TRZEBA UCIEKAĆ

 

Któregoś dnia tej wiosny bezpieka aresztowała mego brata w jego mieszkaniu przy ulicy Wilczej.  Spodziewali się mnie tam zastać, ale musieli pocieszyć się tylko jednym z braci.

 

Z dawna podejrzewałem, że nie będe mógł się utrzymać w kraju na dłuższą metę, ale stale się jeszcze łudziłem.  Po aresztowaniu Tadzika nie miałem już żadnych wątpliwości. Następne kilka miesięcy to poszukiwanie wyjścia.

 

Długie to i skomplikowane tarapaty.  Miałem broń i mogłem iść na granicę na "mokro", i nie miałbym żadnych skrupułów, gdyby chodziło o bezpiekę, bo byli tam sami ochotnicy.  W WOPie jednakże służyli chłopcy z poboru i nie czułem, że mam moralne prawo zabić któregoś z nich, ratując własną skórę.

 

Przez jakiś czas, wraz z Jankiem Basikiem, który też się w świat wybierał, staraliśmy się przez znajomości dostać na szwedzki okręt węglowy, ale właśnie wygasła jedna umowa handlowa ze Szwecją, a następna jeszcze nie była podpisana; nic więc z tego nie wyszło.  Dzięki serdecznej pomocy Niusi i Radka Uciechowskich z Elbląga, u których całymi tygodniami się ukrywałem (nota bene za nieoficjalną wiedzą miejcowego działacza, a z pochodzenia Węgrowiaka i komunisty sprzed wojny nazwiskiem Gierej) udało mi się dostać robotę w załodze rybackiej na Zalewie Wiślanym w nadziei, że uda mi się znaleźć sposób ucieczki morzem.  Normalnie nie mógłbym pracować jako rybak na wybrzeżu bez tzw. "karty rybackiej", która była wydawana jedynie za zgodą władz bezpieczeństwa, ale na Zalewie, który ma tylko wąskie wyjście na otwarty Bałtyk i to na terytorium (wówczas) sowieckim, wystarczało, gdy właściciel łodzi i sieci miał kartę.

 

Spędziłem wiele nocy ciągnąc kołowrotem wraz z innymi kilometrowej długości sieć, aż mi dłonie zupełnie zrogowaciały.  Kiedyś, przewożąc o świcie nocny połów od mierzei na drugą stronę Zalewu, we mgle, bez kompasu i zegarka, mimo poprawek na wyczucie przejechałem prawie na ruską stronę, co groziło aresztowaniem za szpiegostwo.  Dogadałem się z jednym z kolegów, który miał kartę, że gotów jest przenieść się na wybrzeże gdzieś w okolice Darłowa, kupić sześciometrową łódź i po zadomowieniu się jako rybak, prysnąć ze mną do Szwecji.  Jedna była tylko bardzo zasadnicza przeszkoda: ani on ani ja nie mieliśmy pieniędzy na sprzęt.  Z żalem porzuciłem te plany.  Zamiast tego kontemplowałem możliwości przepłynięcia Bałtyku dużym kajakiem i spędziłem nawet długie godziny nocą nad morzem "wczuwając" się w ten projekt, ale tym razem nie znalazłem nie tylko pieniędzy, ale i towarzysza.

 

Stale nie dawałem za wygraną.  W Darłowie można było opanować jedyną zresztą w tym małym porcie rybackim, szybką łódź motorową, ale trzeba by to robić "na mokro".

