RUSZAMY W POLSKĘ.  CEL: NA ZACHÓD

 

Czas było odejść. Byliśmy wszyscy jako tako umundurowani po berlingowsku, mieliśmy trochę pieniędzy w "świnkach" (złote, carskie monety rublowe), które dostaliśmy za krowy z jednego z miejscowych folwarków i mieliśmy pewne kontakty na uzyskanie "in blanco" papierów wojskowych.

 

Zadanie w ogólnych zarysach: znaleźć drogę wydostania się na Zachód.  Pewnego czerwcowego dnia cały mój oddział załadował się na dach towarowego pociągu w Urlach.  Po kilku godzinach tej dość zresztą przyjemnej jazdy wysiedliśmy na Pradze.  Kwaterowaliśmy w prywatnym mieszkaniu na Pradze u znajomych jednego z towarzyszących nam Węgrowiaków, płaciliśmy oczywiście "świnkami".  W ciągu kilku dni udało się nam uzyskać sporą ilość opieczętowanych "in blanco" wojskowych dokumentów Pierwszej Dywizji, włączając rozkazy wyjazdu, "talony" na "suchoj pajok", itp.  Kupiliśmy również dość amerykańskiego materiału na mundury (z dostaw "lend lease" do armii sowieckiej), by wyekwipować się w porządne mundury.

 

Praga była wtedy pełna wojska, stłoczonej ludności cywilnej, no i oczywiście wszelkiego rodzaju "czynników bezpieczeństwa".  Mój znajomy, por. Światło, był tu osobą dość znaną, choć nie bardzo popularną.  Podobno miał zwyczaj jeździć autem po ruchliwych ulicach Pragi (całe życie miasta koncentrowało się wówczas na kilku ulicach) i gdy zauważył kogoś podejrzanego, wyskakiwał z auta, by go aresztować.  Postanowiłem wykorzystać to jego brzydkie przyzwyczajenie i zapolować na niego z "przynętą" w osobie Grażyny, którą on widział w czasie "śledztwa" w więzieniu w Lublinie.  Przez szereg kolejnych dni spacerowaliśmy we dwóch z mym Lwowiakiem w pełnym umundurowaniu berlingowskim, głównie po Targowej i Cyryla i Metodego (gdzie mieściła się komenda bezpieki), a przed nami na kilka kroków po cywilnemu szła Grażyna.  Niestety, czy Światło wyjechał, czy też Grażyny nie zauważył w tłumie, dość że nie udało się nam go zneutralizować.  Nie mogliśmy za długo przebywać w tym samym miejscu, bez zwracania na siebie uwagi nawet w tym okresie powojennego bałaganu, więc wystawiwszy sobie odpowiedni "rozkaz wyjazdu" (sierżant znał całą procedurę doskonale), wyruszyliśmy, tym razem pasażerskim pociągiem, ku morzu.

 

Byliśmy na wybrzeżu. Gdynia, Gdańsk. Kwaterowaliśmy u gościnnych strażaków pożarnych w Gdyni.  Zatoka Gdańska jeszcze nie oczyszczona z min.  Właśnie wyleciała w powietrze barka, którą wybrali się na przejażdżkę po zatoce Rosjanie z Komendy Portu - kilkadziesiąt osób zginęło - trupy wypływały na plażę kilka dni z rzędu.

 

Nie było tu co robić.  Zawróciliśmy w głąb kraju.  Pieniądze się kończyły, więc po drodze koło Włocławka, po krótkim rozpoznaniu przez naszych cywilnych wywiadowców, zarekwirowaliśmy z państwowej gorzelni kilkaset litrów okowity.  Mieliśmy jednak pecha, gdyż tej nocy przeszła straszna wichura i musieliśmy wymijać wiele powalonych drzew na drodze.  Nad ranem konie ciągnące wozy ze spirytusem, również zarekwirowane, zupełnie ustały i musieliśmy zjechać do przydrożnej wioski, by dać koniom wypocząć.  Ledwie zdołaliśmy się trochę zamaskować, dopadła nas obława.  Wycofaliśmy się na przełaj przez pola dojrzewających już zbóż, co dawało pewną osłonę.  Oczywiście o zabraniu łupów nie było już mowy.  Kazałem sierżantowi prowadzić na najbliższy las, a w celu oderwania się od pościgu, sam oddalałem się wolniej, ostrzeliwując się bez przerwy z pistoletu, by zwolnić i zniechęcić pogoń.  Mimo wyraźnych instrukcji została ze mną Grażyna, Boguś Byrko, będący po cywilnemu, i mój brat, który pomagał mi z pepeszy.  Trwało to dość długo, nim w końcu pogoń dała za wygraną.  Nie chciałem przyjmować z nimi walki - nie warto dla kilkuset litrów spirytusu zabijać się nawzajem, nie mówiąc o tym, że było ich więcej niż nas.  Miałem dwóch lekko rannych.  Wszyscy byli tak zmęczeni, że po zaszyciu się w głąb lasu i opatrzeniu rannych musiałem im dać kilka godzin snu.  Nocą odbiliśmy się dość daleko i rano pojechaliśmy pociągiem do Łodzi.  Nie pamiętam już po co właściwie wybraliśmy się do Łodzi, poza tym, że mieliśmy kilkoro znajomych.

