KONSPIRACJA NA CODZIEŃ

 

Walka podziemna to nie tylko zbrojne wypady, dywersja i sabotaż, oddziały partyzanckie i skryte czytanie gazetek.  Walka podziemna to przede wszystkim organizacja i praca. Praca, o tyle trudna, że wykonywana potajemnie pod groźbą więzienia i śmierci jeśli się wyda. Praca, która musiała być zrobiona dokładnie i na czas bez względu na przeszkody, gdyż dobro sprawy i często życia ludzkie od niej zależały. Weźmy np. wywiad,  albo bardziej bolesną jego część, kontrwywiad  (oddział II B).  Już w pierwszych latach wojny były sporadyczne aresztowania.  Było jasne, że ktoś "sypie" i to nie ktoś z konspiracji. Wkrótce mieliśmy dość  "wtyczek", by znaleźć winnych.  Urzędy pocztowe były obsadzone tak, że żaden donos przez pocztę nie przeszedł. Policja kryminalna (oddział śledczy tzw."policji granatowej" , w której służyli  przedwojenni funkcjonariusze Policji Państwowej), która  była używana przez gestapo i żandarmerię do wypadów w teren,  była też obsadzona na kluczowych pozycjach.

 

"Brudna" robota składała się ze żmudnego dokumentowania przestępstw, wysyłania zaszyfrowa-nych raportów; konspiracyjny sąd wydawał wyrok; wyrok trzeba było wykonać.

 

W konspiracji, jak w każdej ludzkiej  organi-zacji,  są tacy co robią i tacy, którzy "czytają gazetki". Tragiczną stroną pracy podziemnej było, że ci co robili zwłaszcza tzw. "mokrą" robotę to byli zbyt często bardzo młodzi ludzie, nie zawsze dojrzali do zadania w sensie moralnym.  Po "wyeliminowaniu" z terenu donosicieli, którzy spowodowali pierwsze poważne aresztowania w Węgrowie i okolicy, sytuacja była do tego stopnia opanowana, że nie było już amatorów na kulę  w łeb na ulicy, aż do końca wojny (w samym Węgrowie ci, których rozpracowano jako konfidentów gestapo nie pochodzili z ludności miejscowej). Oczywiście od czasu do czasu, zwłaszcza na wsi, jeden sąsiad pisał donos na drugiego, że zarżnął po kryjomu  świnię, czy coś podobnego. Tego rodzaju korespondencja była przejmowana na poczcie i karę wymierzano doraźnie w zależności od wielkości przestępstwa.

 

Co jakiś czas szedł mały oddział w teren  z listą przestępców i dawał winnemu po  10 do  25-ciu tzw. "bananów" (chłosta). W warunkach wojennych, kiedy środki wymiaru sprawiedliwości były raczej ograniczone - oczywiście chodzi tu o sprawiedliwość  wymierzaną w imieniu Rzeczypospolitej, a nie oku-panta - i zważywszy, że donos, gdyby dotarł do władz niemieckich,  zapewniał w najlepszym wypadku obóz koncentracyjny, nawet za wykroczenia natury gospodarczej, "banan" okazał się doskonałym środ-kiem wychowawczym.  Specjalną kategorię przestępców wojennych  stanowili ci, którzy wyróżniali się współpracą z okupantem w prześladowaniu  Polaków  wyznania mojżeszowego.  Jeden z wyroków  wyko-nany w południowej części Obwodu był silną  przestrogą dla innych.  Trudniej było zdobyć na czas informacje o zamierzonych przez gestapo aresztowaniach. Zwykle się to przynajmniej częściowo udawało dzięki "nasłuchowi" w miejscowych restauracjach, do których uczęszczali Niemcy, a których właściciele czy właścicielki pilnie nastawiali uszu.  Nasi ludzie w policji kryminalnej  też nie próżnowali. Kłopot polegał na tym, że czasem ostrzeżenia lekceważono. Kilku z najbardziej aktywnych ludzi w konspiracji  na terenie  Węgrowa  zginęło w obozie koncentracyjnym tylko dlatego, że mimo ostrzeżenia  zebrali się w zagrożonym lokalu na  brydża.

 

Jeden z czołowych działaczy komunistycznych na naszym terenie  tylko dlatego nie był w domu,  gdy po niego przyjechało gestapo, że jeden z naszych ludzi gnał w nocy na rowerze przeszło 30 km. z ostrzeżeniem  otrzymanym z policji kryminalnej.