LUDZIE PODZIEMIA

 

Pisząc te wspomnienia początkowo nie miałem zamiaru wymieniać nazwisk. Uważałem, że może należałoby spytać zainteresowanych, czy sobie tego życzą w wypadku publikacji tych tekstów. Ponadto, przez  te  pół wieku jakie minęło od tamtego czasu, sylwetki wielu zatarły się w pamięci i wymieniając jednych, można by ukrzywdzić innych. Jednak w końcu doszedłem do wniosku, że mimo wszystko  trzeba wymienić bodaj niektórych.  Nie według zasług - nie ja to mogę ocenić - ale po prostu jakoś przywołać tych, z którymi bliżej się zetknąłem, i którzy zostawili  głębszy ślad w mej pamięci.

 

Jak już poprzednio wspomniałem, kręgosłupem ruchu podziemnego od samego początku była przedokupacyjna sieć samorządu gminnego. Byli urzędnicy "sejmiku" jak Makarewicz, wójtowie jak Paweł Basik (gm. Stara Wieś), Eugeniusz Woźnicki (gm. Wyszków), sekretarze i urzędnicy gminni jak Wacław Strąk, Antoni i Stanisław Gmitrowie, Seweryn Ufnal i wielu innych wójtów, sekretarzy, sołtysów, których znałem, z którymi łamałem  chleb i dzieliłem nieraz  trudy nocnych  wypraw, ale których nazwisk niestety często nie znałem. Okres drugiej Rzeczypospolitej bardzo "upatriotycznił" - jeśli tak można powiedzieć - polską wieś. Motto "Żywią i Bronią" nie było w owych czasach konspiracji pustym frazesem. Pamiętam, gdy wyjechawszy z obławy w Liwie pobudziłem sołtysów w Karczewcu i innych przydrożnych wioskach, żaden z nich nie kwestionował mojej komendy: "Obława! Budzić ludzi". Nie trzeba im było żadnych wyjaśnień.

 

Wracając do rzeczy (piszę trochę na wyrywki), na przełomie roku 1941/42 zaczęła się akcja scaleniowa organizacji niepodległościowych, której  końcowym rezultatem była Armia Krajowa. Człowiekiem, który odegrał w tej akcji wybitną rolę był ówczesny powiatowy komendant KOP (Komenda Obrońców Polski) Edmund Zarzycki, ps. "Strzała", dla przyjaciół: "Mundzio". Harcerz, żołnierz i kryształ człowieka. Zginął śmiercią męczeńską w niemieckim więzieniu.

 

Mój pierwszy konspiracyjny komendant, "Kruk", później "Poraj", por. Władysław Rażmowski. Byłem jego łącznikiem, pośredniczyłem w jego pierwszym spotkaniu z "Wolskim" w celu połączenia OWW (Organizacja Wojskowa Wilki) z ZWZ (późniejsza AK).  "Poraj" został zastępcą Komendanta Obwodu i szefem wyszkolenia, później dowódcą samodzielnego oddziału partyzanckiego "Poraj". W akcji "Burza" dowodziłem drużyną w jego batalionie. Widziałem go, kiedy w czasie największej strzelaniny stojąc między drzewami, spokojnie kierował bitwą. Do dziś cenię sobie jako wielki zaszczyt, kiedy po bitwie pod Miednikiem "Poraj" powierzył mi osłonę wycofania się  batalionu.

 

Blisko "Wolskiego" (kapitan, później mjr. Zygmunt Maciejowski) spędziłem większość mojej działalności konspiracyjnej. Były miesiące, kiedy ze wzgłędów bezpieczeństwa, jedynie ja znałem z dnia na dzień jego miejsce postoju. Były miesiące, gdy wraz z Jurkiem "Jeżewskim"  (por. Jerzy Lipka, znany również jako "Leszczyc"), który był adiutantem "Wolskiego" i komendantem obwodowym dywersji,  z Czesiem Bielasem, Sewerem Ufnalem i Jankiem Gołosiem, wędrowaliśmy nocami po całym powiecie jako oddział sztabowy. Czasem dołączał do nas L. Ratajski, Karol Szymański, A Chmielewski lub ktoś inny "spalony". Janek i ja, poza innymi funkcjami, stanowiliśmy z RK-emem ubezpieczenie tego oddziału. Pan Edmund był mi zawsze nie tylko do-wódcą, ale i starszym przyjacielem.