 

Trzeba się było zastanowić co robić dalej - jeżdżenie z miasta do miasta nie miało sensu.  Poza tym nie mieliśmy już pieniędzy.  Sprzedałem ślubną obrączkę mego ojca, którą miałem na palcu, żeby kupić na kilka dni żywności.  Sierżant, który miał żonę i dziecko we Lwowie i pozostali kresowiacy, nie chcieli iść zagranicę.  Postanowili wracać w swoje strony.  Zaopatrzyłem ich w potrzebne "bumagi" i pożegnaliśmy się serdecznie.  Nasi cywilni towarzysze pojechali za swoimi cywilnymi sprawami i zostało nas czworo: mój brat (choć pod innym nazwiskiem), Grażyna i Zdzisław Strzałkowski.  Wpadliśmy jeszcze na kilka dni do Warszawy i obozowaliśmy w schronisku Czerwonego Krzyża, gdzieś koło Grójeckiej.  Miałem jakieś bolące czyraki i silną gorączkę.  Grażyna leczyła mnie zastrzykami ze swej torby sanitarnej, wyposażonej jeszcze przez siostrę Teobaldę.

 

Jakoś dowiedziałem się, że we Włochach pod Warszawą, gdzie kwateruje sztab gen. Roli-Żymierskiego, przebywa również mój brat cioteczny, wtedy major, Zdzisław Barbasiewicz, który po wojennej służbie w AK, po tzw. wyzwoleniu wstąpił do wojska.  Był zawodowym oficerem, więc było to dla niego naturalnym rozwiązaniem, a organizująca się armia desperacko potrzebowała fachowych oficerów sztabowych, toteż nie robiono mu "wstrętów" z powodu jego akowskiej przeszłości, przynajmniej na razie.  Spacerowałem z nim przez jakąś godzinę po głównej ulicy we Włochach, nikogo nawet na pozór nie dziwiło, że plutonowy podchorąży, bo taką szarżę wskazywały naszywki na moich naramiennikach, przechadza się za pan (powinno być "obywatel") brat z majorem.  Demokracja na całego.  Pogadaliśmy o ogólnej sytuacji, radziłem mu, by się strzegł, bo w tym systemie względy polityczne przekreślają wszystkie inne.  Mimo różnicy wieku traktowaliśmy się nawzajem po koleżeńsku - "obijaliśmy" się o siebie w latach konspiracji.  Życzył nam powodzenia w drodze za granicę.  Znów pożegnanie, uścisk ręki, zasalutowaliśmy sobie nawzajem.  Nie przeczuwałem wówczas, że spełnią się niestety moje obawy co do zagrożeń, przed jakimi stoi.  Po kilku latach, będąc już w stopniu podpułkownika, został aresztowany i z grupą innych oficerów sądzony w słynnym "procesie dziewiętnastu".  Otrzymał wyrok śmierci.  Wyrok wykonano.

