PRÓBUJĘ STUDIOWAĆ

Zaraz po "ujawnieniu", to jest jesienią 45-tego roku, wyjechałem jak wielu innych z mego pokolenia, jak to się wtedy mówiło, na studia.  Wybrałem z wielu względów Kraków, gdyż był dalej od Węgrowa niż Warszawa, miał dużo większe możliwości jeśli chodzi o ilość czynnych uczelni niż zniszczona stolica, no i miałem tam większość swych kolegów jak Marian Wintoch, dwóch braci Ratajskich, Leszek i Jurek (najmłodszy z nich Wiesiek wyjechał wraz z moim bratem na politechnikę w Gliwicach), Jadzia Jabłonka, Zbyszek Kordyasz z żoną.  Była nas niezła grupka z rodzinnego grodu, dość, by nie dać się zjeść w kaszy tłumom wysiedlonych Lwowiaków i tych, co ocaleli z Warszawy.

 

Co za wspaniałe towarzystwo. Żyło to wszystko, bawiło się, piło, no i studiowało nie wiadomo za co, gdyż większość nie śmierdziała groszem.  Mieszkaliśmy po różnych "akademikach", często bez przydziału, u przypadkowych kolegów.  Kraków robił wrażenie miasta okupowanego przez hordy studentów, którzy miejscowych mieszkanców po prostu ignorowali.  Towarzyskie kontakty z "centusiami" były utrudnione faktem, że miejscowi studenci raczej niechętnie przyznawali się do obywatelstwa królewskiego grodu.  Ano cóż, chcieli mieć królewską wszechnicę w swoim mieście, to dobrze im tak.

Zdało się, że wszystko co w Polsce jest młode i żądne nauki, wszyscy, którzy lata wyrwane z ich młodości spędzili po lagrach, kacetach, więzieniach, w konspiracji i boju, zeszli się tutaj do starej Jagiellońskiej "matki i żywicielki", przybyli tak jak stali, wielu jeszcze w mundurach z różnych frontów wojny, gnani głodem czegoś więcej niż codziennego chleba.

 

Władza "ludowa" z jakichś powodów nie położyła jeszcze swej ciężkiej ręki na tych objawach "reakcyjnego" pędu do nauki; może na razie nie wiedzieli co z tym zrobić.  A może ponieważ miejscowy "komisar" kulturalny nazwiskiem Polewka miał słabość do studentów i bohemy; podobno był dość użyteczny w potrzebie.

 

Oczywiście kwitło też ożywione, choć czasem trochę jeszcze nieśmiałe, życie towarzyskie.  Nim pozałatwiałem formalności związane z zapisaniem się na wydział samochodowo-lotniczy Akademii Górniczej, już wpadłem w jego trochę oszałamiający wir.  Znalazłem się niespodziewanie w studenckim zespole teatralnym, pod kierownictwem miejscowej poetki Zosi Karaś, która poza niewątpliwymi zdolnościami artystycznymi, posiadała rzadką umiejetność "odbicia" butelki z bimbrem o swe dziewczęce ramię.  Rzadka ta specjalność była bardzo przydatna przy składkowych zakupach bimbru od pokątnych sprzedawców pod Sukiennicami, jako to, że nie powinno się kupować "kota w worku", ani też bimbru w butelce, bez spróbowania.

Teatr, jakieś akademie, bale i potańcówki; zdarzało się nam niedzielnym świtem "płynąć" po plantach kujawiakiem w kilka par do najbliższego kościoła.

 

Próbowałem.  Szczerze starałem się wtłoczyć w codzienność wykładów, w beznadziejność kaligrafowania pisma technicznego na specjalnym papierze, którego nie bardzo miałem za co kupić, specjalnej twardości ołówkiem, którego trudno było dostać.  Poza tym nie bardzo wiedziałem, czego ja właściwie chcę się uczyć, nie bardzo wiedziałem za co, nie mówiąc o tym, że mieszkałem na "przyprzążkę" u przypadkowych często kolegów, co ani im ani mnie nie było bardzo wygodne.

 

Nie byłem sam, wielu się takich rozbitków wówczas po Krakowie pętało.  Musiałem się jakoś znormalizować i to nie tylko psychicznie. Po nieudanych próbach osiedlenia się w Łodzi wczesną wiosną 46-tego roku, przeniosłem się do Warszawy.

 

W tym też okresie wpadłem na kilka dni do Węgrowa, nie pamiętam już z jakiej okazji, gdy ktoś przyjazny dał mi znać, żebym lepiej pryskał, gdyż mam być aresztowany.  Widocznie miodowe miesiące już się skończyły.  Nie zdziwiło mnie to zbytnio.  Systemy totalitarne nigdy swoim wrogom nie wybaczają; toteż wziąłem ostrzeżenie poważnie i już w domu nie nocowałem, ale postanowiłem zaryzykować i wyjechać raniutko miejscowym autobusem.

