NIEMCY ROBIĄ OBŁAWĘ...

 

Mroźny zimowy ranek. Około piątej wyjechałem rowerem na szosę liwską - pierwszy etap jazdy do Warszawy. Jest jeszcze zupełnie ciemno. Jakieś trzysta metrów od miejsca, gdzie droga na Jarnice dołącza do szosy nagle przede mną wyrastają zarysy  ciężarowych samochodów. Otacza mnię kilku uzbrojonych ludzi ...  Halt!  Halt!  Orientuję się, że to Wehrmacht. To trochę uspokaja. Podoficer dość grzecznie uświadamia mnie, że dalej jechać nie wolno. Stoję z grupą szoferaków z zatrzymanych ciężarówek; palimy papierosy; Niemcy nie interesują się nami poza zakazem dalszej jazdy.

Powoli zaczynam się domyślać o co chodzi.

 

Było to w okresie dość intensywnej "wymiany" niespodzianek między żandarmerią a AK w południowej części Obwodu. Ostatnią z nich, która miała miejsce przed kilkoma tygodniami było ostrzelanie przez nas ciężarówki pełnej Schupo z Sokołowa. Żandarmi śpieszyli na odsiecz posterunku policji granatowej w rejonie Grębkowa. Napad był upozorowany "na wabia". Kilka kilometrów za Liwem żandarmi oberwali z broni maszynowej. Zorientowałem się,  że jest to przygotowanie do obławy w odwet za tę akcję.  Ale dlaczego Wehrmacht?  Oni przecież normalnie nie robią obław. Odpowiedź sama się nasunęła: żandarmi nie czują się dobrze na tej trasie, zwłaszcza po ciemku.

 

Wiedziałem, że  muszę  naszych  ostrzec. Podszedłem do podoficera, który mnie zatrzymał i powiedziałem, że wobec zakazu dalszej jazdy i ponieważ jest raczej zimno stać na drodze, proszę o pozwolenie na powrót do domu. Niemiec spojrzał, pomyślał chwilę, machnął ręką - wracaj.

Nie trzeba mi było tego dwa razy powtarzać.  Po kilku minutach dotarłem do miejsca, gdzie zaczyna się polna droga do Jarnic, która pod kątem oddala się od szosy.  Obejrzałem się - jeszcze ciemno i tylko trochę śniegu miejscami - nie zobaczą mnie. Pojechałem drogą Jarnicką. Kiedy byłem już dobrze po-wyżej niemieckich posterunków na szosie, wziąłem rower na ramię i po zmarzniętej  grudzie  przeszedłem z powrotem do szosy. Bez przeszkód i stale w ciem-ności przebyłem mosty. Kilkaset metrów przed Liwem nagle na szosie ludzie... . "Halt!..., stój!...", obskakują mnie "Własowcy".  Nie wolno dalej jechać.  Ci nie są tacy sztywni jak Niemcy.  Częstuję ich papierosami; rozmawiamy z polska po rosyjsku. Orientuję się, że otaczają Liw, więc udając głupiego  tłumaczę im, że ja nigdzie nie jadę, ja tylko wracam do domu: ot tu, na skraju osady. Uśmiechnęli się chytrze i puścili. Zaraz przy pierwszych domach natykam się na szczęście na dwuosobowy patrol przeciwpożarowy. Zatrzymałem ich i kazałem budzić ludzi, by się kryli przed obławą.  Nie pytali o moje pełnomocnictwa i odrazu ruszyli biegiem. Nie było czasu na oficjalne kontakty, tym bardziej, że Liw był zorganizowany prawie wyłącznie przez NSZ. Przy głównej ulicy (szosie) był sklep Gołosiów, który znałem. Józef Gołoś był moim starszym kolegą z gimnazjum.  Za chwilę łomotałem do drzwi od tyłu. "Kto?". Powiedziałem, otworzyli, poinformowałem ich w kilku słowach co się święci. Młodzi, ojciec, wszyscy byli momentalnie na chodzie.  Gdy gnałem rowerem przez osadę, widać już było ruch.  Wyjechałem z drugiego końca zanim zdążyli okrążyć.  Pobudziłem sołtysów wszystkich wiosek przy szosie i trochę w bok od niej aż do Grębkowa, gdzie zawiadomiłem władze  Ośrodka.

 

Bez dalszych przygód dotarłem do Kałuszyna.  U "ciotki Balczanowej" zjadłem słynną kapustę z kiełbasą, z dodatkiem czegoś na rozgrzewkę i trzymając się ciężarówki, wkrótce byłem w Mińsku Mazowieckim.  Tam zostawiłem rower na "skrzynce" i koleją elektryczną dojechałem do Warszawy.  Z Warszawy udało mi się zatelefonować do spółdzielni w Węgrowie i rozmawiać z Marianem Wintochem, który tam pracował. Był trochę zdziwiony tym telefonem, tym bardziej, że nie miałem mu nic ważnego do zakomunikowania, poza tym, że jestem w Warszawie. Chodziło mi o to, by wiedzieli, że nie ugrzęzłem w obławie, która jak się okazało objęła tylko Liw.  Wyniki bardzo mizerne.  Wszyscy, na których im zależało zdążyli wycofać się "na wcześniej przygotowane pozycje" (określenie często używane w końcowych latach wojny przez Oberkommando der Wehrmacht).