MIGAWKI Z KONSPIRACJI

 

Ponury, mokry, pełen wiatru wieczór. Koncentracja w okolicach Miedzny. Idziemy razem z Sokołowem rozbijać obóz koncentracyjny w Treblince.  Marsz bocznymi drogami w zupełnej prawie ciemności. Ciągną się godziny.  Nie wiadomo kto z przodu, a kto za nami. Przewodnik prowadzi w milczeniu.  Postój, na coś czekamy. Mija chyba ze dwie godziny bez żadnych wyjaśnień. Każą wracać. Nic z tego nie wyszło.  Akcja odwołana.

 

                                            * * *

 

W prywatnym mieszkaniu przy ul. Franciszkańskiej w Warszawie pobieram kilka aparatów radiowych. Jest wcześnie rano i długo dzwoniłem nim mi otwarto. Jegomość, który mi wydaje aparaty i udziela wskazówek (inż. Dziatlik), to jeden z geniuszy  konspiracji. Robi te aparaty u siebie w mieszkaniu; małe blaszane pudełko o bardzo dużym zasięgu. Wygląda trochę jak doktór z "Fausta" - rozczochrany, z pierzem we włosach, jeszcze w szlafroku.  Mieszkanie obszerne w zbombardowanym domu, ale chyba sam jeden w nim mieszka.

 

Pakunek owinięty w szary papier zabieram i łapię przejeżdżającą dorożkę, bo nie widać żadnej rykszy. Jedziemy ulicą Leszno. Po prawej stronie ulicy mur wymarłego Getta. Ulica wydaje się dziwnie pusta... . W pewnej chwili dorożkarz nie odwracając się robi ruch batem w prawą stronę i mówi: "Patrz pan".

 

Szkielety wypalonych budynków; dwa długie balkony na wysokości pierwszego piętra blisko muru;  w lekkim wietrze kołyszą się ciała  trzynastu  chłopców na jednym balkonie, czternastu na drugim. Dwudziestu siedmiu kilkunastoletnich chłopców powieszono za konspirację. Sieroty z przytułku na Tamce. Mijamy ponurą scenę w milczeniu.

 

                                            * * *

 

Zbiórka między stodołami. Kilka dobrych parokonnych wozów.  Kilkunastu chłopców - jeden z nich trochę nieśmiały stale się mnię trzyma. Sprawdzamy broń i ekwipunek. Potrzebne nożyce saperskie.  Ruszamy w kierunku na  Stadion, zachodząc od tyłu.  Szybko przecinam siatkę drucianą. Trochę trudniej z ładowaniem beczek z benzyną. Wreszcie gotowe. Cicho jak tylko można odjeżdżamy w kierunku lasu rucheńskiego.

 

Dopiero wracając  w kilku wozem inną drogą,  gdy już zaczęło świtać, zawstydzeni koledzy, którzy poprzednio nie krępowali się w doborze  słów, itp., zauważyli, że ten nieśmiały nowicjusz to Lucia (Lipka), która koniecznie chciała iść kiedyś "na robotę".

 

                                            * * *

 

Już od dwu nocy czekamy na zapowiedziany transport masła. Zasadzka przy liwskich mostach. Nic z tego - znów nie nadjechali. Po powrocie i zmagazynowaniu broni wychodzę na miasto. Jeden z młodszych kolegów (Jurek Tchórzewski), który  obserwował co się dzieje w okolicach rynku, zauważył mnie i daje znać, że ciężarówka z masłem właśnie nadjechała od strony Sokołowa i uzupełnia ładunek z węgrows-kiego magazynu przy ul. Kościelnej.

 

Nie da rady w biały dzień, to tuż przy samej żandarmerii.  Ale na wszelki wypadek posyłam go, by mi przyniósł colta z pobliskiego schowka. Ciężarówka rusza powoli, ale nie jedzie wprost na Warszawę,  tylko zatrzymuje  się w okolicy restauracji Salacha, po północnej stronie rynku. Jest już koło mnie kilku chłopców. Każę wytoczyć motocykl miejscowego agronoma, który czasem używałem w nagłej potrzebie. Daję instrukcję, żeby, gdy ja opanuję ciężarówkę z masłem, jechali w stronę Ludwinowa na  opuszczone lądowisko. Na szczęście zjawił się Janek Basik; on pojedzie, bo to jego okolica; Zdzisiek Lipka już zapuszcza silnik.

 

Czekam, aż kierowca ciężarówki wróci z restauracji. Już idą. Dwu mężczyzn i jedna kobieta. Z chwilą, gdy wsiedli, staję na stopniu po stronie kierowcy, uchylam drzwi i pokazuję mu lufę colta. Każę jechać; są trochę przerażeni. Colt ma pewną siłę perswazji. Zapewniam ich, że nic im się nie stanie jeśli nie będą stawiać oporu. Skręcamy w ul. Gdańską i bez kłopotu wyjeżdżamy za miasto. Już niedaleko Miedzanki wyprzedza nas motocykl; Janek chustką zasłania numer rejestracyjny. Tuż przed lasem mija nas  jadący w kierunku Węgrowa samochód z żandarmami. Nawet nie spojrzeli w naszą stronę. Za Ludwinowem skręcam na lądowisko. Wkrótce są, zorganizowane przez Janka wozy i ludzie ze starowiejskiej drużyny.  Przeszło tona masła w 25-cio kilowych skrzynkach zostaje szybko przeładowana. Przykryte słomą wozy, każdy z osobna, ruszają bocznymi drogami do rucheńskiego lasu. Pytam się kierowcy, czy ma gdzie schować trochę masła; mówi, że tak.  Daję mu skrzynkę za fatygę i zwalniam ciężarówkę. Rozstajemy się przyjaźnie. Trochę się na początku wystraszyli, zwłaszcza kobieta, żona kierowcy, tym bardziej, że zdaje się była "przy nadziei". Każę im wrócić do Węgrowa i wszystko jak było zameldować na policji, oczywiście poza tym, że dostali masło.

 

Akcja skończona. Pozostali uczestnicy wsiąkają w teren.

 

                                            * * *

 

Folwark Jartypory, przed wojną prywatny, dziś w rękach niemieckich. Przecinamy linię telefoniczną. W mleczarni ładujemy kilkadziesiąt hermetycznych baniek od mleka; są potrzebne do zmagazynowania tony masła, które panie z Wojskowej Służby Kobiet pracowicie przetapiają. Przy okazji każę administratorowi otworzyć gorzelnię. Dwie kadzie po 700 litrów i jedną 200-tu litrową wylewamy na ziemię. Stąpam w butach do pół cholew w spirytusie. Od samego zapachu można się upić. Sabotaż gospodarczy - alkohol przemysłowy nie pojedzie do Niemiec. Odjeżdżamy.  Wozy z bańkami oczywiście kierunek na las rucheński. Każę sobie zaprząc bryczkę jednokonną. Wracam sam przez Stołyń. Przed miastem zawracam bryczkę z powrotem, wysiadam i cmokam na konia. Obejrzał się ze zrozumieniem i poszedł truchcikiem do Jartypor do stajni. Wiedziałem, że nikt go po drodze nie zatrzyma.

 

Niedaleko stamtąd była wytwórnia kafli i duże gospodarstwo należące do p. Jabłonków. Jedna ze stodół przylegała do sosnowego zagajnika i tylne jej wrota zawsze na noc były niedomknięte. Co rano  gospodarz zaglądał, czy jest ktoś głodny i ma ochotę na śniadanie. Tam zaszedłem na resztę nocy.