OSACZENI I BEZDOMNI

 

Przyszedł okres tułaczki ludzi prawdziwie bezdomnych, życie o żebraczym chlebie, a nawet gorzej, bo żebrak nikogo nie naraża na więzienie lub zsyłkę.  Za dnia wędrowaliśmy z bratem przeważnie bocznymi drogami, od wioski do wioski prosząc o nocleg w stodole u "swoich" chłopów.  Często zdarzało się, że koniecznie prosili spać do domu i trzeba było dużej dyplomacji, żeby nie urazić gościnnego gospodarza odmową bez wyjaśnienia, że ma się wszy i świerzb.  Ciekawe, że większość tych ludzi, z którymi wówczas chleb łamałem to byli naprawdę biedni chłopi, siedzący na kilku morgach piachu.  Niektórzy z nich to robotnicy folwarczni, a nawet jeden, do którego mnie kolega z terenu na nocleg skierował, był długoletnim komunistą.  Zdawałoby się, że ci ludzie, którzy powinni chwycić się nowego, "ludowego" reżymu obiema rękoma, jakoś nie mieli apetytu na to moskiewskie wydanie "wyzwolenia".

 

Kiedyś posłał nas Roman Roguski na nocleg do jakiejś zagrody, mocno na uboczu poza wsią.  "Nie przejmujcie się" -powiedział.  "To biedota. Poza żoną i dwoma synami prawie nic nie posiada, a gdy komuś na wsi coś zginie, to jego posądzają, ale to równy człowiek".  Rzeczywiście waląca się chałupa i jeszcze gorsza stodoła.  Podzielił się z nami czym mógł.  Kawałek czarnego chleba, skrawek słoniny i szklanka samogonu.  Ten nas nie zapraszał na nocleg w mieszkaniu.  Zaprowadził nas do stodoły, gdzie było trochę siana.  Pogrzebał trochę w sąsieku i wyciągnął stamtąd karabin, a w formie wyjaśnienia powiedział, że w razie czego to we trzech będzie raźniej.  Taka to była podlaska gościnność.

 

Kiedyś, było to chyba niedawno po Świętach, bo jeszcze mieli choinkę, po nocy spędzonej w drodze zaszliśmy wczesnym, zimowym rankiem do gospodarza - jak mnie pamięć nie zawodzi nazywał się Niszcz - między Ruchną a Klimowizną.  Nie pierwszy raz tam byliśmy.  Tylko zdążyliśmy usiąść do posiłku, gdy nagle na podwórku zazieleniło się od mundurów.  Poderwaliśmy się wraz z gospodarzem.  Z kuchni drzwi prowadziły do dużego pokoju.  Błyskawicznie właściciel odsunął stojący w rogu wielki kufer, pod którym czerniał otwór w podłodze.  Potrząsnąłem głową (nie było już na to czasu), słychać ich już w sieni.  Pchnąłem kufer z powrotem i obaj z bratem przyczailiśmy się pod oddzielającą ściana w przyległym pokoju, w którym stała choinka.  Nasz gospodarz rozegrał scenę z wprawą godną Solskiego.  Nie starał się ich zatrzymać w kuchni, prosił na pokoje, częstował wódką i świątecznym ciastem.  Było ich kilkunastu, opowiadali, że szukają bandytów (gdzie ja to już słyszałem), i że ciężka służba.  Gospodarz zachęcał do picia i wypytywał ciekawie, udając "ciemniaka".  Uratowały nas (biorąc rzeczy po ludzku tylko) wpół otwarte drzwi do małego pokoju z choinką.  Jeden nawet wsadził głowę na moment, by się przyjrzeć choince.  Na szczęście nie zabawili długo, choć nam to wyglądało na godziny.  Przesiedzieliśmy jeszcze jakiś czas, by upewnić się, że bezpieczniacy odeszli na dobre.  Wycofaliśmy się w rucheńskie zagajniki.

 

Trochę to było za blisko i za bardzo innych narażało, zwłaszcza po węgrowskim wypadku.  Któregoś wieczora, dla jakichś znów kontaktów, gdy byliśmy w Węgrowie w okolicach Piwnej ulicy, ktoś nas zaciągnął do tzw. białego domku (przy ul. Gdańskiej i tuż przy rogu Piwnej), gdzie mieszkała Krysia Białówna.  Za bardzo się obaj nie wzbranialiśmy, bo życie w tym okresie nie było dla nas wesołe.  Na miejscu okazało się, że Krysia przygotowała skromny poczęstunek z okazji moich imienin, które przypadały tego dnia, o czym nawet nie myślałem.  Tylko zdążyliśmy się przywitać, gdy nagle łomot we drzwi... .  Tym razem miałem rewolwer w ręku, gdy drzwi wejściowe otwarłem.  "Ruki w wierch" - po rusku, dla większego autorytetu krzyknąłem.  Poskutkowało.  Było ich trzech, dwóch bezpieczniaków z pepeszami i milicjant, który ich przyprowadził na kwaterę, jak się okazało.  Sytuacja dość kłopotliwa, ale tak nam następowali na pięty, że byłem pewien, że po mnie przyszli.  Nie chciałem pogarszać sytuacji, głównie ze względu na Krystynę i milicjanta, który był dobrym znajomym i wstąpił do milicji tylko po to, aby się chwilowo zadekować przed wojskiem.  Kazałem bratu ewakuować wszystkich z domu, a sam nie zdradzając znajomości z milicjantem,  odprowadziłem całą trójkę przed sobą wzdłuż Gdańskiej w stronę Śródmieścia.  Nawet ich nie rozbroiłem, powiedziałem tylko, że pierwszemu, który się obejrzy, wpakuję kulę w plecy.  Nigdy nie zdarzyło mi się, żeby ktoś mi nie wierzył w podobnych okolicznościach.  Spotkałem brata stojącego z Marianem Wangratem pod topolą.  Okazało się, że Krystyna, która początkowo wyszła z nimi, pobiegła z powrotem do swojego mieszkania.  Chciałem ją zabrać na siłę, ale było już za późno.  Od strony ul. Gdańskiej słychać strzały, szła naprędce zorganizowana obława.  Marian wsiąkł w Piwną, a my obaj uskoczyliśmy między stodoły.  Ci "ludowi bohaterowie" poszli zgrają szukać nas w naszym domu, który znajdował sie opodal.  Przewrócili wszystko, splądrowali, odgrażali się i popychali naszą matkę.  Już do tego biedna przywykła.  Wiedziała, żeśmy się wymknęli.  Było dużo hałasu i strzelaniny na próżno.  Z odległości kilkuset kroków obserwowaliśmy co się działo po ciemku, współczując matce.  Późno już w nocy, gdy wszystko ucichło i byliśmy względnie pewni, że matka wyszła z tej awantury cało, poszliśmy bocznymi drogami na Klimowiznę.

 

Tej nocy bezpieka aresztowała wszystkich naszych bliższych, a nawet dalszych znajomych, przeszło dwadzieścia osób, i trzymali ich przez kilka dni.  Gorzej było z Krysią, którą w bezsilnej wściekłości bardzo pobili.