PRZEZ GRANICĘ

 

Pierwszy raz poszliśmy na granicę w niedzielę czwartego grudnia.  Nasi przemytnicy zawsze przechodzili granicę w niedzielę, licząc na to, że wielu oficerów WOPu podbawia się w mieście i czujność jest osłabiona.  Tym razem jednak nie powinniśmy byli iść, gdyż była pełnia księżyca.  Tylko fakt, żeśmy według poprzednio uzgodnionych planów już dojechali do Lubania, gdzie zatrzymaliśmy się do wieczora u Józka (Basika), i zapowiedź chmurnej nocy, zdecydowały, że podjęliśmy próbę przejścia.  Podczas gdy ja wraz z Józkiem usiłowaliśmy wyperswadować mojej towarzyszce podróży, pani Jadwidze, że zabieranie ze sobą kilkunastu tomów jej pamiętników nie ma większego sensu, i to nie tylko ze względu na ich wagę (chciała też zabrać ulubionego pieska, ale to wybiłem jej z głowy jeszcze w Warszawie), Janek wziął naszych przewodników na wódkę.  Po "przełamaniu lodów" okazało się, że pośrednik w Gliwicach, który całą sprawę załatwiał, zabezpieczał swoje interesy w ten sposób, że nas ostrzegał przed spoufaleniem się z przewodnikami, a ich ostrzegał przed nami.  Poza tym płacił im dość marnie w stosunku do tego, co sam zarabiał.

 

Wszyscy czuliśmy się oszukani, ale nic nie mogliśmy na to zaradzić.  Tyle, że atmosfera między prowadzonymi a prowadzącymi uległa znacznej poprawie.  Było nas sześcioro: dwóch Ślązaków - przewodników, ich znajoma, młoda niewiasta, która zdaje się chciała się przedostać tylko do Niemiec Wschodnich (tak się to wtedy nazywało), gdzie miała narzeczonego, pani Jadwiga, Janek i ja.  Późnym popołudniem, udając, że się nie znamy, wsiedliśmy w lokalny pociąg idący w stronę granicy i po godzinie z kawałkiem jazdy wysiedliśmy na małej stacyjce Mikołajowo (czy coś w tym rodzaju), która była już na skraju pasa przygranicznego.  Dalszy postęp wymagał przepustki lub ciemności.  Korzystając z tych ostatnich i starając się nie zwracać uwagi licznych tu żołnierzy, wkrótce wydostaliśmy się poza obręb tej mieściny.  Teraz nastąpił forsowny marsz na przełaj po polach i łąkach, które na szczęście nie były jeszcze zmarznięte na grudę.  Nasi przewodnicy prowadzili jak po swoim podwórku, chwilami tylko zatrzymując się na moment dla orientacji, czy cichej narady między sobą.  Każdy z nas miał ze sobą kilka kilo kawy jako dowód (w razie schwytania), że my to niby zwyczajni szmuglerzy (trochę to naiwne, ale podobno czasem skutkowało), a poza tym (z braku dewiz) jako środek płatniczy po drugiej, spragnionej kawy stronie.  Pani Jadwiga miała poza tym dwie małe, ale ciężkie walizeczki, noszenie których, jako jej opiekunowi i dłużnikowi, przypadło mnie w udziale.

 

Minęło może z półtorej godziny tego marszu i przypuszczam, że nie było już bardzo daleko do Nysy, gdy przetarło się i wyszedł księżyc.  Było jeszcze dość wcześnie, mieliśmy kilka godzin "luzu", aby móc przejść granicę lub wrócić i wyjść z pasa przygranicznego pod osłoną ciemności.  O powrocie nie chcieliśmy nawet myśleć.  Postanowiliśmy poczekać - może się znowu zachmurzy.  W pobliżu na szczęście był szałas ze słomy, chyba dla pastuchów, o którym wiedzieli nasi przewodnicy.  Spędziliśmy tam chyba ze dwie godziny zmarznięci i coraz bardziej zrezygnowani.  Księżyc niestety nie chciał skryć się za chmury.  Więc znów długi, mozolny marsz tym przykrzejszy, że poza zmęczeniem towarzyszył mu zawód nieudanej wyprawy.  Ostrożnie, żeby nie wzbudzać podejrzeń, wracamy rannym pociagiem do Lubania.

