OPÓR

 

W ten sposób udało mi się zostać obieraczem ziemniaków w kuchni SS na stałe.

Ponieważ byłe gospodarstwo rolne, obecnie zamienione na kuchnię, znajdowało się poza obrębem zewnętrznego kręgu wart, więc specjalna straż pilnowała nas w ciągu godzin pracy.  Dla strażników był to rodzaj przywileju, bo dawał im sposobność napychania się wyborowym jedzeniem i spędzania czasu na przyjemnych pogawędkach z kucharzami SS.

 

Obieracze pracowali w miejscu, które kiedyś było werandą; roztaczał się stąd piękny widok na zielone łąki i skrawek lasu ciągnącego się aż do rzeki.  Pamięć o tym pięknym skrawku świata, który zostawiliśmy za sobą , przeszkadzało w skupieniu się nad obieraniem ziemniaków.  Naszą uwagę przyciągały wiosenne kwiaty kwitnące na łące i ciemny las - brama do wolności.  Ta bliskość wolności uświadomiła mi, że nie jestem już tym, kim byłem poprzednio.  Przemieniłem się w rodzaj homo campo-concentratus nie zdolnego wyobrazić sobie, że w tym drugim świecie w zasięgu mego wzroku ludzie prowadzili normalny tryb życia.  W jakimś bliżej nieokreślonym punkcie czasu musiałem przejść przez niewidoczne lustro oddzielające nasz świat od ich świata i straciłem rozróżnienie co jest rzeczywistością a co urojeniem.  Moje przemyślenia przerwały krzyk i przekleństwa Mateczki naganiającego nas aby obrać wiecej ziemniaków.

 

Jak na stosunki w Auschwitz była to wspaniała praca.  Prawie codziennie dostawaliśmy dodatkowe jedzenie od naszych kolegów, którzy pracowali w kuchni jako kucharze.  Między nimi byli dwaj zawodowi kucharze, jeden rzeźnik i dwaj studenci uniwersytetu warszawskiego.  Niemieccy kucharze, każdy z nich będąc członkiem SS, z reguły patrzyli przez palce na to odbiegające od przepisów traktowanie, bo im zależało na tym żeby ich siła robocza funkcjonowała sprawnie.  Naczelny kucharz, podoficer SS, był tak patetycznie głupi, że mógłby ujść za zabawnego gdyby nie władza życia i śmierci jaką miał nad swoimi podwładnymi.

 

Oszukiwanie głodu było dla prawie wszystkich więźniów głównym problemem.  Tomasz, Staszek i ja dyskutowaliśmy na ten temat przy zakładaniu naszej pierwszej komórki ruchu oporu, uznając za fakt, że na człowieku można polegać tylko wtenczas, gdy ten nie jest rządzony przez żołądek.  Teraz gdy głód przestał dominować w moim życiu, zacząłem poświęcać więcej uwagi działalności podziemia i brać częstszy udział w jego zebraniach.

 

Przewidywaliśmy moment, w którym Niemcy mogliby zdecydować się na całkowite zlikwidowanie obozu.  Było nie do pomyślenia, żeby mieli pozostawić przy życiu chociaż jednego świadka ich okrucieństw.  Przeto już w 1941 r. powzięliśmy decyzję stworzenia odpowiedniej organizacji wojskowej podzielonej na szereg brygad, każda ze swoim własnym dowódcą.  Jedna jednostka działałaby w dzień w czasie gdy grupy robocze były poza obozem, a druga w nocy kiedy wszyscy więźniowie byli wewnątrz drutów kolczastych.