 

O piątej rano w zimie było jeszcze zupełnie ciemno.  Przerobiony z ciężarówki autobus miał już ruszyć, gdy nadbiegł umundurowany bezpieczniak wołając, żeby poczekać, bo "komendant" też pojedzie.  Trochę mnie to stropiło, ale postanowiłem wykorzystać moment zaskoczenia.  Zresztą nie miałem dużego wyboru, bo w jedynym wejściu do autobusu pojawiła się znajoma mi trójka: Kłosiński z żoną i nieodstępny kapitan KGB.  Usiedli na ustawionej wzdłuż autobusu ławce, Kłosiński w środku.  Zauważyłem, że obok jego żony jest wolne miejsce, więc gdy tylko zaimprowizowany autobus ruszył, podniosłem się ze swego miejsca i z prawą ręką wymownie w kieszeni płaszcza, przysiadłem się do pani porucznikowej.  Nastąpiły powitania i wyrazy radości z tak miłego spotkania.  Byli wyraźnie zmieszani, zwłaszcza mężczyźni.  Przypuszczam, że Kłosińska nic nie wiedziała o zamiarze aresztowania mnie i brała wszystko za dobrą monetę.  Potoczyła się dość ożywiona rozmowa o wszystkim i o niczym, z początku trudna i wyraźnie wymuszona, ale na szczęście nieświadoma sytuacji niewiasta okazała się być z natury dość rozmowna, co pozwoliło jej dwóm towarzyszom tylko przysłuchiwać się w milczeniu.  W Kałuszynie zaprosiłem ich wszystkich na kiełbasę z kapustą, no i na kieliszek czy dwa wódki w restauracji "Ciotki Balczanowej", cały czas nie odstępując na krok pani porucznikowej.  Nim dojechaliśmy na Pragę dowiedziałem się, że obaj oficerowie jadą służbowo, a pani chce zrobić trochę zakupów w śródmieściu Warszawy.  Gdy wysiedliśmy przy Targowej i wszyscy stanęli trochę niezdecydowani, spytałem obu mężczyzn dokąd idą?  Odrzekli, że na Cyryla i Metodego, gdzie, jak doskonale wiedziałem, mieściła się wówczas centrala bezpieki.  "Wobec tego "do swidania", my idziemy na miasto".  Wziąłem porucznikową pod rękę i szybkim krokiem poszliśmy w stronę tymczasowego (jak prawie wszystko wówczas) mostu na Wiśle.  Gdym się za chwilę obejrzał, obaj strażnicy bezpieczeństwa stali na chodniku patrząc w naszą stronę.

 

Spotkałem się raz jeszcze z porucznikiem Kłosińskim w okresie referendum, co to: "Polaka znak, trzy razy tak".  Przyjazd Mikołajczyka i powstanie PSL trochę znów zmieniło sytuację; wielu z akowców wywiezionych na Syberię zostało "repatriowanych" i zwolnionych.  Wrócili między innymi moi współwięźniowie z wpadki komendy "Białowieży" z wyjątkiem tych, których zamordowano wkrótce po aresztowaniu.  Wprawdzie sielanka polityczna nie trwała długo, ale spowodowała chwilową "odwilż", a ja znów chwilowo "nieposzukiwany" przez Resort Bezpieczeństwa, mogłem się pokazać w Węgrowie.  W referendum nie mogłem brać udziału, gdyż moje nazwisko wraz z nazwiskami mej matki i brata było skreślone z listy uprawnionych do głosowania przez kompetentne władze czuwające nad czystością "demokratycznych" przekonań wyborców.

 

Oczywiście nie zdziwiło mnie zbytnio, że oficjalnie ogłoszone wyniki były bardzo pomyślne dla zjednoczonych partii.  Natknąłem się na Kłosińskiego na rogu rynku w dzień po głosowaniu.  Nie zdziwił się, że mnie widzi - oczywiście wiedział, że jestem w Węgrowie.  Przywitaliśmy się dość przyjaźnie.  Wiedziałem, że był przy liczeniu głosów referendum, więc znał prawdziwe wyniki.  Spytałem go wprost, która strona miała większość głosów?  "Oczywiście wasza" -odrzekł z cynicznym uśmiechem na ustach.  Doszły mnie słuchy jakiś czas po tym, że por. Kłosiński stracił swe stanowisko i dostał się do więzienia, gdyż nie zareagował dość szybko na wezwanie swego kolegi z Sokołowa, by pospieszył ze swymi siłami na pomoc w organizowaniu obławy na przechodzący przez teren oddział partyzancki.  Jak się potem okazało, oddział uderzył nie czekając na obławę, no i winę za niepowodzenie zwalono na Kłosińskiego.  Nie wiem czy wyszedł z życiem, wiem tyle, że tak czy inaczej, długo by się nie utrzymał.  Był komunistą z przekonania, a ci na dłuższą metę byli bardzo niewygodni.  Wiem, bo ukrywałem się u kilku komunistów.  System tolerował tylko szuje bez skrupułów.