 

Jedną z bardziej ciekawych postaci był "pan Bolesław" (kpt. Bolesław Stankiewicz). Spotkany na drodze wyglądał na wędrownego łazęgę. Pod pow-łoką ni to cynika ni to "Stańczyka" krył się ogromnie dobry człowiek. Do niego należał główny nasłuch radiowy, redagowanie wiadomości do miejscowego biuletynu i nasłuch na zrzuty. W akcji zdobywania Węgrowa w 1944 roku, "Bolcio" dostał postrzał karabinowy; kula trafiła w rękojeść jego colta zatkniętego za pas i nie robiąc żadnej szkody (poza tym, że rewolwer został zgięty nie do użytku), utkwiła w chlebaku między granatami.

 

Do bardziej wyróżniających się postaci należeli, między innymi, inż. Krzysztof Morawski, leśniczy w lesie rucheńskim i jego żona, z domu Wańkowiczówna; bodajże bratanica Melchiora. On wyglądał raczej poważnie, postarzał go brak oka, które stracił w 1939 roku i miał postrzępione kulą ucho; ona młodzieńcza, wysoka i bardzo ładna, w typie Diany. Widywałem ich razem w kościele zanim ich poznałem. Kiedyś - było to jeszcze w okresie OWW - pojechałem do leśniczówki z jakimiś papierami. Jego nie zastałem; była tylko ona. Będąc pewien, że jest to jego córka oddałem jej przesyłkę prosząc, by oddała ją ojcu. Nigdy mi w głowie nie postało, że mogą być małżeństwem. Uśmiechnęła się uprzejmie i przyrzekła oddać. Za jakiś czas znów do niego przyjechałem. Po załatwieniu naszych spraw zaprosił mnie na obiad. W prywatnym mieszkaniu przedstawił mnie swej żonie. Spojrzeliśmy na  siebie i oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Zostaliśmy dobrymi przyjaciółmi. On był po scaleniu kwatermistrzem Obwodu. Nasze główne magazyny mieściły się w lesie rucheńskim. Często bywałem na ich leśniczówce; kiedyś (chyba już w 1944 roku), gdyśmy z oddziałem "Wolskiego" tam zaszli, a było to na 4-go marca, oboje p. Morawscy wyprawili mi bardzo miłe imieniny.

 

Jeśli już mowa o rucheńskim lesie, to nie sposób nie wspomnieć o gajowym tego lasu, Ciszewskim. Była to postać żywcem wyjęta gdzieś z Żeromskiego; cwany, przemyślny, groźny; w potrzebie dobrze było go mieć blisko. Pod jego opieką były magazyny.  Ze swą urzędową dwururką wyglądał jak powstaniec z 63 roku.  Miał  on tam takiego pomocnika, już nie pamiętam, chyba Felek mu było, robotnik z Warszawy. Gęba straszna, chłop na schwał, a serce złote. W późniejszych latach w Warszawie nieraz dał mi jeść czy nocleg. Kiedy mu wydawałem broń na pierwszą wyprawę, wrócił po siekierę. Pytam go: "Co, siekierą będziesz go walił?". "Nie" - mówi, "ale może drzwi będą zamknięte".

 

Lasota - zawodowy podoficer, rusznikarz, który zginął pod Miednikiem, miał niemiecki wojskowy motocykl. Kiedyś przechodząc, zauważył gońca Wehrmachtu, gdy zatrzymał się przed komendą i nie gasząc silnika, pobiegł oddać meldunki. Lasota po prostu wsiadł i odjechał nim ktokolwiek miał czas się zorientować. Będąc zawodowym i służbistą, nie mieszał się do dowodzenia patrolem ubezpieczającym jego rusznikarską pracę. Może uniknąłby śmierci. Jeździłem z jego wdową, by znaleźć i wykopać zwłoki. Włożyłem go do trumny. Mój koń spod siodła nie chciał ciągnąć wozu. Zajęło nam to parę godzin smutnej, prawdziwie  pogrzebowej jazdy.

 

"Maniuś" Rydzewski, ps. "Kruk". Dwóch takich znałem; ten drugi był z terenu Grębkowa, niestety już nie pamiętam jego nazwiska. Ten sam szczery uśmiech, nic w nim pretensjonalnego, żadnej na zewnątrz sentymentalności;  ale wiedziałeś, że gdy upadniesz, to cię podniesie; gdy ustaniesz, to na cię zaczeka; gdy do ciebie strzelają, to on tam będzie ze swoim visem. Z Maniusiem to nie tylko na słowie, ale we wszystkim można było "polegać jak na Zawiszy". A kląć potrafił, z uśmiechem i nie powtarzając się chyba przez kwadrans. W piciu też nie łatwo mu było dotrzymać. Z pomiędzy ludzi, których w życiu spotkałem,  pozostał on serdecznym wspomnieniem.

