (dla obiegu w Berlinie) o wartości około siedem razy większej niż marka wschodnioniemiecka. Doprowadzało to do paradoksalnych sytuacji jak np. fryzjer we wschodnim czy zachodnim Berlinie kosztował 50 fenigów, ale płacąc zachodnimi pieniędzmi we wschodnim Berlinie można się było ostrzyc za 7 fenigów. Równie tanie w tym przeliczeniu były wschodnio-berlińskie produkty, choć poza wódką, którą można było dostać w państwowych sklepach tzw. "H.O.", wszystko inne było tylko na kartki. Oczywiście między obywatelami zachodnich sektorów byli również tacy, którzy pracowali we wschodnim sektorze i byli tam płaceni nominalnie to samo, ale w rzeczywistości siedem razy mniej. To pomieszanie w miejscu zatrudnienia wynikało głównie z faktu, że administracja miejskich urządzeń i komunikacji była podzielona między okupantów. I tak dla przykładu. szerokotorowa kolej elektryczna, tzw. "S-Bahn", chodząca naokoło śródmieścia i rozgałęziająca się gwiaździście we wszystkich kierunkach, podlegała wraz ze stacjami we wszystkich sektorach, administracji sowieckiej. Natomiast kolejka podziemna "U-Bahn" należała bodajże do Anglików.

 

Dość szybko zdobyliśmy konieczne informacje, plany miasta i ostrzeżenia dotyczące urzędów i miejsc, które należy omijać, głównie od kolegów w bunkrze, Niemców lub Polaków, jak również od administracji schroniska, i księdza Niemca o polskim nazwisku, który jeszcze trochę po polsku mówił i czasem nas odwiedzał. Gorzej było z płaceniem za przejazdy. Niemcy-uchodźcy wstawali o drugiej nad ranem, by dojść pieszo na czas do urzędu, ale nas takie rozwiązania nie interesowały.

 

Z początku personel stacyjny na S-Bahn dawał się nabrać na nasze uchodźcze legitymacje wypisane po angielsku, ale gdy dość szybko się spostrzegli, że te obdartusy nie mogą być personelem okupacyjnym, musieliśmy przejść do taktyki wbiegania na stację w momencie, gdy pociąg już ruszał i zawsze w kilku tak, że biedny konduktor przy wejściu nawet nie usiłował interweniować w obawie o swe zdrowie. Poza Kuno Fisher Strasse trzeba się było zameldować w IRO (International Refugee Organization - Miedzynarodowa Organizacja Uchodźcza - oddział Narodów Zjednoczonych). Było to konieczne dla uzyskania cze-goś w rodzaju paszportu, który imieniem Narodów Zjednoczonych poświadczał, że posiadacz tego dokumentu ma prawo do "legal and political protection", czyli do prawnej i politycznej opieki. W praktyce znaczyło to bardzo niewiele oprócz tego, że posiadacz takiego dokumentu był uznany za człowieka i nie powinien być, na przykład, bez powodu więziony lub zabity. Nie znaczyło to wcale, że w takim wypadku ktoś by się tym zainteresował. IRO była organizacją nastawioną na przesiedlenie tysięcy ludzi, którzy znaleźli się na terenie Niemiec w wyniku wojny, i tylko ci, którzy byli na tym terytorium w 1945 roku, mieli prawo do emigracji i zachodnioniemieckich obozów uchodźczych na koszt ONZ. Nowi uchodźcy spod "demokracji ludowych" byli zjawiskiem nowym, niepokojącym i kłopotliwym.

 

Myśmy byli jeszcze w dość szczęśliwej sytuacji, że nas uznano za Polaków. Poznałem np. Polaka z Gdańska o niemieckim nazwisku, którego w IRO odrzucono, ponieważ nazwisko brzmi z niemiecka, no i jest z "niemieckiego Gdańska". Kiedy zwrócił się do instytucji, gdzie rejestrowano uchodźców niemieckich, odprawiono go z kwitkiem, ponieważ pochodzi z "polskiego Gdańska". Ludzie w tej kategorii, a poznałem ich kilku, byli w bardzo trudnej sytuacji i pozbawieni jakiejkolwiek, choćby teoretycznej tylko, opieki. Zdani wyłącznie na własne siły w mieście z  ponad trzystu tysiącami uchodźców, gdzie nie było najmniejszej nadziei na dostanie pracy bez tzw. "Zuzuggenehmigung", czyli poświadczenia legalnego zamieszkania, o którego otrzymaniu (przy słynnym niemieckim porządku) żaden uchodźca nie mógł nawet marzyć.

 

IRO mieściło się w stosunkowo mało zniszczonej, willowej dzielnicy Berlina zwanej Zehlendorf, przy Albrecht Strasse, w dużej, dwupiętrowej,  osobno stojącej willi. Dziwne to było miejsce. Na parterze były biura IRO obsługiwane przez jakąś specificzną mieszankę ludzi mówiących kilkoma językami, ale, odnosiło się wrażenie, bez narodowości, którą mogliby nazwać swoją. Na piętrze było biuro PCK umieszczone tam zapewne dla celów szpiegowania, bo po cóż innego "Polska Ludowa" narażała by się na koszty utrzymywania tej instytucji w miejscu, gdzie zgłaszają się polityczni uchodźcy, przecież nie dla roztaczania opieki nad nimi. Bardzo niewielu wzięło się na ten kawał, tym bardziej, że był to znany fakt między uchodźcami, którzy jedni drugich ostrzegali. Poza tym było jeszcze biuro HIAS (czy coś w tym rodzaju), które zajmowało się opieką nad uchodźcami Żydami.

