ŻYCIE W ZAGROŻENIU

 

Jak już poprzednio wspomniałem, okres mego zamieszkiwania, tak jak to robią ustabilizowani społecznie obywatele, skończył się opuszczeniem miłego domu przy ul. Belgijskiej 8.  Przeniosłem się do moich nowych kolegów z SGGW (tych z Kieleckiego i spod Sandomierza), to jest do domu akademickiego na placu Narutowicza, oczywiście na "waleta", to jest bez przydziału mieszkania.  Po koleżeńsku i za niewielką sumę pieniędzy udało mi się dostać "lipne" zameldowanie.

 

Studia na SGH okazały się bardziej interesujące niż się początkowo spodziewałem.  Słynny prof. Piętka, na którego wykłady przychodzili nawet studenci medycyny, a który na codzień miał poważne trudności z przejściem na drugą stronę ulicy; ponury rektor Grodek, na którego egzaminach nie można było wyczerpać tematu póki profesor sam nie przerwał, prof. Jerzy Loth, jeden z dwu tylko Polaków zaproszonych na zaręczyny późniejszej angielskiej królowej Elżbiety, nieustannie palący hawańskie cygara z własnej plantacji na Kubie; Edward Lipiński, profesor ekonomii i podówczas jeszcze dyrektor Banku Gospodarstwa Krajowego.  Przyjście do niego na egzamin bez marynarki i krawata było nie do pomyślenia.  Egzaminował często w służbowym aucie w drodze do banku, z braku czasu na bardziej konwencjonalne okoliczności. Była to dobrana grupa "reakcjonistów", których na razie tolerowano, gdyż byli jeszcze potrzebni.  Nie mogę również nie wspomnieć ojca "Ramowego Planu Kont", bardzo miłego zresztą profesora Skrzywana.  Była to pewnie jedyna w Polsce uczelnia, na którą Karol Marks i jego materializm dialektyczny (czy jak się ten nonsens nazywał) nie mieli jeszcze wstępu.  Niestety z takich czy innych powodów nie ukończyłem tej uczelni, ale nauczyłem się dużo i bardzo mi się to w życiu przydało.

 

Oczywiście pracowałem zarobkowo.  Urząd Ziemski rzuciłem po kilku miesiącach.  Pracowałem czas jakiś w Centrali Handlowej, to znowu robiłem księgowość dla sklepów włókienniczych należących bodajże do stowarzyszenia byłych więźniów obozów koncentracyjnych.  Przez blisko rok pracowałem dla wzbogaconych w czasie wojny spekulantów z prowincji, którzy otwarli firmę do eksploatacji Ziem Odzyskanych, czyli (to już nieoficjalnie) dla "szabru".  Przyjmowałem na bocznicy kolejowej wagony, prze-ważnie asfaltu i rozsyłałem je do warszawskich fabrykantów.  Miałem tam nawet na tej bocznicy, w okolicy ul. Grójeckiej, prawo do korzystania z kantoru przy stajni, z używalnością zapluskwionego wyra, ale ze zrozumiałych względów wolałem spędzać noce w stajni między końmi, gdzie było i czyściej i cieplej w zimowe noce.

Nie byłem jakimś nihilistą czy dziwakiem.  Mimo okresowych odwilży, może podświadomie, wiedziałem, że moja sprawa nie jest jeszcze skończona, że którejś nocy po mnie przyjdą.  Nie chciałem im tego ułatwić.  Nie wiem czy był to instynkt samozachowawczy, intuicja czy też umiejętność obserwacji i wyciągania wniosków z historii.  I okazało się ewentualnie, że miałem rację, tak samo jak wbrew powszechnemu przekonaniu, że sytuacja gospodarcza z czasem się poprawi, nie trudno było zauważyć, jeśli ktoś chciał patrzyć, że się ona coraz bardziej pogarsza i że jest celowo kierowana, by trzymać ogół tak zajęty zdobywaniem kawałka chleba, ubrania, opału i dachu nad głową, że nie starczy ludziom czasu ani energii na samodzielne myślenie.

 

Nie, nie byłem antyspołeczny, nie chodziłem zarośnięty czy brudny, zmieniałem bieliznę i pracowałem na życie.  Nie czułbym się tylko dobrze, gdyby władza ludowa wiedziała, gdzie można mnie zastać i kiedy, tym bardziej, że coraz to ktoś z ludzi, których znałem, lub o których słyszałem, znikał nagle i nikt  nie słyszał o nim, a jeśli nawet po kilku miesiącach wychodził, to nie chciał mówić co tam robił.

 

Od czasu do czasu wpadałem do Węgrowa.  Jednego lata spędziłem nawet jakiś czas pomagając Józkowi Ornochowi administrować resztówkę majątku Gałki pod Wyszkowem.