Dzięki wojennym znajomościom udało mi się załatwić sobie pracę w Warszawie.  Feliks Szafrański, ps. Jezuita, działacz ludowy, a w czasie wojny administrator jednego z folwarków K. Popiela i komendant placówki AK, był teraz dyrektorem, czy też prezesem Wojewódzkiego Urzędu Ziemskiego.  Udało mi się tam zaczepić; nic specjalnego czy interesującego; miałem do czynienia z administracją transportu przydzielonego do tego urzędu; ale zawsze to punkt zaczepienia.

 

Załatwiwszy sobie w ten sposób podstawy materialne, przedsięwziąłem dwa kolejne kroki na drodze do normalizacji mego bytu: zapisałem się na SGH i to nie na skutek nagłego zainteresowania się zagadnieniami ekonomii politycznej, czy też polityki ekonomicznej, ale po prostu dlatego, że uczelnia ta dublowała w godzinach popołudniowych wszystkie wykłady i seminaria, by umożliwić studia pracującym zarobkowo.  No i załatwiłem sobie mieszkanie przy ulicy Belgijskiej 8, na Mokotowie, niedaleko od mej uczelni.

 

Miłe to było miejsce, przy rodzinie składającej się z matki, córki - studentki prawa, i syna na politechnice.  Ojciec, który spędził czas wojny na zachodnich frontach był oczekiwany lada chwila z powrotem.  Utrzymywali się z wynajmowania pokoju i pracy córki, która była administratorem całego bloku domów.

 

Wynajmowałem  wraz z dwoma kolegami mały pokój, który był o tyle orginalny, że miał dziury w suficie pozatykane watą.  Sufit ten dublował jako dach, poprzednio wyeliminowany przez bombę.  Ściana zewnętrzna też była z lekka ażurowa od szrapnela i rama okienna niezbyt szczelna, ale dało się mieszkać, zwłaszcza, że mieliśmy do ogrzewania piecyk żelazny, tzw. "kozę", która, gdy w niej napaliliśmy, co zdarzało się dość rzadko, dawała przyjemne ciepło w zimowe wieczory.  Jeśli chodzi o moich współlokatorów, to o jednym bardzo mało wiedzia-łem poza tym, że jest z Radomia i na SGH, gdyż prawie że się nie odzywał, a potaknięcie czy zaprzeczenie głową zdawało się być dla niego poważnym wysiłkiem.  Za to drugi, student prawa na uniwersytecie, był bardzo równy facet, choć pochodził z Grójca.

 

Zachodzili dość często na Belgijską Zygmunt Bukowicki i Roman Głuski, którzy gdzieś w pobliżu mieszkali i obaj byli na SGGW na technologii drewna.  Jeżeli chodzi o ścisłość, to oni musieli mnie skierować na to mieszkanie.  Roman zdawał się być romantycznie zainteresowany córką mej gospodyni, bardzo miłą zresztą i przystojną dziewczyną, która, biedactwo, miała na swe utrapienie na imię Agrypina. Pieszczotliwie zwaliśmy ją Grypcia.  Często zbieraliśmy się w kilkoro w jej pokoiku, by spędzić przyjemny wieczór w miłym towarzystwie.

 

Spędziłem na Belgijskiej około ośmiu miesięcy, które były jedynym okresem w moim pięcioleciu w Polsce "Ludowej", kiedy prowadziłem normalny tryb życia, tj. miałem mieszkanie, spałem we własnym łóżku, byłem zameldowany.

 

Pewnego dnia zjawił się u mnie pewien młody człowiek, syn aptekarza ze Stoczka Węgrowskiego, który zamieszał się w jakąś pseudokonspirację, bodajże nieudany napad na spółdzielnię w Ruchnie, i schronił się u mnie przed aresztowaniem.  Ponieważ mieszkał on na stancji u mej matki w Węgrowie, więc nie miałem wątpliwości, że bezpieka wyciągnie z tego "logiczne" wnioski co do mej osoby i dojdzie po śladach.  Wyposażyłem chłopaka jak mogłem na drogę, głównie w dobrą radę, podziękowałem moim gospodarzom za gościnność, miłe towarzystwo i przeprosiłem za kłopot. Agrypina, która załatwiała meldunki, obiecała wyeliminować ślady mego tam zamieszkania.  Opuszczałem to miejsce z prawdziwym żalem.

