"KU POKRZEPIENIU SERC" - PRASA PODZIEMNA

 

Jednym z przejawów konspiracji najbardziej  znanym szerokim masom rodaków był  kolportaż prasy podziemnej. Nigdy sienkiewiczowska dedykacja słowa pisanego "ku pokrzepieniu serc" nie znalazła chyba głębszego zastosowania niż w tych "gazetkach", podawanych sobie z rąk do  rąk  w największej  tajemnicy i czytanych  niemal w religijnym skupieniu. Żadne chyba czasopismo na świecie nie miało tak wiernego grona czytelników  jak "Biuletyn Informacyjny" czy "Rzeczpospolita", a i choćby nawet w Węgrowie wydawany na powielaczu miejscowy  biuletyn.

 

Ta lojalność czytelników i ich niezachwiana wiara nakładała na barki ludzi, którzy prasę konspiracyjną przygotowywali, sprowadzali z Warszawy i kolportowali, olbrzymią odpowiedzialność. Prasa musiała być dostarczona na czas, regularnie, bez przerw  i opóźnień.  Prasa to był widomy znak, że  Polska żyje, że wbrew wszystkim  przewidzianym i nieprzewidzianym wysiłkom wroga, organizm podziemnego państwa działa bez przestojów i załamań.

 

Różne były dzieje kolportażu prasy podziemnej na naszym terenie. Początki były bardzo trudne.  Był  okres,  że dzięki prawie przysłowiowej regularności Niemców, prasa była przywożona z Warszawy autem powiatowego agronoma, Niemca nazwiskiem Werner, oczywiście bez jego wiedzy, a za pośrednictwem jego kierowcy, Polaka.

 

Ewentualnie udało się sprawę zorganizować na bardziej "handlowych" zasadach. Raz na tydzień pew-na smutna pani - mąż jej był w niewoli - zamieszkała w Warszawie,  podejmowała  prasę przeznaczoną dla nas, z centrali i w swoim mieszkaniu pakowała gazetki w pudełka wypełnione popularnymi wówczas proszkami do farbowania tkanin.  Tekturowe pudełka  były  firmowe i w razie otwarcia na wierzchu były kopertki z różnokolorowymi  proszkami. Oczywiście  koszty z tym związane , jak  zakup  proszków i skromne uposażenie naszej warszawskiej łączniczki, które, podejrzewam,  było  podstawowym źródłem jej utrzymania, ponosił nasz  teren.  Tak spreparowane  towary  po zaadresowaniu przesyłki na  nazwisko firmy państwa Cebo, którzy mieli sklep towarów włókienniczych w jednej z hal targowych w Węgrowie, zanosiła nasza łączniczka w okolicę Placu Żelaznej  Bramy i przekazywała firmie transportowej  Jacha, która  miała kilka ciężarówek stale kursujących na trasie  Warszawa - Węgrów - Sokołów.  Przed wieczorem tego samego dnia towar był pobrany przez adresata; kolorowe proszki pozostają w sklepie, a prasa idzie dalej według rozdzielnika.  Kilkoro goń-ców wyrusza rowerem, konno wozem, sankami, do  Grębkowa, Stoczka, Korytnicy... .  Wszędzie już na nich czekają  następne ogniwa sztafety.  Wieczorem "gazetki " już  są w czytaniu.

 

Ci wszyscy, często bezimienni chłopcy i dziewczęta, kobiety i mężczyźni,  często  starcy i dzie-ci byli prawdziwym tętnem narodu.  Dużo łatwiej jest iść na "akcję" w gromadzie i z bronią - znacznie trudniej pedałować po bocznych drogach, skrycie drukować na powielaczu miejscowy biuletyn,  czy tydzień po tygodniu, przez całe lata, odbierać z transportu zakazany towar, nie wiedząc kiedy się "wpadnie" wraz z rodziną.  Pewnie inne obwody nie były gorsze od nas; to wiem, że u nas prasa "grała" i dumny jestem, że miałem z tym coś do czynienia.