W PRZEDDZIEŃ WIGILII...

 

Wieczór 23-go grudnia 1944 roku. Jutro Wigilia, mam przekazać jakieś konspiracyjne meldunki na kwaterę jednej z łączniczek "Janczara". Po mieście poruszam się tylko po ciemku. Spieszę się trochę, bo jest dość duży mróz, a jeszcze nie wiem, gdzie będę mógł przenocować. Na ulicy Gdańskiej, mniej więcej na wysokości cmentarza ewangelickiego, prawie potykam się o leżącego w rynsztoku człowieka. Obok leży rower. Gdym się nad nim pochylił poczułem bimber. Strasznie mi to było nie na rękę, ale cóż, nie można zostawić pijanego człowieka  na pewną śmierć na mrozie. Z niemałym trudem udało mi się postawić pijaka na nogi. Nie znałem go bliżej, ale wiedziałem kim jest i gdzie go można odprowadzić. Kosztowało mnie to niemało trudu i blisko dwie godziny straconego czasu. Wracam pospiesznie na Gdańską, by wykonać polecenie i poszukać noclegu. Idę do mieszkania Luci Lipkowej, które zajmuje z małą córeczką Marylką. Otwiera mi Marysia (Szczypiorska), łączniczka  z Warszawy, która dziś znalazła się tutaj. Jest sama, to jest sama w pokoju. Przez otwarte drzwi do kuchni słychać trochę już zapija-czone głosy kwaterującego tam sowieckiego kapitana i jego ordynansa. Marysia jest trochę "przegrana", ma wietrzną ospę i ma dość silną gorączkę. Jej koleżanka pojechała z "pocztą" do Mińska Mazowieckiego i jeszcze nie wróciła. Za ścianą dwóch pijanych bol-szewików. Mam już wychodzić, ale żal mi się dziewczyny zrobiło, a i ona mnie prosi: "Zostań, nie zostawiaj mnie z dwoma pijakami, i tak nie masz gdzie iść". Zostałem. Marysia zaczęła trochę drzemać na tapczanie, poczuła się trochę bezpieczniej. Nie trwało to długo, gdyż któryś  z Rosjan zauważył moją obecność (widywał mnie tam poprzednio), no i oczy-wiście nie było sposobu, żeby się wymówić. Piliśmy z filiżanek, zagryzając resztkami gotowanej kury. Od czasu do czasu któryś z moich przypadkowych towarzyszy zaczyna jakąś frontową piosenkę, no i trzeba z nimi śpiewać. W ten sposób mija około godziny. W pewnej chwili Marysia woła, żeby otworzyć drzwi, bo Hanka przyjechała. Idę do drzwi, otwieram... .

 

Wpadli na mnie we trzech. W kilka sekund miałem obie ręce  do tyłu i pistolet przyłożony do czoła. Wepchnęli mnie z powrotem do pokoju. Dwóch drabów porwało z tapczana wpółprzytomną z gorączki Marysię i zaczęli nią potrząsać. Na jej szczęście, zaniepokojony hałasem, wybiegł z kuchni rosyjski kapitan z odbezpieczonym pistoletem w ręku. Bezpieczniacy zamarli na chwilę w bezruchu, tym bardziej, że Rusek był wyraźnie pijany i nie wyglądało, że żartuje. Powoli, ostrożnie porucznik dowodzący akcją wyjął z kieszeni jakąś "bumagę" i pokazał rozwścieczonemu kapitanowi. Musiało to być coś ważnego, bo ten spojrzał, chwilę czytał, odwrócił się na pięcie, wyszedł do kuchni i zamknął za sobą drzwi.

 

Oficer (por."Światło" stawiający pierwsze kroki na początku swej błyskotliwej kariery) zaczął drwić, mówiąc jak to on nas wszystkich (Akowców) powybiera, jak to Hanka wpadła w "zastawę" w Mińsku, którą on urządził. W pewnej chwili zauważył mój kożuszek wiszący na poręczy krzesła i rzucił się go ubierać. "Będę teraz nosił akowski kożuszek" -powiedział. W trakcie tego monologu "miłego" po-rucznika i przez jakiś czas po jego wyjściu dwóch spośród zbirów mu podległych trzymało mnie za ręce, a trzeci, jakiś podoficer, "kuł" mnie w zęby lub dla odmiany kopał w krok. Zasłaniałem się nogami jak mogłem, ale od uderzeń w głowę kilka razy zamroczyło mnie i zwaliłem się na podłogę. Moi oprawcy podnosili mnie z podłogi i "kuli" dalej. Robili to z prawdziwym proletariackim zapałem, nawet nie zadawali mi żadnych pytań.