 

Pojechałem dalej wzdłuż wybrzeża do Szczecina do Bogusia Byrko, który kiedyś był w moim oddziale, a teraz studiował w tym nadmorskim grodzie.  Janek Basik, który pojechał po coś do Warszawy miał za kilka dni dołączyć.  Gdy się nie pokazał na czas, zaniepokojony pojechałem i ja do stolicy dowiedzieć się, co się stało.  Ku memu zdziwieniu dowiedziałem się, że Janek już wyjechał za granicę.  Okazało się,  że "pan Boleslaw", (Boleslaw Stankiewicz, kapitan WP aresztowany razem ze mną w czasie wpadki sztabu "Białowieży" 22 grudnia 1944 roku, powrócił z Syberii po amnestii). znalazł jakieś szmuglerskie kontakty na Śląsku i załatwił to Jankowi w ostatniej chwili, tak że nie było czasu do stracenia.  Poza tym była to bardzo kosztowna operacja, o której ja nawet marzyć nie mogłem.  Toteż nie miałem Jankowi za złe, że mi nie dał znać, bo niby jak i kiedy?  Było mi tylko trochę przykro.

 

Tak się złożyło, że miałem kogoś spotkać na ówczesnym tymczasowym dworcu głównym.  Idąc po peronie wzdłuż pociągu, który właśnie nadszedł, zauważyłem, ku memu zdziwieniu w oknie wagonu, twarz Janka.  Okazało się, że z zamierzonej ekspedycji na razie nic nie wyszło i Janek musiał wrócić do Warszawy.

 

Spotkałem się z panem Bolesławem, który udzielił mi bliższych informacji co do kontaktów na przejście granicy.  Była to operacja czysto szmuglerska.  Dla mnie największą przeszkodę stanowiły pieniądze, których nie miałem.  Nie pracowałem nawet dorywczo już od miesięcy.  Matka, która ze swej mizernej emerytury i tak ledwie koniec z końcem wiązała, wysupływała teraz ostatnie grosze, aby opłacić adwokata dla brata, który oczekiwał sprawy sądowej w więzieniu w Siedlcach.  Żyłem wtedy dosłownie na ulicy.  Miałem, z darów amerykańskich wiatrówkę podbitą sztucznym futerkiem, z którą się nie rozstawałem latem czy zimą.  Cały mój majątek miałem w kieszeniach, żywiłem się głównie kostkami cukru lub dla odmiany wędzonym śledziem, na którym zwykle ucztowałem na ławce w zaciszu jakiegoś parku.  Kiedyś wszedłem do kościoła Zbawiciela na chwilę modlitwy i spokoju.  Pusto było, tylko gdzieś w połowie nawy w ławce ktoś siedział.  W pewnej chwili posłyszałem coś jak gdyby jęk i po kościele rozszedł się silny zapach octu.  Podbiegłem do słaniającej się w bólu kobiety.  Obok leżała buteleczka po esencji octowej, którą usiłowała się otruć.  Ułożyłem ją szybko na ławce, nie mogłem jej sam nic pomóc, ale wiedziałem, że o kilkaset metrów jest posterunek MO.  Pobiegłem tam co sił w nogach.  Na szczęście milicjanci nie byli formalistami i nie pytali o moje nazwisko, tylko zadzwonili po pogotowie i sami pobiegli co sił do kościoła.

 

Co kilka dni spotykałem się z Grażyną, która miała dla mnie zmianę bielizny i czasem wieści od matki.  Najtrudniej było z nocami, gdyż moje możliwości już się wyczerpywały.  Ale poza restauracją i stajnią było jeszcze kilka osób jak Felek (dawniej z rucheńskiego lasu), Zosia Basik, Waszczukowie na Pradze.  Bardzo przygnębiające jest uczucie, że znajomość ze mną, czy udzielona mi pomoc może mieć dla innych bardzo przykre następstwa.  Czułem się czasem jak trędowaty.  Kiedyś, gdzieś koło placu Trzech Krzyży, zauważyłem przechodzącą Krysię Suffczyńską (koleżanka z lat wojny - razem robiliśmy maturę) w towarzystwie chyba jej brata.  Chciałem ich minąć niezauważony, choć Krysię bardzo lubiłem i nie widziałem jej od lat.  Poznała mnie, mimo że spuściłem głowę i odwróciłem się bokiem.  Zawołała "Kazik".  Zatrzymałem się udając, że ją dopiero zauważyłem.  Krótka, zdawkowa rozmowa - byłem prawie niegrzeczny - staliśmy w bardzo eksponowanym miejscu.  Bałem się o nich i o siebie.  Krysia chyba zrozumiała; uśmiechnęła się smutnie, podaliśmy sobie ręce.

