PO WKROCZENIU SOWIETÓW

 

Sierpień 1944 roku, słoneczny tak samo jak tamten w trzydziestym dziewiątym. Pięć lat historii i wiele mogił zostało za mną: koniec pierwszego rozdziału. Wracam pieszo do domu z miednickich lasów, po rozbrojeniu batalionu "Poraja" przez wojska sowieckie. Konia, siodło i mapnik zostawiłem na Osowcu u przyjaciół, rewolwer jak przed "Burzą", po staremu wetknąłem pod kurtkę. Przed miastem niedaleko tartaku spotykam żonę Lasoty z kilkuletnią córeczką. Słyszały, że nasi wracają z lasu, wyszły naprzeciw. Prawdziwie grottgerowska scena... . On nie wróci... . "Na polanie słonecznej, za sągiem drzew...".

 

                                             * * *

 

Warszawa walczy. Powstanie dotychczas przyćmione wydarzeniami dokoła nas, staje się nagle przytłaczającą rzeczywistością. Od dołów zaczyna się ruch - iść na pomoc. Jest sporo ochotników. Wprawdzie trochę krucho z bronią i trzeba by znowu jakoś przejść linię frontu, ale jakoś to będzie. Dowództwo, dość jeszcze zdezorganizowane, bez kontaktów i instrukcji nie może się zdecydować. Powoli sytuacja boleśnie się wyjaśnia. Przekazany przez Londyn rozkaz komendy AK zabrania wysyłania oddziałów do Warszawy. Im broni i amunicji potrzeba, nie ludzi. Front nagle stanął, "nasi sprzymierzeńcy" nie mają zamiaru ratować powstańców. Nie zgodzili się nawet na lądowanie samolotów alianckich na ich terenie po dokonaniu zrzutów broni.

 

Warszawa płonie. Nocami w milczeniu patrzymy na łunę. Radio z Londynu gra "Z dymem  pożarów...".

 

                                             * * *

 

Zbieramy poległych. Pożyczyłem wóz, zaprzęgłem mego zdobycznego siwka, żona Lasoty, kilku kolegów i pusta trumna na wozie. W miednickim lesie długo szukaliśmy mogiły. Zwyczajem konspiracyjnym ślady były zatarte i tylko lekkie nacięcie na korze drzewa. Grzebali go w pośpiechu, gdyż już zaczynała się strzelanina. Jedyny między nami uczestnik leśnego pogrzebu długo nie mógł się zorientować. Wreszcie trafił na właściwe drzewo. Zaczynam kopać. Powoli, ostrożnie, by nie urazić łopatą poległego kolegi. Z wolna ustalam obręb niedawno kopanej ziemi, delikatnie po trochu ją wybieram. Powoli odkrywam zwłoki. Proszę stojącą wdowę, by odeszła na stronę. Nie chcę, aby jej ostatnie wspomnienie męża zawierało zgrozę rozkładu. Delikatnie, chwytając za materiał ubrania, podnosimy zwłoki, podkładamy pod nie prześcieradło i na nim wyciągamy je z leśnej mogiły. Powrót ciągnie się godzinami, gdyż koń wierzchowy nie przywykły do wozu stale odmawia posłuszeństwa i nie chce ciągnąć. Po ciemku docieramy do Węgrowa.

 

                                             * * *

 

Upadło Powstanie w Warszawie. Front ustalił się solidnie na Wiśle. Na zachód od tej tylekroć skrwawionej rzeki ustępujący najeźdźca gnał niedobitki powstańcze do obozów jenieckich, na wschód od niej, świeżo organizująca się "władza ludowa" i jej zbrojne ramię, tzw. "Bezpieka", nie dały się zawstydzić we wprowadzaniu nowego terroru w imieniu i pod światłym kierownictwem Kremla.

 

Zaczęły się aresztowania, tajemnicze zniknięcia niektórych ludzi, morderstwa dokonywane w tym czasie jeszcze przeważnie przez bardziej doświadczonych funkcjonariuszy NKWD. Jeden z pierwszych zginął "Kulesza" (ppor. H. Małkiński), jeden z najbardziej aktywnych dowódców na naszym terenie, weteran wszystkich oddziałów partyzanckich "Poraja". Śmierć "Kuleszy" otworzyła nam oczy na rzeczywistość i zgalwanizowała nas do akcji. Zwolennik nowego porządku, milicjant, który zastrzelił "Kuleszę" w czasie jego ucieczki z aresztu (towarzyszący mu Rosjanin strzelił tylko w górę), sam został "zlikwidowany" w dniu, kiedy miał z rodziną przenieść się na inny powiat dla bezpieczeństwa. To trochę powstrzymało nadgorliwych, ale jasnym było, że to tylko kwestia czasu. Z Niemcami było co innnego. To był wróg, obcy, brutalny i nie ubierający się w owczą skórę, i raczej mało inteligentny. Nowy najeźdźca przychodził nie tylko jako sprzymierzeniec, który nas "wyswobodził", ale również niósł ze sobą obietnicę, że "ci, co byli na dole, teraz będą na górze". Zawsze jest dużo takich, co chętnie byliby na górze.

 

Którejś jesiennej niedzieli, gdy wracałem z kościoła, podszedł do mnie nieznacznie Heniek Krajewski (komunista sprzed wojny i w konspiracji, a obecnie "starosta ludowy") i półgłosem ostrzegł mnie, żebym wiał, bo "dziś przyjdą po ciebie i po Karola Szymańskiego". Odnalazłem Karola i razem wylądowaliśmy okrężną drogą poza Liwcem, na Osowcu.

 

Zaczęła sie dla mnie nowa konspiracja.

 

                                             * * *

 

Mniej więcej w połowie grudnia dostałem rozkaz zorganizowania przeniesienia dowództwa Okręgu AK "Białowieża" z terenu Obwodu siedleckiego na teren węgrowski. Wyjechałem na kilka dni do Siedlec i po nawiązaniu właściwych kontaktów, przewiozłem płk. "Janczara" (L. Szymański) wraz z adiutantem i trzema łączniczkami na nasz teren.

 

Zakwaterowano ich w różnych miejscach, w samym Węgrowie i pod miastem. Jedna z łączniczek zamieszkała u mej matki jako "kuzynka". Brat i ja już od wielu tygodni przebywaliśmy tam, gdzie nas noc zastała. Czasem razem, często osobno, czasem u przyjaciół, czasem w szpitalu na Klimowiźnie, gdzie dzięki prawdziwie matczynej opiece zakonnic, Sióstr Bożeny i Teobaldy, i cichej współpracy reszty personelu szpitala zawsze znalazło się czyste łóżko, gorący posiłek, lekarstwo w potrzebie i obietnica modlitwy.