 

Mówi przysłowie, że "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło".  Osobiście mam poważne zastrzeżenia co do prawdziwości tego powiedzenia, chociaż, jak w naszym wypadku, czasem udaje się niepowodzenie choćby częściowo wykorzystać.  Jak już poprzednio wspomniałem, dogadaliśmy się z przewodnikami, że pośrednik, który całą sprawę załatwiał, bierze niewspółmiernie więcej pieniędzy niżby mu się uczciwie należało w stosunku do przewodników, którzy ponoszą trud i ryzyko przeprawy.  Po krótkiej naradzie umówiliśmy się z naszymi szmuglerami, że wrócimy wszyscy do Gliwic i oni zawiadomią pośrednika, że "na skutek wzmożonych patroli itp., przejście granicy jest prawie niemożliwe", i że oni nie chcą więcej ryzykować.  My ze swej strony zażądaliśmy zwrotu pieniędzy za usługi niewykonane.  Facet nie miał już całości gotówki, ale co miał to oddał i zobowiązał się odesłać resztę pod wskazany adres.  Nie miał wyjścia.  Wiedział, że z chwilą, gdy przestał być użyteczny, jego bezpieczeństwo polegało tylko na dobrej woli ludzi, którzy wiedzieli o jego rzemiośle.

 

Jeśli chodzi o mnie, to zmniejszyło to trochę mój dług w stosunku do pani Jadwigi, a Janek pewną sumę odesłał siostrze.  Z przewodnikami umówiliśmy się na przyszłą niedzielę i zapłaciliśmy znacznie więcej niż ich poprzedni "pracodawca", zostawiając im kontakt dla innych.

 

Niedziela, 11-go grudnia 1949-go roku.  Krótka jazda pociągiem z Lubania i ostrożne "wsiąkanie" w teren.  Ta sama sceneria.  Idziemy w tym samym składzie, ale tym razem nie ma księżyca.  Okazuje się, że jest dużo dalej niż przypuszczaliśmy na podstawie zeszłotygodniowej wyprawy.  Moja towarzyszka zaczyna potykać się coraz częściej i ustawać.  Mimo, że nic nie niesie i jest dość wysportowana,  ale jest od nas dwa razy starsza i na dodatek ma na sobie dość dziadowskie palto, a pod nim piękne futerko z tybetańskiej lamy.  To wszystko trochę za dużo na taką wyprawę na przełaj przez zmarznięte pola.  Jak się już po drugiej stronie okazało, to pani Jadwiga na dobitkę poprzyczepiała do podwiązek kilka sztuk biżuterii, pewnie w obawie, że ją po drodze zechcemy obrabować.  Te właśnie pierścienie i inne "precjoza" kaleczyły jej uda przy każdym kroku, co oczywiście nie poprawiało jej samopoczucia.  Pomagałem jej jak mogłem, wreszcie Janek chwycił ją z drugiej strony i przez ostatnie kilka kilometrów na pół wlekliśmy ją między sobą, podczas gdy ona, zupełnie załamana, błagała, by ją zostawić tam w polu.

 

Nareszcie rzeka - granica.  Przyczailiśmy się nad niskim w tym miejscu brzegiem Nysy.  Noc była chmurna i ciemna zwłaszcza, że na szczęście nie było śniegu, niemniej jednak można było zauważyć kontur przeciwnego brzegu jako głębszą ciemność na tle jaśniejszego horyzontu.  Janek, młoda Ślązaczka i obaj przewodnicy zaczęli zdejmować obuwie.  Ja, siedząc trochę na prawo od nich, też zacząłem to robić, ale po chwili dałem spokój.  Pani Jadwiga siedziała przy  mnie już na wszystko obojętna.  Trwało to może z pół minuty, gdy nagle napiętą ciszę nocy przerwał krzyk przewodnika: "W wodę!".