 

Nie wiem jak długo to trwało, bo straciłem poczucie czasu. Nawet już nie bolało tak bardzo, byłem w szoku. Tylko nasada nosa musiała być złamana, bo rwało cholernie. W końcu mój oprawca rozkrwawił sobie rękę, zaczął narzekać, że mam twardą szczękę i zakończył operację. Załadowali poturbowaną Marysię i mnie do amerykańskiego łazika i pod silną eskortą zawieźli nas do kamienicy mojego przyjaciela, którą to ludowa władza zarekwirowała na potrzeby resortu bezpieczeństwa.

 

Musiał to być tej nocy punkt zborny schwytanych akowców, gdyż zauważyłem tam Staszka Wąchalskiego, potem przywieźli Lucię Lipkową. Panował tam gorączkowy ruch. Zorientowałem się, że wpadka nie ogranicza się do nas kilkorga. Znowu pokazał się Światło i zaczął chwalić się, że aresztował "Janczara". W międzyczasie ja znowu dostałem porcję bicia, tym razem na podłodze. Dwóch przedstawicieli ludu przysiadło mi głowę i nogi, a trzeci wpajał mi zasady "dyktatury proletariatu" gumowym "bananem", bijąc gdzie popadło. Staszek dostawał podobne "lekarstwo" obok, również na podłodze. W czasie bicia spytali mnie czy znam Karola Szymańskiego. Wiedząc, że Karol prysnął z terenu już prawie dwa miesiące temu (on i ja byliśmy wytypowani przez "władze ludowe" jako pierwsi do aresztowania w Węgrowie, ale zostaliśmy ostrzeżeni przez starostę Krajewskiego) odpowiedziałem, że owszem znam go. "A gdzie on jest?". "Nie mam pojęcia".

 

O którejś godzinie w nocy, pod silną eskortą zaprowadzili mnie na dwór do ustępu. W sąsiednim była Marysia. Zdołaliśmy wymienić szeptem kilka słów. Po powrocie już nie bili. Siedzieliśmy pod strażą, czekając na coś. Rozglądałem się po pokoju, z którym łączyło mnie tyle wspomnień.

 

Jest to dom Mariana Wintocha. Tu zbieraliśmy się jakże często, jego rodzice nie żyli, więc mieliśmy dużo swobody. Ileż to dyskusji, pomysłów, akcji poczęło się tutaj. W tym pokoju kształtowały się nasze światopoglądy i charaktery, tu krystalizowała się wizja Polski, o którą walczyliśmy: będzie silna, sprawiedliwa, a nade wszystko wolna!

 

To było zaledwie kilka miesięcy temu. Wkrótce po wkroczeniu Sowietów i ustanowienu przez nich tzw. "władzy ludowej" rozpoczęły się aresztowania. Jednym z pierwszych był właśnie Marian. Zdołał zbiec, więc jakby w odwet zajęto cały jego dom na siedzibę "bezpieki". I właśnie znowu znalazłem się tutaj.

 

Szarzało już, gdy znowu załadowali nas do łazików. Marysię i mnie pierwszego, a Staszka Wąchalskiego i Bolesława Stankiewicza do drugiego, i pojechaliśmy. Kilka osób kręciło się już po ulicy, bacznie obserwując co się dzieje. To dobrze. Tadzik i moja matka dowie się, i Jasia, trzecia łączniczka "Janczara", zniknie nim "bezpieka" zajrzy do mego domu. Pomyślałem, że to może ostatni raz widzę Węgrów. W drodze, siedząc tylko w lekkiej marynarce w odkrytym wozie, zmarzłem na kość. Rana na nosie mocno mi dokuczała i jedno oko bardzo spuchło.

