ZNOWU DO LASU

 

Trzynastego stycznia 1945 roku ruszyła wreszcie sowiecka ofensywa na froncie Wisły.  W ciągu kilku następnych tygodni Niemcy zostali wyrzuceni z terenu Polski (sprzed 1939 roku).  Stworzyło to trochę luzu dla wielu, którzy musieli "zejść z oczu" władzy ludowej.  Poza tym pas przyfrontowy ze swym nasyceniem terenu masami wojska, co z kolei utrzymywało wojenną atmosferę strachu, gwałtów i tymczasowości, przesunął się na zachód.

 

Organizacyjnie byliśmy praktycznie wykończeni, bez instrukcji, komendy na poziomie powyżej Obwodu i bez kontaktu z Londynem.  Spotkałem się z Wolskim gdzieś w Górkach Bożych.  Było to nasze ostatnie spotkanie.  Powiedział, że opuszcza teren Obwodu.  Poprosiłem o pozwolenie przejścia na teren sokołowski, gdzie istniał dobrze uzbrojony, samorzutnie zorganizowany oddział partyzancki.  Nie miałem gdzie iść, nie mogłem stale narażać ludzi gotowych dać mi schronienie.  Oczywiście pozwolił, podziękował za wierną służbę.  Uścisnęliśmy sobie ręce, jak wtedy przed czterema laty, kiedy się pierwszy raz spotkał w sprawie przyłączenia OWW do ZWZ (później AK).  Coś za serce ściska.  Był mi dowódcą, wzorem mężczyzny, czasem zastąpił mi ojca, zawsze był mi przyjacielem.  Odszedłem w zimową noc.

 

Spotkałem ich po raz pierwszy w czasie jednego z naszych postojów w Klimowiźnie.  Obozowali w sąsiednim "gaju".  Siostra Teobalda, która zwykle wiedziała co się w okolicy dzieje, powiedziała mi o tym, więc poszedłem ich odwiedzić.  Byli uzbrojeni głównie w broń amerykańską z ostatniego zrzutu na teren sokołowski.  Kilkudziesięciu ludzi, niektórzy w mundurach armii Berlinga, zbieranina zbiegów i dezerterów z armii ludowej, ludzie z AK, NSZ i innych, chłopi, drobni urzędnicy gminni i z cukrowni, jeden nauczyciel gimnazjalny.  Przyjęli mnie serdecznie.  Ustaliłem kontakty na przyszłość.  Po odmeldowaniu się u Wolskiego i załatwieniu pomocy dla kilku zbiegów z Rembertowa, gdzie mieścił się obóz przejściowy dla uwięzionych Akowców w drodze na Syberię, obaj z bratem dołączyliśmy do sokołowiaków.  Nie bardzo było w czym wybierać jeśli chodzi o zadekowanie się.  Wielu dało się zaciągnąć do wojska, inni starali się jakoś urządzić na obcym terenie, ale byli to ludzie, że tak powiem, indywidualnie nie znani władzom resortu bezpieczeństwa.  Co do mnie, to byłem już poszukiwany zanim nastąpiła świąteczna wpadka.  Wiedziałem, że zazwyczaj w takich przypadkach inni aresztowani zwalają wszystkie winy na tego, co zdołał uciec, a że por. Światło wyglądał mi na człowieka ambitnego, więc przypuszczałem, że dołoży starań, żeby mnie odzyskać.  Poza tym wojna jeszcze trwała i wcale nie było pewne jak się sprawy na Zachodzie ułożą.  Trzeba przetrwać, a łatwiej to zrobić w zbrojnej gromadzie, niż samopas.

 

Partyzantka w oddziale "Marynarza" to nie była już służba w imieniu Rzeczypospolitej.  Żyliśmy z rekwizycji upaństwowionych majątków ziemskich, które już Niemcy prawym właścicielom zabrali.  Gdyśmy się zaopatrywali u chłopów, płaciliśmy gotówką lub towarem.  Raczej unikaliśmy zbrojnych starć z bezpieką czy ruskimi.  Kiedyś, prawie przypadkiem, natknęliśmy się na kilka wozów z funkcjonariuszami bezpieki wracającymi z jakiejś wyprawy.  Nie mieli żadnych więźniów, więc daliśmy im przejechać nie zauważeni.  Kiedyś nadeszła wiadomość, że na linii kolejowej Warszawa-Siedlce będzie jechał pociąg z więźniami z Rembertowa w drodze na wschód.  Mieliśmy tylko cztery konie pod siodłem, więc pognaliśmy we czterech, każdy z lekkim karabinem maszynowym przez plecy, na złamanie karku, by zabiec drogę pociągowi.  Niestety nasze wiadomości były spóźnione o kilka godzin.