 

Poderwaliśmy się jak spłoszone stadko dzikich kaczek. Oni w czwórkę skoczyli przez płytki bród na drugą stronę, ja zaś chwyciłem moją podopieczną za rękaw jej palta i dosłownie wrzuciłem ją do Nysy na wprost miejsca, gdzie przycupnęliśmy.  Z miejsca woda sięgała mi piersi.  Przez lewe ramię miałem przewieszone dwie niewielkie, ale dość ciężkie walizeczki połączone paskiem, prawą zaś ręka, ciągle trzymając za rękaw palta i holowałem półprzytomną panią Jadwigę, starając się trzymać jej głowę ponad powierzchnią wody i nie robić hałasu pluskiem.  Po chwili woda sięgała mi już powyżej ramion.  "Co będzie,  gdy stracę grunt"  -przeszło mi przez głowę.  Na szczęście rzeka w tym miejscu, głębsza niż gdzie był bród, była za to węższa.  Po chwili, nie tracąc gruntu, dotarłem z moim ładunkiem do niemieckiego brzegu.  Stale do połowy zanurzeni w wodzie - przed nami stroma kilkumetrowa burta.  Ostrożnie, nie robiąc plusku, obróciłem się ku polskiej stronie.  W lekkiej poświacie ponad brzegiem nie widać żadnego ruchu.  Widocznie strażnicy przyczaili się przy ziemi.  A może widząc, żeśmy ich ubiegli na drugą stronę, dali za wygraną i udają, że nie zauważyli, aby nie być karanym za brak czujności?.  Moje końcówki nerwowe na plecach, napięte w czasie przejścia w oczekiwaniu uderzenia kuli, znacznie zelżały.  Wracam do naszej dość opłakanej sytuacji.  W żaden sposób nie dam rady wyciągnać "namokniętej" i wpółprzytomnej niewiasty na wierzch prawie prostopadłej burty.  Szeptem do ucha mówię jej, że po nią wrócę.  Zostawiam ją i jej walizki do połowy w wodzie i mozolnie drapię się na brzeg.  Na górze łąka.  Zaczynam się czołgać w stronę, gdzie przypuszczam, że są nasi towarzysze.  Po kilku minutach widzę leżącą na ziemi postać, ale nim zdążyłem zbliżyć się na odległość szeptu, osoba ta nagle podrywa się i zaczyna przede mną uciekać.  W tym momencie podrywają się do ucieczki pozostałe trzy cienie.

 

Oczywiście gonię ich i za chwilę dopędzam Ślązaczkę, ale biegnę dalej, mijając ją.  To ich otrzeźwiło - zorientowali się, że to ja i stanęli.  Na szczęście dla nas, nie było w pobliżu żadnych strażników z Volksrepublik.  Pod strachem, trzymając się blisko gruntu, wracamy do rzeki.  Nie łatwo było znależć naszą panią w wodzie, ale wreszcie po kilku próbach, podając sobie ręce, udało się nam ją wytaskać na górę.

 

Znów marsz na przełaj po polach, teraz mokrzy i na wpół skostniałych nogach.  Jesteśmy stale w strefie przygranicznej, gdzie obowiązuje godzina policyjna.  Trzeba zmienić plany, gdyż jest za późno, aby dotrzeć do meliny przemytników.  Na szczęście znaleźli oni duży stóg słomy w polu.  Postanawiamy doczekać w nim do rana. Mokrzy i przemarznięci zaszywamy się w słomę, jak możemy głęboko.  Po pewnym czasie nie czuję nic od pasa w dół.  Na szczęście Janek ma ćwiartkę spirytusu; pociągamy po trochu na rozgrzewkę.  Bardzo, bardzo wolno mijają godziny nocy.  Zaczyna padać śnieg.

 

Było już całkiem widno i można było zauważyć miejscowy ruch na pobliskiej drodze, gdy wreszcie, całkiem skostniali, wygrzebaliśmy się z naszego stogu i po doprowadzeniu do porządku w miarę możliwości naszego wyglądu, po dwoje lub pojedyńczo, w ślad za przewodnikami, poszliśmy w stronę najbliższego miasteczka na zachód od granicy.

 

Miasteczko nazywało się Reichenbach, czy coś podobnego.  Była tam mała restauracja, w której nasi przewodnicy sprzedawali swój szmugiel.  Chwilowo wszyscy się tam zatrzymaliśmy.  Przyjęto nas gościnnie, prawie serdecznie.  Mogliśmy się wysuszyć i oczywiście umyć.  Posiłki jedliśmy razem z innymi klientami przy wspólnym stole.  Nikt na nas nie zwracał specjalnej uwagi, poza zdawkowym pozdrowieniem lub życzeniem "Malzeit", co musiało być w miejscowym narzeczu odpowiednikiem naszego "Smacznego".  Oczywiście płaciliśmy za usługi przyniesioną z Polski kawą.  Miało się wrażenie, że szmugiel jest w tym miasteczku zjawiskiem zwyczajnym i nawet mile widzianym.