 

Życie akademickie w Warszawie było bardzo różne od krakowskiego.  Przede wszystkim było ono rozbite na kilka, mniej więcej równorzędnych ośrodków, nie zcentralizowane jak w Krakowie.  Uniwesytet to jeden taki ośrodek, oczywiście największy, Politechnika Warszawska to to drugi, no i na Mokotowie, w bliskim sąsiedztwie słynnego więzienia: Szkoła Główna Handlowa, Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego, na którą poza Zygmulkiem Bukowickim i Romanem Głuskim, uczęszczała większość niedobitków partyzanckich z Kieleckiego i z okolic Sandomierza, to jest ze stron, gdzie kiedyś Radek "chodził do szkół" i Rafał Olbromski się rozbijał, nie zawsze w dobrej sprawie.  Przy moim sentymencie do Żeromskiego, nie było przypadkiem, że większość moich kolegów z tamtego okresu to studenci SGGW.  Resztę tego mokotowskiego zgrupowania uczelni stanowiły Akademia Stomatologiczna (prawie wyłącznie ładne dziewczęta), no i stara, bardzo zasłużona Szkoła Inżynieryjna imienia Wawelberga i Rotwanda, do której jeszcze mój ojciec uczęszczał przed pierwszą wojną światową, a która podczas drugiej, pod zmienioną oczywiście nazwą i udając szkołę rzemieślniczą, była tajną politechniką.  W jej warsztatach przyszli inżynierowie produkowali między innymi polską odmianę angielskiego stena, tzw. "błyskawicę".

 

O ile Kraków był grodem minionych wieków, dziejów, które miały miejsce przed nami, o których uczyliśmy się w szkole, czciliśmy na uroczystych akademiach, jak wymarsz z Oleandrów Pierwszej Kadrowej Kompanii, o tyle Warszawa była historią naszego pokolenia.  Tu nie trzeba było szukać po muzeach i w architekturze starych budowli; tu każdy kamień był historią, każdy napis kredą na rozwalonej bramie w poszukiwaniu bliskich, a było tych napisów tysiące; obdarty gazeciarz bez ręki, którą stracił na Starówce w ataku na czołgi, i na gruzach cyrilica: "min niet".

 

I ta niesłychana żywotność "Miasta Niepokonanego", nowe sklepy i kawiarnie pourządzane w ułamkach budynków, budy i budki w Alejach Jerozolimskich, z których nowi przedsiębiorcy służyli publiczności gorąca kiełbasą, bimbrem, papierosami swego wyrobu i wymianą dewiz. Róg Marszałkowskiej i Alei stał się jak gdyby centralą komunikacji miejskiej, zwłaszcza po otwarciu mostu Poniatowskiego dla ruchu kołowego.  Wszystkie urzędowe ciężarówki jadące w kierunku Pragi (każdy szanujący się szoferak znalazł urzędową wymówkę kilka razy dziennie do jazdy w tym kierunku) przystawały na tym rogu, a młodzi naganiacze wołali: "Kanadą na pragie, kanadą".  A jeszcze przed tym wszyscy, czy chcieli czy nie, spotykali się na Karowej, gdzie było zejście po wąskich schodkach do mostu drewnianego, zbudowanego przez wojsko.

 

Początkowo niektóre wydziały uniwersyteckie z powodu braku odpowiednich lokali, mieściły się na Pradze.  Powrót z wykładów na piechotę, przez most i wyburzone ulice, nie należał, zwłaszcza dla dziewcząt, do najbezpieczniejszych spacerów.  Radziły sobie w ten sposób, że wracały zawsze gromadą.  Warunki mieszkaniowe w zrujnowanym mieście były oczywiście trudne.  Istniejące domy akademickie mogły pomieścić tylko część, i to w warunkach bardzo ściśnionych.  Toteż wkuwanie często odbywało się w miejscach, gdzie można było znaleźć ciszę i spokój - w kościołach.  Szczególnie wzruszający był widok w podziemiach zburzonego kościoła św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży.  Wieczyste światło przed zaimprowizowanym ołtarzem; w ławkach pochylone nad książkami młode głowy; tu i ówdzie ktoś robi notatki, ktoś się modli w skupieniu.  Wchodzącego ogarnia prawie dotykalny spokój.