 

Jeden z moich studenckich kumpli, którego wraz z jego dziewczyną i kolegą uratowałem kiedyś, przez szczęśliwy zbieg okoliczności, od śmierci przez zaczadzenie, i który wiedział o moich kłopotach z wyjazdem za granicę, zapoznał mnie ze znajomą swej znajomej, pewną starszą panią, dość zamożną, której mąż był na Zachodzie, i która, jeśli nawet nie za wszelką cenę to w każdym razie bardzo, chciała wyjechać.  Po kilku spotkaniach i wizycie u jej brata, który ewentualnie też chciał wyjechać, a tymczasem siedział na "resztówce" swego majątku pod Warszawą, doszliśmy do porozumienia, na mocy którego w zamian za pomoc w wydostaniu się za granicę ona ze swej strony sfinansuje, przynajmniej częściowo (w formie pożyczki), mój udział w ekspedycji.  Mogłem pewnie wydusić więcej, ale pan Bolesław i pani Waszczukowa pożyczyli mi resztę. a i tak brałem pieniądze za tego rodzaju usługi tylko dlatego, że nie miałem innego wyjścia.  Nota bene pani Raciborska, bo tak się nazywała niewiasta, która wybierała się ze mną na Zachód, wraz ze swym bratem byli właścicielami kutra rybackiego, którym mieli uciekać, ale nie zjawili się na czas w umówionym miejscu z jakichś powodów i kuter pojechał do Szwecji z kilkoma pasażerami, ale bez właścicieli; dowiedziałem się o tym po latach od jednego z uczestników tej eskapady.

 

Na kilka dni przed odjazdem Grażyna zorganizowała mi spotkanie z matką w Ogrodzie Łazienkowskim.  Jak można pocieszyć matkę, która ma jednego syna w więzieniu, a drugi odchodzi w świat na niewiadome i nawet pożegnać go musi po kryjomu.  Prawie żeśmy nic do siebie nie mówili.  Przeżegnała mnie na drogę, dała swój medalik, objęła za głowę i przez chwilę tuliła do siebie.  Odeszły obie z Grażyną.  Nim zginęły za zakrętem alei, matka raz jeszcze obejrzała się.  Nie myślałem, że ją jeszcze w życiu zobaczę.

 

Koniec listopada.  Ostatni mój dzień w Warszawie.  Przed południem widziałem się z Marianem Wintochem i ustaliliśmy treść handlowej depeszy, którą miałem wysłać do firmy, w której pracował (a która miała kontakty handlowe z Berlinem), jeśli dotrę szczęśliwie do Zachodniego Berlina.

 

Jest wczesny jesienny wieczór.  Idę jeszcze na ostatnie umówione spotkanie z Grażyną, choć mam przeczucie, że jej nie zastanę.  Widziałem się z nią wcześniej na mieście, ale nie chciała się jeszcze pożegnać.  Kazała mi przyjść później do jej mieszkania, bo "zapomniała mi jeszcze dać czystą chustkę do nosa".  W maleńkim pokoiku, gdzie mieszka wraz z dwiema koleżankami, jedna z nich oddaje mi tę "za-pomnianą" chusteczkę.  Tłumaczy, że Marysia musiała gdzieś wyjść.

 

Gdzieś koło Brackiej spotykam Stefana Walczynę.  Nie widzieliśmy się od lat; robiłem razem z nim konspiracyjną podchorążówkę.  Krótka rozmowa; pyta "Jak leci?".  "Jadę zagranicę".  Nie musiałem mu wyjaśniać za jaką granicę.  "Kiedy wyjeżdżasz?".  "Dzisiaj, za dwie godziny".  Uścisnęliśmy sobie ręce.

 

Na dworcu mam spotkać Raciborską i Janka.  Zaczyna padać zimny jesienny deszcz... .