 

Byliśmy ciągle w drodze, by nie dać się zaskoczyć obławom.  Ruscy, w przeciwieństwie do Niemców, nie bali się wejść do lasu.  Kiedyś w czasie wielkiej obławy w lesie rucheńskim uniknęliśmy zniszczenia tylko dzięki gęstym zagajnikom, w które zaszyliśmy się.  O walce nie było mowy, po ich stronie był przynajmniej batalion wojska.  Poza tym staraliśmy się unikać starć z Rosjanami ze względów politycznych.  Rodzima szuja to co innego.  Życie nie było łatwe.  Luty, marzec czy kwiecień spędzone głównie pod gołym niebem, często na wygasłych węglach ogniska rozrzuconych dla podsuszenia mokrej ziemi, czasem w chłopskiej stodole, czasem w czyjejś chałupie.  Kiedyś musieliśmy odczekać kilka dni w dużym lesie.  Był marzec.  Od kilku dni lało prawie bez przerwy.  Siedzieliśmy w szałasie z gałęzi choiny.  Przez kilka godzin było pół biedy, nim gałęzie namiękły.  Potem trudno było powiedzieć, gdzie bardziej padało, w szałasie czy na zewnątrz.  Wszy dokuczały nam ciągle, świerzb, gdy tylko się człowiek zagrzał.  Zabijaliśmy nudę postojów siedząc wokół ogniska i bijąc wszy.  Kiedyś jeszcze w lutym, zostawiłem na chłopskim płocie wełniany sweter, który mi dała matka.  Zostawiłem, bo służył za kryjówkę dla wszy i nawet zapach końskiego potu, gdy się ubranie "przejechało" pod siodłem, nie zdołał ich ze swetra przepłoszyć.  Wysokich butów nie zdejmowało się z nóg przez kilka tygodni.  Byliśmy brudni, zarośnięci i cuchnący.

 

Na którymś z postojów położyłem się spać w przemoczonym ubraniu, w dziurawej stodole, gdzie nie było nawet siana, w którym można się zagrzać, tylko trochę sztywnej słomy.  Byłem bardzo zmęczony, więc spałem mimo zimna, choć czułem  je przez sen.  Rano miałem gorączkę i byłem ledwie przytomny.  Następne kilka dni spędziłem półprzytomny w pochodzie, na wpół leżąc w siodle i obejmując konia za szyję.  Koledzy leczyli mnie jak mogli, głównie okowitą, czasem dostali gorącego mleka.  Nie wiem co to było, zapalenie płuc czy coś w tym rodzaju.  Jakoś z tego wyszedłem.  Na jednej z wypraw interwencyjnych dla postraszenia władzy ludowej przed nadmiernym panoszeniem się w terenie, zginął jeden z chłopców zwany "Noe" i mój siwek.  "Noemu" wybuchł w ręku jego własny granat, którego nie zabezpieczył.  Koń dostał odłamkiem w płuca.

 

Mówiąc o granatach, to ja omal sam nie wyleciałem w powietrze.  Kiedyś po kilku godzinach służby wszedłem do chałupy na odludziu, gdzie kwaterowaliśmy tej nocy.  Zwinąłem leżący wojskowy płaszcz jednego z kolegów, by zrobić z niego podgłówek i położyłem się do snu na podłodze.  Już prawie usypiałem, gdy poczułem coś twardego pod głową.  Poderwałem się i sięgnąłem do kieszeni płaszcza.  Ostrożnie wyjąłem sześć obronnych granatów angielskich.  W jednym z nich druciana zatyczka, za wiele razy odginana do szybkiego użycia, była już zła-mana z jednego końca i siedziała już tylko w jednym z dwóch otworów.  Tylko sztywność drutu zatyczki trzymała jeszcze sprężynę zapalnika w miejscu.  Każdy ruch mojej głowy mógł zdetonować sześć granatów.  Od tego czasu zawsze sprawdzałem, co kładę pod głowę