 

Był koniec lipca 1945 roku.  Przez Kraków na Legnicę; strasznie zmarzliśmy jadąc godzinami nocą w hamulcowej budce towarowego wagonu do Jeleniej Góry.  Nocą poszliśmy na przełaj przez Śnieżkę do Czechosłowacji.  Samo przejście granicy było raczej mało dramatyczne, chociaż wspinanie się w ciemności i przez dość gęsty las na jeden w najwyższych szczytów w Karkonoszach, w ciszy i bez używania światła w obawie przed zaalarmowaniem patroli z obydwu stron, nie było czymś, co robimy codziennie przed śniadaniem.  Szarzało już, gdy gdzieś koło szczytu przecięliśmy kilkumetrowej szerokości pas pozbawiony drzew - granica.  Był już pełny dzień, gdy weszliśmy na jakąś szosę.  Nie było sensu się ukrywać.  Wiedziałem, że nie do pomyślenia jest, byśmy mogli przebyć niepostrzeżenie w obcym kraju, bez znajomości języka, kilkaset kilometrów, które dzieliły nas od południowo-zachodniej części Czech, gdzie koło Pilzna stali jeszcze Amerykanie.  Z drugiej strony stosunki między Polską a Czechami, mimo "ludowości" obydwu krajów, były raczej naprężone (stan chroniczny od czasów Chrobrego).  To, jak również fakt, że w skład rządu Czechosłowacji wchodzili wówczas znani czescy działacze niepodległościowi z emigracyjnego rządu w Londynie, pozwolił mi ufać, że potraktują nas jako politycznych uchodźców i pozwolą nam przejść, a w ostatecznym razie nie oddadzą nas z powrotem.  Toteż, gdy na szosie przed nami ukazał się kilkuosobowy patrol graniczny, odłożeniem naszej broni na ziemię daliśmy im do zrozumienia, że nie mamy wrogich intencji.

 

Przez kilka pierwszych dni traktowali nas grzecznie i choć trzymali pod kluczem, nie czuło się specjalnej wrogości.  Znaleźliśmy się w rękach kontrwywiadu wojskowego, który chciał się upewnić, czy nie jesteśmy szpiegami udającymi zbiegów.  Ponieważ Tadzik i ja mieliśmy fałszywe "kennkarty", a Grażyna i Zdzisiek również fałszywe poświadczenia wojskowe, więc nie było obawy, by się czegoś dowiedzieli, nawet gdyby chcieli komunikować się z "bratnią" ludową bezpieką.  Wątpię zresztą czy mieli takie zamiary.  Spędziliśmy kilka dni w więzieniu w miejscowości Trutnow, gdzie nas od granicy przewieziono dwoma osobowymi autami.  Więzienie na owe czasy prawie luksusowe.  Czyste łóżka, woda bieżąca w celi, ręcznik, czysta ubikacja, słowem sanatorium, nie więzienie.  Jedzenie nie nadzwyczajne, ale można wytrzymać.  Wszystko się jednak zmieniło na gorsze, gdy wojsko z nami skończyło.

 

Zostaliśmy przewiezieni do Pragi i oddani w ręce władz policyjnych.  Zamknęli nas na tzw. "śtyrce" czyli "czwórce".  Było to jakieś przejściowe policyjne więzienie pod numerem 4 na jakiejś ulicy, której nazwy nie pamiętam.  Siedziałem w celi, która miała pryczę (bez pościeli tym razem) na dwanaście osób.  W celi było nas powyżej sześćdziesięciu.  Towarzystwo mieszane: byli funkcjonariusze policji, drobni urzędnicy i tym podobni za współpracę z Niemcami, drobni przestępcy gospodarczy za wykroczenia przeciwko nowemu porządkowi, zakarpacko - ukraiński dziennikarz, który miał niepochlebną opinię o polityce Ukraińców po polskiej stronie, Ukraińcy, no i przyjazny chłop Słowak, który nie bardzo wiedział za co siedzi.  Codziennie ktoś odchodził z celi, inni znów przychodzili.  Ci, których rano wywoływano, szli albo na śledztwo lub też "z wecami" (z rzeczami) do sądu, skąd po wyroku wysyłano ich do regularnego więzienia.  Polityczni, to znaczy za kolaborację z Niemcami, byli wzywani do sądu zwanego "Pankrac".  Miało to dla mnie jakieś ponure brzmienie, coś z "Nieboskiej", czy też "Boskiej Komedii", już nie pamiętam z której.  Sądząc po minach wywołanych, nic dobrego to nie wróżyło.

 

Warunki w naszym więzieniu były przykre, specjalnie w mojej przeludnionej celi (moi towarzysze niedoli mieli odrobinę lepiej).  Większość z nas spała na betonie, poza kilkoma, którzy mieli czym opłacić się za przywilej spania na pryczy.  Ponieważ nie było dość miejsca na podłodze, więc nowo przybyli musieli spać pod pryczą, gdzie smród niemytych ludzi i brudnych ubrań pomieszany z wyziewami "kibla" w rogu celi, był trudny do zniesienia.