 

Mniej więcej po godzinie dotarliśmy do Mińska Mazowieckiego. Trzymają nas w pokoju na pierwszym piętrze, w niewielkiej kamieniczce położonej przy głównej ulicy miasteczka. Na parterze mieści się miejscowa komenda "bezpieki". Jest nas kilkoro. Z "miejscowych" - Koszutski, adwokat z Kałuszyna, z "naszych", poza Marysią, Staszkiem i mną, dorzucają jeszcze Stefę Cieślową i Jurka Lipkę "Jeżewskiego". Pokój nieduży, w rogu piec kaflowy, okno wychodzi na małe, ogrodzone podwórko, od tyłu połączone furtką z rozległym sadem otoczonym wysokim płotem z desek. W naszym pokoju w poprzek drzwi znajduje się mała ławeczka, na której siedzi pilnujący nas wartownik z wymownie skierowaną "pepeszą" w rękach. Nie wolno nam roz-mawiać, ale praktyczna Stefa stara się trochę pomóc. Ma duży ręcznik, który zabrała z domu, więc rwie go na kilka części i daje nam po kawałku. Stale trwa gorączkowy ruch. Orientuję się, że "Janczara", jego adiutanta, Bolcia i kilkoro innych już powieźli na Pragę czy do Otwocka do centrali. Nasz pokój w Mińsku był tylko tymczasowy. W ciągu dnia coraz ktoś przychodził nas oglądać. Światło, który cieszył się jak mały chłopiec, gdy coś komuś spsoci, ciągle chwalił się swoimi wyczynami. Tym razem zaczął drwić z Bolcia mówiąc, że w czasie rewizji, którą Światło przeprowadził na Bolcia kwaterze, ten dał mu słowo "oficerskie", że nie ma ukrytej broni, "a patrzcie, co ja znalazłem", i tu pokazał nam zagięty prawie w podkowę rewolwer "colt 45". Był to rewolwer, który Bolcio miał wetknięty za pasek od spodni w czasie natarcia na Niemców pod Węgrowem. Karabinowa kula niemiecka uderzyła w rewolwer zamiast w Bolcia, zgięła go, rykoszetowała w chlebak, który miał zawieszony przez ramię i osiadła spokojnie między kilkoma granatami, którymi "według regulaminu" chlebak w czasie wojny był wypełniony. Bolcio musiał schować colta na pamiątkę, może nawet o nim zapomniał. W żadnym wypadku nie można było traktować tego jako "broń", ale dla obywatela Światło był to jeszcze jeden dowód przewrotności akowców. Oczywiście nadal paradował w moim kożuszku.

 

Zajrzał potem między innymi miejscowy komendant MO, ale ten przynajmniej nie urągał nikomu i wydawał się raczej zawstydzony. W końcu przyszedł jakiś miejscowy działacz komunistyczny i zaczął złorzeczyć na akowców, którzy to jakoby wydawali Niemcom komunistów. Słuchałem tego przez chwilę obojętnie, ale gdy zaczął opowiadać jak on musiał z okolic Grębkowa uciekać nocą, to zorientowałem się z kim mam do czynienia. Pamiętam tę noc, kiedy dostałem wiadomość od naszych ludzi w policji kryminalnej, że z rana wraz z Gestapo mają jechać, by aresztować działacza komunistycznego pod Grębkowem. Dąbrowski się nazywał, czy jakoś podobnie. Nie miałem kogo posłać i było już za późno. Pojechałem na noc pożyczonym motocyklem, aby zawiadomić naszych w Grębkowie  dopilnować, żeby go znaleźli i ostrzegli na czas. Nie walczyliśmy z komunizmem przy pomocy Gestapo. Cholera mnie wzięła, że ten praktycznie mnie życie zawdzięczający "dobroczyńca proletariatu" śmie nam urągać. Przerwałem mu i spytałem czy wie, kto go pod Grębkowem ostrzegł przed Gestapo. To go zatkało. Podałem mu w przybliżeniu datę, dorzuciłem kilka szczegółów. Warknął krótko, skąd to wiem? "Bo to ja tam byłem obywatelu" - odrzekłem. Odwrócił się i odszedł bez słowa. Później już nikt nie przychodził nas oglądać.