 

Czasami udało mi się wpaść na Klimowiznę, dostać czystą bieliznę, wykurować świerzb, dowiedzieć się co u matki w domu.  Kiedyś przywiozłem tam chłopskim wozem jednego z naszych, rannego.  Wielkanoc tego roku spędziliśmy w lesie rucheńskim.  Mieliśmy trochę solonego mięsa i okowitę.  Maczało się kawałek mięsa w spirytusie i zapalało, aby to upiec.  Było ciut lepsze od surowego.  W drugi dzień świąt była na nas obława.  Dzięki znajomości terenu udało nam się znowu wymknąć.

 

W pierwszych dniach maja skończyła się wojna w Europie.  Nie wiwatowaliśmy z radości w naszym oddziale.  Dla nas był to kres złudzeń, że może alianci, może Rząd Londyński jeszcze coś dla Polski zrobią.  Trzeba było się zdecydować co dalej.  Pozostanie w oddziale  "Marynarza", który zaczął się też kurczyć - kilku zginęło, kilku odeszło - nie było rozwiązaniem.  Pożegnałem się serdecznie z sokołowiakami i obaj z bratem powędrowaliśmy znów na Klimowiznę celem nawiązania kontaktów z własnym terenem i zorientowania się w sytuacji.  Po kilku dniach pobytu na Klimowiźnie i nawiązaniu kontaktów, tym razem za pośrednictwem młodego pokolenia akowców jak np. Boguś Byrko, Jerzy Tchórzewski, Marian Wangrat i innych, okazało się, że jest kilkunastu rozbitków, którzy szukają okazji dołączenia do jakiegoś oddziału.  Co było robić!  Nim się spostrzegłem stałem na czele kilkunastu dobrze uzbrojonych ludzi, kilku chłopców z naszego terenu i kilku Wilniaków, jeden Lwowiak, sierżant armii Berlinga, żołnierzy z kresów wschodnich, którzy przyszli z głębi Rosji, ale dalej już iść nie chcieli.  Początkowo poruszaliśmy się głównie po północnym rejonie powiatu, unikając niepotrzebnych starć, ale interweniując tu i ówdzie na rzecz miejscowych chłopów, bądź sprawiając baty zbyt gorliwemu komuniście, bądź przepędzając bezpiekę, która aresztowała w nocy chłopów wyrębujących budulec na odbudowę spalonych stodół w upaństwowionych lasach, itp.  Kiedyś będąc na Klimowiźnie, było to jeszcze przed sformowaniem mego oddziału, na prośbę siostry Teobaldy i za pozwoleniem siostry Bożeny, uwolniłem chorego więźnia, którego pilnowała bezpieka.  Pewien jestem, że dla mnie, a może nawet dla uwolnionego (Tadeusza Roguskiego z NSZ, który nie był bardzo chory, co siostry uprzednio sprawdziły) było to mniejszym przeżyciem niż dla obydwu sióstr.  Siostra Bożena poszła ze mną do kaplicy na modlitwę i zastrzegła, że nie chce roboty "na mokro".  Wszystko odbyło się według planu, więźnia zabraliśmy na węgrowskie kolonie, skąd znajomy chłop przewiózł go nazajutrz w jego rodzinne strony.

 

Kiedyś znowu zostawiłem oddział pod opieką Lwowiaka i poszedłem nocą na Klimowiznę.  Jak zwykle dostałem się na oddział wewnętrzny przychodząc od strony lasu.  Było już dość późno, ale siostra Teobalda była jeszcze na oddziale.  Nakarmiła i kazała iść spać do pokoiku przy kaplicy.  "Nie przejmuj się, tam już ktoś śpi" -powiedziała.  Ponieważ siostry udzielały pomocy każdemu, kto jej potrzebował, więc nie czekając na wyjaśnienia poszedłem spać.  Rano, gdy się obudziłem, coś mi podpadło, że ręka osoby na sąsiednim łóźku coś mi dziewczęco wygląda, nie mówiąc o długich włosach rozsypanych na poduszce.  Nim nadeszła siostra, ubrałem sie dyskretnie. "To jest Grażyna z "Uderzenia" - przedstawiła ją siostra.  "Uciekła z odbitego transportu więźniów pod Lublinem, tu dotarła i nie ma się gdzie podziać.  Weź ją ze sobą do oddziału i zaopiekuj się nią"  - rozkazała.