 

Był taki urzędnik na poczcie w Węgrowie, nazywał się Władysław Malczuk. W sierpniu 1939 roku on to odbierał ode mnię przysięgę, że wiernie dostarczę wezwania mobilizacyjne do miejsca przeznaczenia. W czasie okupacji on osobiście kontrolował cały przepływ poczty, nie dopuszczając listów z donosami do władz niemieckich. Gdzieś około 1943 roku przejął on ode mnie kontrwywiad Obwodu.  Dzięki jego cichej,  bardzo odpowiedzialnej i solidnej pracy, bardzo wielu ludzi ocalało i przeżyło okupację.  Na zewnątrz, kiedy szedł z żoną na spacer, robił on wrażenie  zadowolonego z życia filistra, którego trudno byłoby posądzić o jakieś konspiracyjne  kontakty.

 

Walka podziemna miała to do siebie, że bardzo zbliżała ludzi do siebie, zacierając  wiele między nimi różnic. Twój były dyrektor gimnazjum, przed którym jeszcze niedawno zdawałeś egzamin maturalny na tajnych kompletach, a potem drugi na tajnej podchorążówce, w pewnej chwili staje się starszym kolegą, gdy na leśnym biwaku budzisz go, by cię zmienił na warcie. Takim niezapomnianym towarzyszem broni był prof. Aleksy Chmielewski, znakomity historyk, pedagog i Polak na wielką skalę.

 

Chyba równie niezapomnianym dla mnie jest prof. Alojzy  Żagan. To ja, jego uczeń z gimnazjum, wciągnąłem go do konspiracji jeszcze za czasów OWW. Kiedy w lecie 1940roku, w wyniku strzelaniny na rynku w Węgrowie aresztowano zakładników, między innymi moją matkę, prof. Żagan uniknął aresztowania tylko dlatego, że nie nocował u siebie.  Będąc dość nowym na tym terenie, nie bardzo wiedział co ze sobą zrobić. Znalazłem mu wówczas schronienie w Korytnicy u pani Holder-Eggerowej.  Współpracowaliśmy blisko w konspiracji. W akcji  "Burza " był moim  dowódcą kompanii.

 

Kiedy już mowa o profesorach, to nie sposób  pominąć prof. Stanisława Wangrata. Ten wprawdzie nie wykładał na podchorążówce, nie trzymał warty z bronią w ręku w leśnym oddziele i nigdy nie dowodził kompanią. On zorganizował i prowadził przez cały okres okupacji specjalny i niezmiernie ważny referat konspiracyjny, tak samo jak i inne grożący więzieniem i śmiercią w razie wykrycia: tajną szkołę średnią.

 

Ileż to roczników z tego  naszego Gimnazjum spotkało się w konspiracji jak na zjeździe:  koleżanka  z tajnego nauczania i matury Zosia Wangrat, która często z bluzką wyładowaną "gazetkami" przemykała się rowerem nad Liwcem  przez Stawy  do Borzych; Niusia Uciechowska, wówczas młoda mężatka i "przy nadziei", spędzająca długie godziny pisząc na maszynie szyfrowane raporty naszego wywiadu; "Stefan" Snopkiewicz, starszy i dobry kolega, który moim plutonem w "Burzy" dowodził;  Stefan Walczyna i Roman Roguski, jedni z pierwszych konspiratorów na tym terenie i koledzy z pierwszego (w konspiracji) kursu  podchorążówki;  Zygmunt  Klem, Marian  Strupiechowski, Czesław Wielądek, a z młodszych, brat mój Tadeusz, Marian Wangrat i wielu innych.

 

 Z  pośród tych, których losy wojny osadziły w Węgrowie: Karol Szymański, komendant Ośrodka  Węgrów; Jan  Turski, kierownik  Urzędu Skarbowego, a w konspiracji kwatermistrz Obwodu do spraw finansowych; Janek Gołoś, mój towarzysz ze sztabo-wego oddziału  "Wolskiego" i wielu wypraw dywersyjnych.

 

Nie chciałbym pominąć ludzi jak Dominiak i Kuriański z policji kryminalnej i Waszkiewicz z policji "granatowej", którzy w miarę możności, często narażając się, przekazywali wiadomości o zamierzeniach  gestapo lub żandarmerii. Niestety nie pomnę już dziś nazwisk wielu innych urzędników i funkcjonariuszy różnych instytucji, którzy  robili wszystko w ich mocy, by się sprawie przysłużyć.

 

Ludźmi, dla których miałem dużo podziwu  byli państwo Cebo, którzy mieli sklep włókienniczy w halach na rynku węgrowskim. Przez lata bez protestu przyjmowali oni na adres swego sklepu przesyłki podziemnej prasy, każdego tygodnia, pod groźbą "wpadki".

 

Skoro już mowa o rodzinach zaangażowanych w konspiracji, to wspomnę tu kilka bardziej mi znanych.

