W PODZIEMNEJ PODCHORĄŻÓWCE

 

Podchorążówka. Godziny spędzone na ćwiczeniach w terenie, wykładach regulaminu służby wewnętrznej i regulamin dowódcy plutonu. Prof.  Aleksy  Chmielewski, były dyrektor naszego gimnazjum i oficer rezerwy, dzielił czas między lekcje historii na tajnych kompletach, a wykłady terenoznawstwa  na tajnej podchorążówce. Starszy już wiekiem kpt. Szczygielski mozolnie wykłada nam naukę o broni, demonstrując obchodzenie się z regulaminowym visem w lasku brzozowym za Krypami. Pomagam mu "uruchomić" pistolet, z którym widać nie miał dużo do czynienia. Innym razem, wracając z ćwiczeń w okolicy Gaju Skrzeczkowskiego, w gęstym zagajniku obserwowaliśmy jak w przeciwnym kierunku skrada się grupa żandarmów, żeby nas zaskoczyć.

 

Podstawą naszej wiedzy była mała książeczka pt. "Podręcznik Dowódcy Plutonu  Strzeleckiego". Z tą książeczką to była dość ciekawa i krzepiąca serce historia. W trakcie jednej z moich wypraw do Warszawy po sprzęt i w sprawach prasowych poszedłem do księgarni wydawniczej Gebethnera i Wolfa.   Większość tego, co się w Polsce drukowało było przez nich wydane.  Podszedłem do jednego ze sprzedawców. Spytał: "Czym mogę panu służyć?".  "Potrzebny mi "Podręcznik Dowódcy Plutonu Strzeleckiego"". Spojrzał na mnie uważnie i spytał: "Ile sztuk". "Pięćdziesiąt"  - odpowiedziałem. Ani nie mrugnął.  Kazał mi przyjść za dwie godziny. Paczka w szarym papierze była przygotowana. Zapłaciłem i podziękowałem. Uścisnęliśmy sobie ręce. Jak się okazało ta firma o bardzo nie polskiej nazwie, ryzykując co najmniej Oświęcim dla właścicieli i personelu, wydawała w czasie wojny podręczniki wojskowe dla szkolenia  oficerów armii podziemnej.  

Ale wróćmy do szkoły podchorążych. Po kilku miesiącach szkolenia, wreszcie egzamin. Jest nas pięciu: czterech, którzy wojsko przed wojną odroczyli na studia, Stefan Walczyna, Karol Szymański, Roman Roguski i jeszcze jeden, którego znałem tylko jako "Leśnika", no i ja, który maturę zrobiłem na tajnym nauczaniu. Udaje się nam dołączyć jeszcze Leszka Ratajskiego, który program przerobił samodzielnie. Na egzamin przyjechał Inspektor Okręgu, płk. "Nieczuja" (B. Patlewicz). Egzamin odbywał się u mnie w domu.  Z jakichś względów ubezpieczenie nie nadeszło. Funkcja ta przypadła w udziale mojej matce, która z obojętną miną krążyła po ogrodzie, zwracając uwagę na patrole  żandarmerii szukające Żydów.

 

Z tyłu domu w drwalce, za stosem narąbanego drewna siedzi para młodych Żydów; on szewc, który czasem dostawał u nas robotę i jego żona w ciąży.  Pod schodkami ganku leżą, na wszelki wypadek, cztery karabiny typu berthier; szkoda tylko, że nie ma do nich amunicji. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, przynajmniej na razie.

 

Egzamin wszyscy zdali i rozeszli się bezpiecznie, karabiny oddano do magazynu, pułkownik odjechał. Para Żydów późno w nocy powędrowała dalej, bo ruch żandarmerii był bardzo nasilony.  Częs-to o nich myślę; przychodzili jeszcze kilka razy i przesiadywali po kilka dni.  Było w nich  coś, co targało za serce. Byli mi jacyś znajomi, jakgdyby mi kogoś przypominali. Po latach dopiero zrozumiałem kogo: tych Dwoje, którzy przed wielu laty też wędrowali w nędzy, "a Ona była ciężarna i nie było dla nich miejsca w gospodzie".

 

W domu została matka. Posprzątała, przygo-towała żywność dla zbiegów, zatarła ślady. Czasem myślę, że wszystkie pomniki i ordery powinny być poświęcone matkom.