DO BERLINA

 

Przed wieczorem nasi przewodnicy pożegnali się z nami i znikli. Odeszła również ich znajoma Ślązaczka. Chcieliśmy się od nich dowiedzieć jak dostać się do Berlina, słusznie, jak się okazało, podejrzewając, że to nie jest tak proste, jak się na pozór wydaje.  Niestety ich wiedza kończyła się na umiejętnym przejściu granicy. Nasi tymczasowi gospodarze również byli pod tym względem prawie ciemni, choć domyślali się komplikacji. Na nasze szczęście młoda niewiasta pomagająca w restauracji przypomniała sobie, że zna faceta w Görlitz (Zgorzelec po drugiej stronie), który jest bardzo w tych sprawach oblatany, chętnie ludziom w potrzebie pomaga, oczywiście za odpowiednim wynagrodzeniem. Zna na dodatek język polski. Ponieważ było już dobrze po południu i gospodarze zgodzili się nas przenocować, poprosiliśmy młodą Niemkę o skomunikowanie się z owym, jak go nazywała, "Polakiem", i zaaranżowanie spotkania.

 

Dla pani Jadwigi znalazła się jakaś kanapka, Janek i ja przespaliśmy się na podłodze w restauracji. Wczesnym popołudniem nadjechał zapowiedziany "Polak" z Görlitz, który okazał się być byłym Volksdeutschem czy Reichsdeutschem, zatrudnionym w czasie wojny w zakładach Ursusa pod Warszawą. Mówił poprawnie po polsku. Z miejsca postawił sprawę prosto: tak,  jeździ często do Berlina i wie jak ominąć policyjne kontrole; tak, może nas przeprowadzić za cenę pięciu "zielonych" (pięciodolarowy banknot amerykański).

 

Janek i ja oczywiście nie mieliśmy żadnych pieniędzy, nie mówiąc już o amerykańskich, a pani Jadwiga, która już trochę odetchnęła po koszmarnej przeprawie, nie bardzo chciała się z dolarami rozstawać. Gdy szybko wyjaśniłem jej jednak, że my we dwóch, choćby na piechotę, dostaniemy się do Berlina, a ona niech robi co chce, po namyśle zdecydowała się na nasze towarzystwo i wydatek. Tego wieczora nasz nowy przewodnik przewiózł nas autem do swego mieszkania w Görlitz, gdzie spędziliśmy nastepną noc.

 

Nazajutrz wcześnie rano, gdzieś koło piątej wsiedliśmy w pięcioro, towarzyszyła nam bowiem żona naszego nowego przewodnika, do pociągu idącego do Berlina. W drodze na stację został ustalony cały plan postępowania. Nasz przewodnik - nazwijmy go dla wygody "Walter" - wyjaśnił nam, że naokoło Wielkiego Berlina, który był podzielony na cztery strefy okupacyjne, istniała jakgdyby nieoficjalna granica polegająca na tym, że na wszyskich drogach dojazdowych, włączając koleje, były punkty kontrolne Volkspolizei, nadzorowane dyskretnie przez sowieckiego podoficera. Otóż na tych punktach kontrolnych sprawdzano albo dokumenty osobiste i pozwolenia na podróż albo przewożone towary, ale, z prawdziwą niemiecką systematycznością, nigdy obojga. Nasz plan polegał na tym, że na stacji w Königswusterhausen, która była właśnie takim punktem kontrolnym na linii, którą jechaliśmy i gdzie pociąg zatrzymywał się na dłużej, Walter miał się zorientować, czy sprawdzanie dotyczy dokumentów. W takim to wypadku na umówiony znak mieliśmy wyjść na peron i udawać, że dalej nie jedziemy (co przy niemieckiej systematyczności wyłączało nas spod kontroli). Jeśli kontrola zaś dotyczyć miała paczek i walizek (szukano szmuglu kolorowych metali do Berlina), mogliśmy spokojnie pozostać w pociagu. Jak się to często zdarza, nawet najlepiej opracowane plany często zawodzą, i o mało nie zawiódł i nasz.

 

Porozmieszczaliśmy się w kilku miejscach na ławkach dużego przedziału w raczej starym i zniszczonym wagonie, udając, że się nie znamy, każdy pogrążony w "czytaniu " miejscowej gazety. Obywatele tutejszej "demokracji ludowej", chyba jeszcze bardziej wystraszeni niż w Polsce, siedzieli każdy z osobna, nie wdając się w rozmowę z sąsiadami, również zaobsorbowani swymi gazetami. lub udawali, że drzemią. Na jakiejś stacji, jeszcze za ciemna, gdy pociąg już ruszał, pewien osobnik w ostatniej chwili wepchnął niedużą, ale chyba ciężką tekturową paczkę i sam wskoczył do wagonu. Paczkę wsunął na półkę nad siedzeniami i sam wcisnął się między innych na ławkę,  po  czym zaczął drzemać.

 

Na stacji w Königswusterhausen wszystko zaczęło się układać według planu. Walter wyjrzał na peron i widocznie zorientowawszy się, że jest tylko kontrola paczek,  powrócił na swoje miejsce, co znaczyło, że mamy się nie ruszać. Rzeczywiście za chwilę weszło do wagonu kilku niemieckich policjantów i po kolei zaglądali do pakunków, pytając się, kto jest właścicielem sprawdzanych paczek. Byli dość uprzejmi i nic nie zapowiadało kłopotu póki nie doszli do pakunku pasażera, który wsiadł po drodze do ruszającego już pociągu. Na pytanie do kogo paczka należy, nikt nie odpowiedział. Policjant spytał powtórnie, już groźnie podniesionym głosem. Znów brak odpowiedzi. Właściciel paczki dość dobrze udaje przebudzonego z drzemki.  Zanosi się na poważny kłopot dla nas, gdyż wyraźnie podnieceni policjanci grożą, że będą sprawdzać dokumenty wszystkich pasażerów w wagonie. Na nasze szczęście jeden z pasażerów nieznacznym ruchem głowy wskazał policjantom zaspanego pasażera. Pochwycili go natychmiast i nie wdając się w dalsze dochodzenie zabrali wraz z paczką na stację. W kilka minut potem pociag ruszył. Walter powiedział mi później, że on też już był gotów wskazać policji szmuglera, ale ubiegł go ktoś inny w tej nieprzyjemnej funkcji. Wysiedliśmy na następnej stacyjce już w obrębie Berlina, ale jeszcze na terytorium sowieckim, i naśladujac Waltera i jego żonę przesiedliśmy się na tym samym peronie na miejską, szerokotorową kolej elektryczną, tzw. S-Bahn, administrowaną wówczas na terenie całego Berlina przez władze sowieckie.

 

Po kilku minutach jazdy za przykładem naszego przewodnika wysiedliśmy na stacji Berlin ZOO.  Przechodząc przez budynek stacyjny w kierunku wyjścia na ulicę Walter, na wpół głośno i po polsku, powiedział: "Z chwilą, gdy wyjdziecie poza drzwi stacji, znajdziecie się w sektorze angielskim". Za chwilę byliśmy na wolności. Było to 14 -tego grudnia 1949-go roku.