 

Prowadzali nas pod eskortą do "wychodka" na podwórku. Mnie znów wypadło iść z Marysią. Dzięki niskiej przegrodzie między dwoma przedziałami tej "instytucji" udało nam się zamienić szeptem kilka słów. Powiedziałem jej, że wieję przy najbliższej okazji. Przez ostatnie kilka lat byłem obwodowym szefem "Antyku". Nie wiem, kto poza "Wolskim", wiedział o tym, ale  jeśli Światło się o tym dowie, to "blada będzie moja twarz". Marysia szeptem życzyła powodzenia i powiedziała, że ona też szuka sposobności. Przez te kilka godzin bardzo staliśmy się sobie bliscy.

 

Pod wieczór nastrój w budynku stawał się coraz bardziej świąteczny. Oczywiście nie dotyczyło to nas, ale z wymiany zdań między naszymi wartownikami można było domyślać się, że szykuje się wieczorem większa popijocha. Nie wiem na jaką to okazję, bo chyba nie z powodu Wigilii. Gdy się na dobre ściemniło, z dołu dochodziły coraz głośniejsze śpiewy (nie kolędowe) i wiwaty. Pokładliśmy się jedno obok drugiego na podłodze, każdy ze swymi niewesołymi myślami. Mimo znużenia i wyczerpania wydarzeniami ostatniej doby, sen długo nie nadchodził. W końcu zmorzyło mnie, lecz budziłem się z byle powodu. Tak właśnie było, gdy zmieniał się wartownik w drzwiach do naszego tymczasowego więzienia. Na dole stale słychać było libację.

 

Zbudziłem się znowu na dźwięk jakiegoś okropnego ryku. Jak zwykle byłem momentalnie przytomny. Zabrało mi kilka sekund, by skojarzyć sobie, że ryk, który znów się powtórzył, pochodzi z sowieckiej lokomotywy manewrującej na pobliskich torach. Ostrożnie rozejrzałem się po pokoju. Moi współtowarzysze spali pokotem, przytuleni dla ciepła jeden do drugiego. Z dołu budynku nie dochodził żaden szmer. Na ławce stojącej w poprzek drzwi siedział nasz dozorca z "pepeszą" na kolanach, pogrążony w głębokim śnie.

 

Ostrożnie, powoli, nie spuszczając wzroku z wartownika sięgnąłem ręką ponad głową sąsiada pod piec, gdzie leżały szczapy drzewa do palenia. Przez moment coś we mnie załkało: "szczapą drzewa, w Wigilię?". Wiedziałem, że mając "pepeszę" w ręku, mam szansę ich i siebie wyprowadzić. Wiedziałem też jaki skutek ma kilka serii z broni automatycznej na ludzi zaskoczonych w pijanym śnie. Pochylona głowa wartownika była prawie w zasięgu mojej ręki, tylko się podnieść i ... . Ostrożnie zacząłęm budzić Jurka, ktoś musiał poprowadzić zbiegów, gdy ja ubezpieczę ucieczkę. Gestami pokazałem Jurkowi o co chodzi. Zorientował się natychmiast, lecz przecząco pokręcił głową. Cichym szeptem wyjaśnił, że boi się zemsty na ludziach, w których mieszkaniu go aresztowali. Nie chciał uciekać "na mokro". Odłożyłem szczapę drzewa - nie mogłem sam uciekać, a ich zostawić. Sen znów nie nadchodził, za dużo adrenaliny. Upłynęło może pół godziny, gdy na schodach dały się słyszeć kroki. Wszedł jakiś oficer, chwilę popatrzył na śpiącego wartownika, wyjął z kabury pistolet - patrzyłem spod przymrużonych powiek - podniósł go w stronę śpiącego i lekko zmieniając kierunek, wystrzelił w sufit pokoju. Zrobił się straszliwy rozgardiasz i zamieszanie. Kiedy wreszcie ucichły ostatnie przekleństwa, zainstalowano dwu wartowników i mogliśmy dospać aż do rana w spokoju.