 

Plany zawładnięcia obozem musiały być stale rewidowane w miarę jak jedni członkowie organizacji umierali a nowi przyłączali się do niej.  Również ciągła ekspansja obozu stwarzała stale nowe przeszkody do pokonania.  Najistotniejszą zmianą było zastąpienie pojedyńczego drutu kolczastego otaczającego obóz, przez podwójny, osadzony na cementowych słupach wygiętych do wewnątrz.  Biegł przez nie prąd wysokiego napięcia, a pod każdym rzędem płotów były wkopane w ziemię na kilka metrów płyty betonowe. Strażnicy SS umieszczeni na wysokich wieżach, uzbrojeni w reflektory i karabiny maszynowe, dodatkowo odstraszali od wszelkich myśli o możliwości oporu.

 

Doszliśmy do przekonania, że sukces będzie możliwy tylko wówczas jeśli, na czas uprzedzeni, uderzymy pierwsi za dnia, w czasie którego warty SS były bardziej odsłonione, a więźniowie pracowali wewnątrz kwater SS i w pobliżu magazynów broni i amunicji.  Plan opanowania obozu za dnia był stosunkowo prosty.  Nasi komandosi włamaliby się do zbrojowni po uprzednim cichym zlikwidowaniu trzech strażników na zewnątrz budynku.  Ich miejsce zajęliby nasi, ubrani w mundury SS.  Broń zostałaby rozwieziona rollwagonami do kluczowych pozycji na zewnątrz obozu, w czasie gdy dowodzący oficerowie uzbroiliby swoich podkomendnych w magazynie broni.  Według naszych obliczeń, w przeciągu dwóch godzin moglibyśmy mieć dwukrotnie większą siłę uderzeniową od załogi SS w Auschwitz.

 

Najniebezpieczniejszą przeszkodą do pokonania stanowiły dwa rzędy wież, jeden otaczający główny obóz, oraz drugi, o wiele większy obejmujący teren pracy więźniów.  Ten otaczał magazyny, kwatery SS, stajnie, zbrojownię SS, a nawet pola, ogrody warzywne i żwirowiska.  Na usunięcie ich i zajęcie wież wartowniczych wyznaczyliśmy wyborowych strzelców, przeważnie zawodowych oficerów i podoficerów.  Uporawszy się z tym, SS-mani bezpośrednio dozorujący grupy robocze nie powinni przedstawiać wielkiego problemu.

Raz powzięty plan stał się wielką pokusą, żeby go natychmiast wcielić w życie.  Jednakowoż, stanowiąc tylko część armii podziemnej z komendą główną w Warszawie, tego rodzaju akcja musiała być skoordynowana z jednostkami działającymi na zewnątrz.  Nasz entuzjazm dla planu i pewność w jego powodzenie zainspirowało nas aby wysłać specjalny raport do kwatery głównej powiadamiający, że jesteśmy gotowi rozpocząć akcję w każdej chwili.

 

Jeszcze teraz jestem przekonany, że w roku 1941 i 1942 byliśmy w stanie zlikwidować załogę SS i opanować obóz w przeciągu paru godzin.  Bodźców ku temu mieliśmy dosyć.  Położenie kresu naszej podłej, zezwierzęconej egzystencji, stałego zagrożenia życia i odpłacenie za te wszystkie upokorzenia,  na które byliśmy wystawieni, nagle stało się realną możliwością.

 

Był jednak jeden bardzo poważny problem.  Z 7000 ludzi tylko dziesięć procent miało wystarczjącą siłę do zbrojnej walki, reszta była chora lub w stanie muzułmaństwa.  W razie opanowania obozu, właśnie odpowiedzialność za tą resztę spadłaby na nasze barki.  Przypominam sobie dokładnie namiętne dyskusje na temat tej drugiej fazy naszego powstania.  Jeśli by nawet tylko 1000 ludzi osiągnęło cel i dostało się do partyzantów, było to lepsze od biernego czekania na eksterminację.  Tomasz jako głównodowodzący, Stan Kazuba, Henryk Bartosiewicz i wielu innych podzielało moje zdanie.  Przeciwni temu planowi skupiali się na więźniach przebywających w szpitalu.  Utrzymywali oni, że obarczenie chorymi i słabymi krępowałoby jednostkę walczącą do tego stopnia, że wszyscy by zginęli, a zostawić ich na łaskę losu byłoby niedopuszczalne. W każdym razie nie była to decyzja, którą myśmy mieli podjąć - musieliśmy czekać na rozkaz z kwatery głównej.