 

Mijały lata; ożenił się Leszek Ratajski, później Marian Wintoch, Zbyszek Kordyasz był już z dawna żonaty.  Z naszej wojennej szóstki Jurek Ratajski miał już narzeczoną; wiem, że miała kłopoty z płucami, bo starałem się dla niej o streptomycynę przez moje kontakty z Caritas Academica.  Zbyszek Wojcieszek gdzieś się zapodział i słuch o nim zaginął.  Mnie czas mijał dość jałowo, bez jakiegoś określonego celu, nieciekawa egzystencja z dnia na dzień.

 

Pracowałem w wielu miejscach, jak np. byłem szoferem dla jakiejś centrali pomocy młodzieży akademickiej, to znów księgowym spółdzielni mięsnej na Pradze, ku radości koleżanek z żeńskiego domu akademickiego na Górnośląskiej, które zaopatrywałem w świeże wędliny z mego deputatu.  Przez jakiś czas robiłem księgowość dla akademickiego miesięcznika, którego nazwy dziś już nie pomnę, ale pamiętam jego redaktorkę Lusię, w której się bez wzajemności podkochiwałem.

 

Od czasu powrotu z Czechosłowacji, dwie troski nie dawały mi spokoju: co stało się ze Zdziśkiem Strzałkowskim i Grażyną.  Zaplanowałem naszą ucieczkę z pociągu jak mogłem najlepiej i nie miałem pod tym względem żadnych wyrzutów.  Stale jednak, jako najstarszy w tym gronie i dowódca, czułem się w pewnym sensie odpowiedzialny.  Nie łatwo było powiedzieć stroskanym rodzicom Zdziśka, że ostatni raz widziałem ich syna na kilka minut przed skokiem z pędzacego pociągu, i że nie przyszedł na umówione spotkanie.

 

Na szczęście po długim czasie nadeszła okrężną drogą wiadomość od Zdziśka, że jest po amerykańskiej stronie.  Spadł mi jeden kamień z serca.  Ale o Grażynie stale nic nie wiedziałem, nie znałem jej nazwiska, wiedziałem tylko, że pochodziła z Warszawy.

Aż nagle, któregoś słonecznego dnia na Marszałkowskiej, prawie że ją potrąciłem mijając.  Chwilę staliśmy oboje jak skamienieli, a potem wzięliśmy się za ręce jak gdyby w obawie, że znów się zgubimy i poszliśmy razem bez słowa.

 

Nazywała się Maria Zakrocka, miała mały pokoik przy muzeum zoologicznym na Wilczej, gdzie pracowała.  Nie wyskoczyła z pociągu, gdyż jej towarzysz nie zdążył otworzyć drzwi nim nadbiegli czescy żandarmi zaalarmowani naszym skokiem przez okno.  Po polskiej stronie wylądowała znowu w więzieniu, skatowali ją solidnie, miała stale kłopoty z kręgosłupem.  Zwolnili ją wreszcie z racji amnestii i przyjazdu Mikołajczyka.  Jej byli towarzysze z "Uderzenia", gdzie w czasie wojny była sanitariuszką, pomogli jej w znalezieniu pracy.

 

Widywaliśmy się dość często.  Stała mi się w tym okresie przyjacielem, powiernicą, a po aresztowaniu brata, jedyną łączniczką z matką.

 

W listopadzie i grudniu często jeździłem jako konwojent przy zwozie żywego karpia z gospodarstw rybnych podlegających warszawskiemu okręgowi Centrali Rybnej.  Diety były podłe, ale zarabiało się na nadwyżce.  Sztuka polegała na tym, że trzeba było się odpowiednio wytargować na stawach, a to że ryba zamulona, a to że się wytrze w drodze, itp. Tak uzyskaną nadwyżkę dzieliło się z kierowcą i pracownikami magazynów i biura, którzy byli nienadzwyczajnie płatni.  Zwłaszcza przed Wigilią trzeba było "zorganizować" ponad sto kilo  karpia, aby wszystkich obdzielić.  Sporo tam było "ichtiologów" z SGGW.  Ponieważ  jeden z nich miał na boku restaurację, którą prowadziła jego żona i mieli kłopot z księgowością, więc znalazła się dla mnie dorywcza praca.  Wkrótce miałem kilka takich restauracji, które wprawdzie nie płaciły dużo, ale za to miałem zapewnione posiłki bez ograniczeń w każdej porze dnia czy nocy, no i nie byłem nigdzie rejestrowany.