 

Tak to dołączyła do nas Grażyna.  Nie sprawiała nigdy kłopotu.  Miała doświadczenie jako sanitariuszka w oddziałach leśnych i całe osiemnaście lat.  Na początku niektórzy trochę sarkali, zwłaszcza sierżant, że młoda dziewczyna między nami to kłopot, ale z miejsca zapowiedziałem, że ma być traktowana jak siostra przez każdego z nas i jest ściganym zbiegiem jak i my. Grażyna ze swej strony miała dużą dozę naturalnego taktu i wkrótce wszyscy gotowi byli dla niej w ogień skoczyć.

 

Na jednym z postojów dowiedzieliśmy się od ludzi, że ksiądz proboszcz z Miedzny ogłosił po sumie, że ma list od Urzędu Bezpieczeństwa do dowódcy oddziału partyzanckiego operującego na tym terenie.  Któregoś popołudnia weszliśmy zbrojnie do tej osady.  Miejscowa milicja rozpierzchła się, nie czekając na naszą wizytę.  Na posterunku milicji znalazłem tak zwaną "Gazetę Poszukiwanych", w której na głównym miejscu był mój opis z nazwiskiem, datą ucieczki z więzienia w Mińsku i instrukcja, gdzie mnie dostawić w wypadku schwytania, oraz notatka, że jestem niebezpieczny.  Wraz z sierżantem i Grażyną poszliśmy do proboszcza po ów list.  Proboszcz przyjął nas smacznym obiadem i serdecznym słowem.  List okazał się bardzo niedyplomatyczną bazgraniną, nawołującą nas do złożenia broni bez żadnych gwarancji bezpieczeństwa.  Szybko napisałem bardzo zwięzłą i do rzeczy odpowiedź, wyjaśniając w nie-pozostawiających wątpliwości słowach, co myślę o ich "ludowym porządku".  Pożegnaliśmy się z księdzem i wsiąkliśmy w teren, serdecznie żegnani przez mieszkańców.

 

Jeszcze kilka drobnych wypraw dla zastraszenia i wprowadzenia chaosu w "ludowej" administracji i operacja małego oddziału zaczęła zatracać swój sens, tym bardziej, że zaczęliśmy stawać się uciążliwymi dla przyjaznej nam ludności.  Jeden, zwłaszcza przykry incydent przekonał mnie, że trzeba się z tego terenu wynosić.  Na jednym z postojów u znajomego gospodarza niespodziewanie pojawił się wóz naładowany dość już podpitym towarzystwem, złożony z kilku sowieckich żołnierzy i kilku okolicznych zawiadiaków.  Nie wiem jak się zwada zaczęła, ale gdy wypadłem na podwórze z mieszkania, bójka już była na całego, wręcz kłonicami i kolbami karabinów.  Krzyknąłem, żeby nie strzelać i usiłowałem wycofać swoich ludzi z tej bezcelowej bitki, gdy w pewnym momencie jeden z zacietrzewionych młodzieńców naskoczył na mnie z kłonicą w ręku.  Zacząłem się cofać tyłem, opędzając się jak mogłem kolbą ciężkiego pistoletu, ale to tylko rozwścieczyło mego przeciwnika.  Zamachnął się kłonicą, usiłując rozwalić mi głowę.  Moja reakcja była tylko na pół świadoma, chwyciłem pistolet za kolbę i wystrzeliłem raz.  Mój napastnik upuścił z rąk kłonicę i zaczął się cofać.  Zrobił kilka kroków i upadł.  Walka ustała, czterech żołnierzy sowieckich siedziało na wszelki wypadek pod wozem.  Kazałem im zabrać rannego i wynieść się.  Ranny zmarł w drodze do szpitala.