CZAS AMNESTII

 

Komisja Likwidacyjna w pewnym sensie spełniła ograniczone zresztą oczekiwania obydwu stron jeśli chodzi o rozładowanie bardzo napiętej sytuacji.  Partyzantka i niemożność poruszania się w terenie bez silnego ubezpieczenia poważnie utrudniały zakorzenianie "władzy ludowej" poza obrębem miast.  Musiało to być poważnym cierniem w ambicji władz bezpieczeństwa, że zdecydowali się na zwolnienie z więzienia słynnego z dni powstania płk. "Radosława" i wiedząc, że osoba jego wzbudza zaufanie, powierzyli mu kierownictwo Komisji Likwidacyjnej i ogłosili amnestię dla wszystkich ujawniających się akowców.

 

Z naszej strony chyba nikt nie miał złudzeń co do szczerości intencji moskiewskich mentorów bezpieki.  Z drugiej strony możność choćby chwilowego zalegalizowania się dawała setkom ściganych, podejrzanych, dezerterów z "ludowego" wojska, itp., szanse odskoku i zamelinowania się wśród powojennego chaosu.

 

Miejscowy szef bezpieki - ppor. Kłosiński - był, jak na to stanowisko, człowiekiem dość kulturalnym; młody, po maturze, z podwarszawskiego środowiska robotniczego i zdaje się jeden z tych nielicznych, ideowy komunista.  Jego autorytet jednak był bardzo ograniczony przez obecność, nieoficjalną, ale dającą się odczuć na każdym kroku, "opiekuna" w osobie kapitana KGB, nazwiska dziś już nie pomnę, który patrzył na ujawniających się jak patrzy kot na ptaka, którego nie może na razie dosięgnąć.

 

Ten to kapitan zdawał się mieć dwie troski: czy aby dość ludzi się ujawnia i czy na pewno w rucheńskim lesie nie ma już partyzantów.  Wiedzieliśmy, że się nie odczepi a chcieliśmy całą rzecz przedłużyć, by dać ludziom więcej czasu, więc wytłumaczyliśmy mu, że prawdopodobnie ludzie w terenie nie wiedzą o urzędowaniu naszej komisji, a my nie mamy sposobu ich zawiadomienia.  Następnego dnia kapitan oddał nam do dyspozycji samochód osobowy z szoferem Rosjaninem, podoficerem lotnictwa.  Co było robić?  Mniej więcej co drugi dzień wyjeżdżaliśmy w teren, zwykle pod kierunkiem Józka Ornocha, zajmowaliśmy stanowiska na "neutralnym" gruncie to jest w wioskowej knajpce lub sklepie, gdzie można było się "napić", zabezpieczaliśmy naszego kierowcę dostateczną ilością samogonu i zagrychy, a sami spędzaliśmy czas na mało urzędowych rozmowach ze wszystkimi, którzy chcieli nas spotkać.  Wyjazdy te bardzo przypadły do serca naszemu kierowcy, który odznaczał się umiejętnością bezbłędnego prowadzenia auta niezależnie od ilości wypitego bimbru, a ponieważ był nieuzbrojony - gwarantowaliśmy kapitanowi jego bezpieczeństwo - więc nie było kłopotu z właściwym wielu Słowianom pociągiem do strzelania po pijanemu.

 

Trwało to chyba ze dwa tygodnie i nie przyniosło spodziewanych przez kapitana rezultatów.

 

Aby rozwiać wątpliwości kapitana KGB co do pokojowości rucheńskiego lasu, zaproponowaliśmy jemu i Kłosińskiemu wspólne polowanie w tym lesie, zapewniając jednocześnie, że będą zupełnie bezpieczni w naszym towarzystwie.  Trochę ich to stropiło, nie bardzo mieli na to ochotę, ale z drugiej strony głupio im było pokazać, że się boją.  Kłosiński tylko poprosił czy może wziąć również swą żonę.  Mam wrażenie, że liczył, że obecność kobiety będzie miała łagodzący wpływ w razie czego.

 

Pojechaliśmy rankiem zorganizowanymi przez nas wozami po uprzednim zawiadomieniu gajowego Ciszewskiego, aby ewakuował z lasu na ten dzień wszystkich, którzy nie żywili przyjaznych uczuć w stosunku do funkcjonariuszy bezpieki czy KGB.  Ciszewski spotkał nas na skraju lasu i zaprowadził nas na miejsce, gdzie mogliśmy się spodziewać dzika w normalnych warunkach, tj. gdyby gajowy zorganizował nagonkę.  Ponieważ Ciszewski nie myślał marnować dzików na byle hołotę z bezpieki, więc nasze "polowanie" skończyło się na wystrzelaniu sporej ilości amunicji do celu.  Chyba jak las rucheński istnieje, nikt tyle amunicji w nim nie zmarnował.  Przez cały czas, nawet przy posiłku, który obywatelka porucznikowa przywiozła ze sobą, Zyzio Klem, Józek Ornoch i ja mieliśmy zawsze przy sobie kapitana, porucznika lub jego żonę.  Widocznie czuli się w naszym towarzystwie bezpieczniej.

 

Nie wiem czy wyprawa do lasu przekonała kapitana, ale przestał nudzić.  Zresztą nie było już okazji; nikt się więcej do komisji nie zgłaszał, więc zakończyliśmy jej pracę.

 

Pozostało tylko zniknąć z terenu zanim sprawiedliwość "ludowa" zapomni o amnestii i wyciągnie swoją brudną rękę, by ukarać tych, którzy kiedyś przeciw niej występowali.  Ja osobiście miałem sporo na moim koncie z punktu widzenia UB, i to nie tylko "winy" popełnione przeze mnie, ale i te zwalone na mnie przez moich współwięźniow z Mińska Mazowieckiego po mojej ucieczce - zwalanie na tego co uciekł było przyjętą w konspiracji formą samoobrony - tym bardziej, że Światło powiedział im, że mnie rzekomo złapali i "rozwalili".  Poza tym zaszedłem im trochę za skórę z moim oddziałem i do dziś nie wiem, czy znaleźli ślady mojego zaangażowania w organizowaniu komórki "Antyk" na terenie naszego Obwodu, jak również udziału w innych wrogich akcjach już za bolszewickich czasów.  Wiedziałem, że jeżeli dostanę się znów do więzienia, to już żywy nie wyjdę.