 

Wyżywienie - jeśli można to tak nazwać - podłe: piętnaście gramów czarnego chleba codziennie, kubek zabarwionego płynu zwanego kawą i kubek mętnego, ciepłego płynu, w którym można było czasem zauważyć ziarnko kaszy - nazywany zupą.  Głód był taki, że jeden z więźniów, na wpół obłąkany chłopiec, w nocy wypijał ludzkie plwociny ze spluwaczki, gdy go inni nie powstrzymali.  Miejscowi Czesi zwykle dostawali drobne paczki żywnościowe od swych rodzin, ale tacy jak ja, ukraiński dziennikarz, chłop Słowak - musieli zadowolić się urzędowym wyżywieniem.  Trzymałem się razem z tymi dwoma.  Po prostu było we trzech lepiej na tym ludzkim śmietniku.  Czasem dostałem trochę obierzyn z ogórka od Czecha, byłego oficera policji, który był jednym z bardziej inteligentnych więźniów w tej celi, i nawet dostawał gazety.  Wkrótce mogłem dość dobrze porozumieć się po czesku i nawet nieźle czytałem.

 

Warunki higieniczne poniżej krytyki.  Rano parę minut na umycie się bez mydła, od tygodni nie zmieniana bielizna, nie mówiąc już o kąpieli.  Miałem zainfekowany wrzód na wierzchu stopy.  Po kilku tygodniach zgłaszania się do doktora, w końcu przyszła moja kolej.  Przechodziło się przed lekarzem szeregiem, pokazując mu swe rany i dolegliwości, prawie bez zatrzymywania się, a on ledwie spojrzawszy kiwał na następnego, nie udzielając w wielu wypadkach żadnej pomocy czy choćby opatrunku.  Szczęściem mój wrzód zaczął się goić chyba z przyzwyczajenia.

 

W celi czas płynął bardzo powoli.  Z czeskich gazet dowiedziałem się, że Amerykanie zrzucili bombę atomową na Japończyków.  Potem znowu, że Japonia skapitulowała.  Od czasu do czasu brali po kilku ludzi do roboty poza więzieniem, spośród niepolitycznych.  Kłopot polegał na tym, że trzeba było być jako tako ogolonym.  Niektórzy z więźniów mieli ukryte żyletki, ale za skorzystanie trzeba było czymś zapłacić.  Udało mi się skorzystać z więziennych przyborów toaletowych, to jest z żyletki oprawionej na kształt brzytwy w kawałek patyka i należącej do jakiegoś volksdeutscha, za obietnicę kupienia mu za "listki", to jest kartki żywnościowe, bochenka chleba i musztardy, którą Czesi uwielbiali.  Wiadomo było, że dozorcy na robotach pozawięziennych, gdy mieli dobry humor, to brali posiadających "listki" więźniów do sklepu po zakupy żywnościowe.

 

Pracowałem kilkakrotnie na Hradczanach (zamek królewski) wrzucając węgiel do piwnic.  Kiedyś przy pracy na podwórzu jakiegoś urzędowego budynku znalazłem ogryzek z jabłka, innym razem trochę jagód jarzębiny.  Mogłem z łatwością uciec, bo dozór był niedołężny, ale nie chciałem uciekać bez brata i reszty towarzyszy.  Wiedziałem o nich niewiele poza tym, że są zdrowi i czasem też chodzą do pracy.  Zdzisiek miał zdaje się trochę lepiej, gdyż siedział w celi dla małoletnich.  Grażyna czasem pomagała w więziennej kuchni, więc coś tam oberwała do jedzenia.  Upłynęło sześć tygodni.

 

Pewnego ranka dozorca wywołując więźniów powiedział: "Brzeski z wecami", wymawiając litery "r" i "z" w moim ówczesnym nazwisku z osobna, a nie jak "rz".  Zabrali naszą czwórkę i jeszcze kilka nieznanych nam osób na stację kolejową i pod eskortą policyjną załadowali do pociągu jadącego w stronę Polski.