 

Basikowie,  Bolesława i Paweł. Można śmiało powiedzieć, że wszystko, co się w konspiracji zaczęło i działo, przeszło przez dom Basików na Osowcu.  On wójt gminy Stara Wieś, ona przed wojną działaczka ludowa; nie kłaniała się nisko nawet pani starościnie. Przez ich dom przeszli wszyscy miejscowi i przyjezdni organizatorzy KOP-u, później ZWZ i AK,  zatrzymywali się u nich inspektorzy "Nieczuja" (mjr. B. Patlewicz) i "Janczar"  (płk. L Szymański). Była u nich "Wolskiego" pierwsza kwatera na naszym terenie, potem mieszkał tam Bolesław Stankiewicz i każdy, kto potrzebował kwatery, noclegu, posiłku, kryjówki,  czy miejsca na odprawę. Od czasu do czasu zdarzało się, że niemiecki urzędnik terenowy zajeżdżał "urzędowo" do wójta, to znaczy, że chciał wódki i dobrego żarcia, a na strychu lub w schowku w stodole siedział ktoś z konspiracji.

 

On, otwarty, przyjemny w obejściu, stale na rowerze, spełniał trudną funkcję wójta starającego się uchronić swoją gminę od nadmiernych ciężarów nakładanych przez okupanta, kiedy w jego domu była jedna z central konspiracji.  Ona trochę surowa i o dość ostrym, ale nigdy złośliwym języku, bardziej się o wszystkich troszczyła niż chciała to pokazać.  Ich dzieci Zosia i Janek od początku przeprowadzali różnych zbiegów i konspiratorów przez im tylko znane przełazy na Stawach. Janek, ps. "Osa", był żołnierzem dywersji i w czasie "Burzy" obsługiwał karabin maszynowy w mojej drużynie, w batalionie "Poraj".

 

Następną z rodzin, której nie można nie wspomnieć to Jabłonkowie. Dwóch synów ginie w Oświęcimiu zaraz na początku. Ojciec, również aresztowany, cudem chyba wychodzi żywy. Nic nie zachwiało stosunku tej rodziny do sprawy. Iluż ludzi przeszło przez ich dom, iluż tam kwaterowało.  Inż. E. Jabłonka - najstarszy syn, był szefem łączności  Obwodu. Uniknął wczesnego aresztowania tylko dlatego, że mieszkał wtedy przy rodzinie żony.  Córki: Zosia (później Ponikowska) i Lucia (Lipkowa) też były zaangażowane głęboko w konspiracji. Lucia zapłaciła za to później ubeckim więzieniem. Wraz z matką i najmłodszą Jadzią, wszyscy z nich służyli sprawie bez fanfar i z poświęceniem, mimo, że więcej za to zapłacili niż inni.

 

W "Gaju" u Ufnali, gdzie mieszkał wspomniany  wyżej  inż. Eugeniusz  Jabłonka, była też jedna z takich rodzin, gdzie wszyscy brali udział w konspiracji. Najlepiej pamiętam spośród nich najmłodszą z córek: Marysię. Nie było godziny dość późnej w nocy, czy pogody dość podłej, kiedy by nie można było obudzić Marysi umówionym stukaniem. Gdy trzeba było posłać kogoś zaufanego z meldunkiem, który musiał być doręczony bez względu na przeszkody, nie było jak Marysia. Trudno mi to określić, ale zawsze czułem się dobrze w jej towarzystwie. Była kumplem, któremu można zaufać.

 

Opowiadanie to nie byłoby kompletne, jeśli bym nie wspomniał reszty naszej szóstki, kolegów, co przeszli przez wojnę i konspirację w braterstwie walki o sprawę: dwu braci Ratajskich, to jest Leszka,  kolegę z podchorążówki, który potem dywersją Ośrodka dowodził i Jurka, co "kulę wziął w pysk", aż mu z tyłu szyi wyszła w napadzie na niemiecki samochód pocztowy; Mariana Wintocha, który do ostatka  redagował i powielał nasz lokalny biuletyn wraz ze Zbyszkiem Kordyaszem (w mieszkaniu i przy pomocy Janka Wiechy) i Zbyszka Wojcieszka, co na "roboty" chodził i był specjalistą od robienia butelek zapalających.

 

Po latach pozostały wspomnienia ziemi i ludzi: siwe głowy chłopów z karabinami przez plecy jadących swymi końmi na zrzuty, babina mijana na gościńcu, która cię pozdrawia "Pochwalonym" i przyjaznym uśmiechem, i dobrze wie coś ty za jeden, czy też ludzie zebrani wiosennym wieczorem, między wioskami pod figurą na "majowe", gdy zbrojnie przechodząc stanąłem z nimi, by przyłączyć się do ich litanii.

 

Bądź pozdrowiona ziemio moja!