"ODSTAWIENIE" DO KRAJU...

 

Miejscowy komendant potraktował nas dość dobrze.  Trzymali nas wprawdzie pod kluczem i strażą, ale brali trochę do pracy w domu komendanta posterunku i dawali nieźle jeść.  Jak by nie było, w oczach władz miejscowych nie byliśmy właściwie przestępcami, lecz niewygodnymi cudzoziemcami, których należy deportować.  Tysiące takich jak my wracało wówczas z niewoli, z robót przymusowych, z obozów.  Po kilku dniach zaprowadzili nas obu pod strażą na stację kolejową, wsadzili do pociągu idącego w kierunku Cieszyna i kazali nam jechać do domu, tym razem bez eskorty.  Nie zrezygnowaliśmy z naszych zamiarów na zagranicę, ale jasnym było, że musimy się trochę podreperować nim znów spróbujemy.

 

Koło Cieszyna przejechaliśmy polską granicę i zameldowaliśmy się w ośrodku repatriacyjnym na stacji, jako wracający z robót w Niemczech.  Dali trochę jeść, paczkę papierosów, zaświadczenie repatriacyjne, które poza tym, że było legalnym dokumentem dla władz, uprawniało również do jazdy pociągiem do miejsca zamieszkania, które nie było bliżej określone.

 

Jechaliśmy w rodzinne strony trochę okrężną drogą przez Łódź, Warszawę, Siedlce, Sokołów.  Zajęło to kilka dni, gdyż pociągi wtedy nie chodziły jeszcze regularnie.  Żywiliśmy się jak było można po różnych punktach repatriacyjnych i schroniskach Czerwonego Krzyża.  Nie my jedni - setki ludzi tułało się w tym czasie, śpiąc na betonie podłóg stacyjnych, w poszukiwaniu domu i swoich.

 

Od Sokołowa szliśmy piechotą.  Gdzieś koło Grochowa minął nas wóz, na którym między innymi jechał nasz były dyrektor gimnazjum i kolega z konspiracji A. Chmielewski.  Spojrzał w naszą stronę i widać było, że nas poznał, przez chwilę myślałem, że coś zawoła, ale zorientował się, że lepiej nie.  Nigdy go więcej nie widziałem.  Był to chyba najlepszy pedagog, jakiego znałem.

 

Już po ciemku i jak zwykle od strony lasu dotarliśmy do szpitala na Klimowiźnie.  Nazajutrz, gdyśmy po raz pierwszy od kilku miesięcy zażywali rozkoszy snu w łóżku z czysta pościelą, kąpieli w wannie, czystej bielizny i ciepłego posiłku do syta, siostra Teobalda nawiązała właściwe kontakty i zawiadomiła matkę o naszym powrocie.

 

Wieczorem zjawili się w szpitalu Józek Ornoch i Zyzio Klem, którzy zorientowali mnie w ostatnich wydarzeniach na froncie wewnętrznym. Chodziło o to, że władze bezpieczeństwa nie mogąc uporać się z niejednokrotnie zbrojnym oporem w kraju, przekonały pułkownika "Radosława", jednego z dowódców Powstania, że rozładowanie sytuacji jest korzystne dla obu stron.

 

Zaproponowano amnestię dla wszystkich byłych żołnierzy AK, którzy ujawnią się przed tzw. Komisją Likwidacyjną.  Dobór nazwy nie był dobrze wróżący, ale "Radosław", który sam był w więzieniu bezpieki wiedział, że i nasza strona potrzebuje choć kilka tygodni oddechu, by dać szansę tysiącom ludzi do jakiegoś zalegalizowania się.  Ornocha i Klema wyznaczono na członków Komisji w powiecie węgrowskim.  Potrzebny był trzeci członek, by skompletować Komisję.  Zaproponowali mi tę funkcję.  Nazajutrz rano skorzystałem z "obstawy", którą na wszelki wypadek zapewnił Józek Ornoch ze swymi ludźmi, przeszedłem po raz pierwszy od roku otwarcie i w dzień przez ulice Węgrowa i zameldowałem się na plebani, gdzie mieścił się Urząd Bezpieczeństwa.  Przyjął mnie bardzo uprzejmie ppor. Kłosiński, miejscowy komendant, w towarzystwie obydwu moich kolegów i oficjalnie zaprosił mnie do wzięcia udziału w pracach Komisji Likwidacyjnej.  Było to 11-tego października 1945 roku.