 

Siedzieliśmy w przedziale osobowego pociągu przeznaczonego dla więźniów.  Eskortujący nas żandarmi rozmawiali głośno na korytarzu.  Wolno nam było wyjść do ubikacji lub stać na korytarzu w tyle wagonu.  Ponieważ nie mieliśmy najmniejszej ochoty wracać do kraju, więc po rozpoznaniu terenu i porozumieniu się szeptem postanowiłem, że Grażyna i jakiś Polak nazwiskiem Szulc (który się jakoś do nas przylepił) staną wcześniej na korytarzu w tyle wagonu i będą z ożywieniem rozmawiać (nasz przedział był ostatni).  Ich droga ucieczki prowadzi przez nie zamknięte drzwi.  Zdzisiek miał pójść zawczasu do ubikacji znajdującej się blisko tylnych drzwi, otworzyć okno i wyglądać w stronę naszego przedziału.  Gdy zauważy Tadzika i mnie wyskakujących przez okno, miał stuknąć w drzwi ubikacji tak, by Grażyna i jej towarzysz usłyszeli i wyskoczyli przez drzwi.  On natomiast miał wyskoczyć przez okno.

 

Był deszczowy jesienny wieczór.  Dojechaliśmy gdzieś w okolice Pardubic.  Sprawdziłem, że po stronie okna przedziału nie ma drugiej linii torów, co by uniemożliwiło ucieczkę.  Wiedziałem, że gdyby nawet wszystko poszło jak najlepiej, to i tak pęd pociągu nas rozrzuci.  Dlatego ustaliłem, że po skoku spotkamy się przy pierwszym przejeździe drogowym w kierunku Pragi.  Poza tym chciałem być z młodszym bratem, poczuwając się do większej odpowiedzialności za niego.  Na moje kiwnięcie głowy  drzemiący na pozór Zdzisiek wstał ociężale i poszedł do ubikacji.  Grażyna i jej towarzysz znajdowali się w pobliżu drzwi.  Czekałem jeszcze jakiś czas obserwując zwalnianie pociągu i zbliżanie się do stacji.  Gdy poczułem zmianę w rytmie stukania kół na łączeniach, szturchnąłem brata siedzącego obok mnie, on poderwał się z miejsca i dość płynnym ruchem przerzucił nogi przez otwarte okno, chwilę zawisł na rękach już na zewnątrz wagonu, odepchnął się, by nie być wciągniętym pod koła i wylądował, potykając sie na osypisku torów.  Po kilku sekundach ja poszedłem w jego ślady, wykręcając z lekka nogę przy lądowaniu.  Nim się podniosłem już pociąg z hukiem przeleciał.  Tadzika zauważyłem kilkadziesiąt kroków ode mnie, ale ani śladu innych.  Według umowy wróciliśmy obaj do najbliższego przejazdu w stronę Pragi i czekaliśmy w pobliżu przez kilka godzin, ale nikt nie nadszedł.

 

O jakiejś godzinie w nocy zdecydowaliśmy, że nikt już nie nadejdzie i zaczęliśmy iść jak się dało, wzdłuż lub po torach, w kierunku na zachód.  Nie jest łatwo iść po torach, ale na razie bez mapy i nie wiedząc dobrze gdzie jesteśmy, to wydawało się być najbardziej logicznym rozwiązaniem, tym bardziej, że tory zwykle unikają ludzkich osiedli między stacjami.

Byliśmy raczej w opłakanym stanie, zwłaszcza ja, gdyż miałem gorączkę i buty rozlatywały mi się na nogach.  Poza tym byliśmy głodni i przemoczeni. Mżył ciągły, jesienny deszcz.

 

Nie zaszliśmy daleko. Jak się tylko rozwidniło i mimo, że byliśmy raczej na odludziu, musiał nas ktoś zauważyć i zawiadomić policję, gdyż nagle na skrzyżowaniu z szosą, zaszło nam drogę dwóch czeskich żandarmów.  Doskonale wiedzieli kim jesteśmy i dość grzecznie, ale stanowczo zażądali, byśmy szli z nimi.  Gdyśmy podeszli do kępy krzaków, pchnąłem najbliższego mi Czecha aż się zatoczył i krzyknąłem na Tadzika: "Wiej".  Pryskaliśmy po polu co sił w nogach, ale sił już tam dużo nie było, bo Czesi, którzy z początku usiłowali nas zatrzymać strzałami z pistoletu, zaczęli nas doganiać.  Tym razem już nie ryzykowali, ale założyli nam kajdanki na ręce i nogi, i tak zawieźli do aresztu w Pardubicach.