 

Jedno prowadzi do drugiego; wkrótce dostałem kontraktowe zlecenie z Centrali Rybnej na zorganizowanie rachunkowości w świeżo otwartej pokazowej restauracji i sklepie.  Instytucja ta mieszcząca się na Nowym Świecie w miejscu dawnego kabaretu "Paradis" miała propagować spożycie ryb w sposób raczej kapitalistyczny, a jednocześnie miała wyliczać się Centrali według przesłanek socjalistycznych, no i oczywiście "ramowego planu kont".  Całe zadanie było dla mnie dość interesujące; w ciągu trzech miesięcy zorganizowałem rachunkowość do tego stopnia, że np. każdy posiłek zjedzony przez pracownika był dokładnie wyliczony, wyszkoliłem dwoje studentów, którzy zostali, by prowadzić z dnia na dzień księgowość, przeprowadziłem firmę przez jej pierwszą komisję rewizyjną, i na jej żadanie, przygotowałem memoriał precyzujący proponowaną politykę finansową tej instytucji.  Było to dość śliskie, bo nie wolno wykazać straty, a tu znowu Karol Marks twierdzi, że dochód nie jest "koszer".  Jakoś wybrnąłem i zaniosłem to dyrektorowi wojewódzkiemu Centrali (nota bene był on absolwentem SGH, inaczej nie wiedziałby o co chodzi), który się bardzo ucieszył, bo się już pewnie bał, że pójdzie "siedzieć" i szybko zabrał mój memoriał ze swoim podpisem do wojewódzkiego KC, którego był członkiem.  Ja zadowoliłem się zapłatą.

 

Niedługo po tym dostałem podobną pracę; tym razem dla wielkiej restauracji organizowanej przez związek inwalidów wojennych.

 

Z restauracją Centrali Rybnej zachowałem przyjazne stosunki przez czas dłuższy.  Ilekroć potrzeba mi było bezpiecznego noclegu, mogłem zawsze liczyć, że nocny stróż wpuści mnie od tyłu i pozwoli się przespać na stole w "moim" biurze, a pierwszy kucharz rano przyrządzi mi michę jajecznicy.

 

"Udzielałem" się też trochę społecznie w Caritas Academica przy kościele św.Anny.  Udzielanie to polegało głównie na prowadzeniu ich księgowości i pomocy przy utrzymaniu magazynu z darami z zagranicy.  Zetknąłem się tam z bardzo wartościową grupą młodzieży katolickiej.  Od czasu do czasu wyjeżdżaliśmy np. do Lasek na "dzień milczenia", czy też na bardziej towarzyskie koleżeńskie dyskusje połączone z nocnym słuchaniem słowików.  Czasami, zwykle w związku z jakąś akcją religijno-akademicką, mieliśmy śniadanie z wówczas jeszcze arcybiskupem, prymasem S. Wyszyńskim, który począwszy od swego "ingresu", większość swej publicznej działalności inaugurował w kościele akademickim.  W owych czasach studenci zawsze mieli do niego łatwy dostęp.

Mijały lata.  Nadzieje na zasadniczą zmianę związane z Mikołajczykiem i jego PSL-em rozwiały się z chwilą jego ucieczki z kraju, pogłębiając jeszcze poczucie zawodu i przygnębienia.  Po raz pierwszy od 39-tego roku nie mieliśmy na kogo liczyć.  Jedynie co ta krótka wiosna dobrego zrobiła to to, że kilka tysięcy wróciło z zesłania i więzień.

 

Widywałem się często z Marysią Szczypiorską - to ta, z którą mnie aresztowali z Koszuckim, adwokatem z Kałuszyna, dla którego przez jakiś czas pracowałem, robiąc ksiegowość w kilku wytwórniach wód gazowanych, które do niego należały.

 

Z czasem mój brat Tadzik przeniósł się z Gliwic na Politechnikę Warszawską i zaczął pracować jako kustosz, czy coś w tym rodzaju, w muzeum zoologicznym na Wilczej.  Pomogła mu w znalezieniu pracy Grażyna, która już tam od dawna pracowała.  Odziedziczył też po niej jej maleńkie, przy muzeum, mieszkanko. Marysia przeniosła się na Noakowskiego do pokoiku, gdzie już było kilka jej dawnych koleżanek.

 

Przeniósł się również na teren Warszawy Marian Wintoch, już po studiach i żonaty.  Mieszkali wraz z Jadzią na Bielanach i Marian zaczął pracować w jakiejś spółdzielni pracy.  Byli tu również Staszek Wachalski, który po powrocie z Syberii wstąpił również na SGH i Marian Wangrat, który także gdzieś studiował.  Marian Strupiechowski, już absolwent SGH, - studiował na tajnych kompletach w czasie wojny.  Moje towarzyskie kontakty z Węgrowiakami były dość rzadkie w tym okresie.  Dość często natomiast bywałem na Górnośląskiej, w żeńskim domu akademickim, gdzie można było spędzić przyjemny wieczór w miłym towarzystwie.  Nota bene mieszkała tam również Basia Wielądek, która podobnie jak ja przystała do Sandomierzaków.