"ROBIMY" MLECZARNIĘ...

 

Wczesny zimowy wieczór. W mleczarni na "Piaskach" zabieramy klucze do magazynu przy rynku. Dwu ludzi zostaje, żeby zapewnić alibi kierownikowi mleczarni. Już po godzinie policyjnej podchodzimy do składu masła w narożnym budynku kompleksu magistratu. Jest to w rogu rynku  przy końcu ulicy Kościelnej i przez ulicę od południowej dzwonnicy kościoła Farnego.

 

Maniuś Rydzewski ubezpiecza od strony rynku, ja od plebanii, gdzie kwateruje żandarmeria; reszta ma podejść ul. Kościelną od strony remizy strażackiej.

 

Ostrożnie podchodzę wzdłuż muru kościelnego w stronę wyjścia z plebanii, mniej więcej w połowie odległości od rogu - czekam... . W pewnej chwili  słychać kroki u wyjścia z plebanii i widzę słaby zarys kogoś idącego w moją stronę. Powoli cofam się tyłem. Wiem, że nasi słyszą kroki żandarma i przyczaili się.  Zrównałem się z dzwonnicą. Stoję na skraju chodnika. Sten na pasku przy biodrze w pogotowiu... . Idący żandarm zrównał się ze mną... Krzyknąłem: "Halt!  Hände hoch!". Trzy szybkie błyski jego pistoletu; błyskawica myśli: "strzela" i ogłuszający  grzmot mojego stena. Widzę gwałtowny wyrzut rąk; żandarm wali się na bruk. W sekundzie klęczę mu na plecach; wyrywam z prawej dłoni pistolet;  słychać jak leje się krew na ulicę z jego przestrzelonej tętnicy. Hałas od strony żandarmerii i strzały z kierunku spółdzielni. To Maniuś wali z visa wzdłuż muru. Huk tłoczących się w bramie Niemców. Pociągam za pas -  nie mam czasu go odpinać - puszczają szwy. Sprawdzam kaburę pistoletu - zapięta.

 

Akcja tym razem nieudana. Nazajutrz Niemcy przywieźli z Sokołowa dziesięciu więźniów i rozstrzelali ich na Rynku.