 

Dziwne, jak łatwo było rozpoznać swojego. Pamiętam kiedyś wyszliśmy obaj z Jankiem z budynku IRO i szliśmy w kierunku stacji S-Bahn. Naprzeciw nas, wsród innych przechodni, szedł szybko młody mężczyzna. Właściwie nie było nic charak-terystycznego w jego wyglądzie, nie mówiąc o tym, że jego jesionka w unrowską "jodełkę" była standartowym prawie strojem w zachodniej Europie. Tylko te niespokojne spojrzenia rzucane na boki miały swoją wymowę. Gdy podszedł bliżej, zawołałem po polsku: "Hej koleś, skąd lecisz?".  Stanął - uśmiech ulgi na twarzy. "Z Polski" - powiada. Był to Stasiek  Kowalski w drodze z Frankfurtu nad Odrą,  gdzie go złapali i zamknęli po przeprawie przez Odrę. Ponieważ chłopak nie znał  zupełnie języka tubylców, więc bojąc się, że nie będzie dobrze zrozumiany przez miejscowe czynniki ludowego bezpieczeństwa, wyrżnął eskortującego go policjanta "w ucho" (a łapę miał Stasiek jak bochenek), i uciekając strugą w parku, koło którego właśnie przechodzili, jakoś uniknął obławy i nocami, i o głodzie, dotarł do wschodniego Berlina. Nie wiedząc, gdzie się podziać i podejrzewając, że obowiązuje godzina policyjna, spędził noc na stacji S-Bahn. Kiedy policja przeprowadzała kontrolę dokumentów, Stasiek nieznacznie zdołał przesunąć się na ławkę, która była już sprawdzona i usiadł na kolanach dwóch Niemców, którzy usłużnie rozsunęli się, a jeden dał mu część gazety, którą czytał. Fakt, że Stasiek  po tym zauważył, że "czyta" gazetę do góry nogami, na szczęście nie pomniejszył jego korzyści uzyskanych z miejscowej prasy. Po tym drobnym epizodzie, doczekawszy już bez kłopotu do rana, znów na piechotę dotarł do miejsca, gdzie natknął się na nas. Kilka miesięcy potem, gdy przemycałem Staśka do Niemiec Zachodnich, przeżyliśmy razem wiele denerwujących momentów i dobrze było mieć jego pięści w odwodzie.

 

Jak już chyba wspomniałem, pierwsze dni pobytu w Berlinie upłynęły nam na chodzeniu po różnych urzędach, załatwianiu różnych papierów, staraniu się o coś ekstra do zjedzenia i zbieraniu niedopałków papierosów w dzielnicach uczęszczanych przez żołnierzy amerykańskich (bo tylko oni mogli sobie pozwolić w tym mieście na wyrzucanie tak dużych petów). Kiedyś o mało nie rozstaliśmy się na dobre z Jankiem po zatargu o właśnie taki amerykański niedopałek, po który obaj schyliliśmy się jednocześnie.

 

Spotykałem się kilkakrotnie z panią Jadwigą, która znalazła zakwaterowanie w obozie dla kobiet i dzieci, gdzie warunki były znośne. Nawiązała ona kontakt ze swym mężem, który pracował dla IRO jako komendant obozu w Hamburgu. Na skutek jego interwencji władze  angielskie w Berlinie zapewniły ją, że wkrótce załatwią jej pozwolenie na przelot do Hamburga, który był wówczas w strefie angielskiej Niemiec.  NRF jeszcze wówczas nie istniała. Czekając na wyjazd, pani Jadwiga nudziła się w obozie, a bojąc się sama wychodzić na miasto, które nota bene nie należało do najbezpieczniejszych, (zwłaszcza wieczorem) korzystała z mego towarzystwa, kiedy chciała np. pójść do kina lub wymienić nielegalnie dolary na Kurfürstendamm. Nie miałem nic lepszego do roboty wieczorami, a poza tym czasem zafundowała kawę i coś do zjedzenia.

 

Nim się spostrzegłem nadeszło Boże Narodzenie. Wigilia. W naszym bunkrze panował nastrój świąteczny. Każdy dostał od miasta Berlina jedną pomarańczę i paczkę papierosów skonfiskowanych nielegalnym handlarzom. W naszej celi mieliśmy gałąź choiny za "drzewko". Przyszło kilku zbiegów, Polaków i Niemców. Przełamaliśmy się kawałkiem chleba, zaśpiewali kolędę. Zajrzał na chwilę ksiądz z dobrym słowem. Po tym wyszedłem na miasto i włóczyłem sie przez kilka godzin po ulicach, które się powoli wyludniały. Wszyscy spieszyli do domu na wigilię, którą Niemcy, podobnie jak u nas, obchodzą. W oknach widać było światła choinek. Tylko ci, co nie mieli domu, zostali sami na ulicy. Zaczął padać mokry śnieg.