 

Przez dwa lata trzymaliśmy nasz plan w gotowości, ale rozkaz nigdy nie nadszedł.  Byliśmy tym skonfundowani.  Jak podziemie mogło nas zostawić własnemu losowi, skoro myśmy prosili o tak niewiele?  Jedynym wytłumaczeniem mogła być zmiana w metodzie odstraszania od ucieczek stosowanej przez Niemców.  Zamiast selekcji dziesięciu ofiar na śmierć w bunkrze, która została zaniechana w połowie 1941, Gestapo aresztowywało teraz całą rodzinę uciekiniera, sprowadzało do Auschwitz i wieszało ją publicznie naprzeciwko kuchni obozowej.

 

Jako przeciwwagę widocznej powściągliwości podziemia w stosunku do naszego planu, zaczęliśmy stosować metodę organizowania ucieczek przy równoczesnym uprzednim powiadamianiu odnośnych rodzin, żeby zmieniały miejsce zamieszkania.  Prawie wszyscy uciekinierzy nieśli tylko jedną wieść:

- Jesteśmy tutaj tępieni w najokrutniejszy sposób! Jesteśmy w stanie zorganizować udane powstanie! Potrzebne nam jest położenie najbliższej jednostki partyzanckiej oraz sabotaż dróg, którymi SS mogłoby nas odciąć od partyzantów.

 

Mimo tego rozkaz podjęcia akcji nigdy nie nadszedł.

 

Tymczasem w łonie naszej organizacji wyłoniła się walka o supremat. W roku 1941 przybyli do Auschwitz wyżsi oficerowie aresztowani za podziemną działalność.  Tomasz był przeciwny rekrutowaniu ich, obawiająć się, że ci nie byli wystarczająco odporni ani na warunki panujące w obozie, ani na przesłuchania Gestapo.  Nie należało również spodziewać się, żeby chcieli się podporządkować rozkazom byłego kapitana.  Ja sam byłem dowódcą  jednej z brygad w obozie, pomimo, że przed aresztowaniem byłem tylko podporucznikiem.  Nieuznawanie naszego autorytetu oraz brak współpracy z byłymi podwładnymi utrudniał konspiracyjną pracę organizacji. Stało się wkrótce widocznym, że taka sytuacja musiała ulec zmianie.

 

Znaleźliśmy kompromis.  Ze względów bezpieczeństwa oficerowie, których szarża była znana Niemcom byli wykluczeni z organizacji.  Natomiat ci, którzy przebywali w Auschwitz pod przybranym nazwiskiem zostali włączeni a pułkownik Rawicz został mianowany glównym dowódcą.

 

Ten nagły, niezdrowy rozrost organizacji stworzył nowe niebezpieczeństwa.  Jak wielką odporność mają nowi członkowie na tortury stosowane przez Gestapo przy przesłuchaniach?  W bunkrach Bloku 11 miejscowe Gestapo, również znane pod nazwą oddziału politycznego, stosowało wiele przemyślnych metod zmuszania ludzi do mówienia.  Jedna bardziej znana nazywała się "huśtawką".  Więzień bywał wieszany za nogi, ze związanymi rękami, tak że jego genitalia wystawały.  Pchnięty w kierunku przesłuchującego, bywał uderzany w genitalia biczem do konnej jazdy wraz z  powtarzającą się zachęta aby powiedział jeszcze coś ciekawego.  W innych torturach stosowano zwykle narzędzia do łamania palców lub wlewanie wrzącej wody w nozdrza ofiary.  Trudno było przewidzieć kto załamałby się ostatni; zazwyczaj starsi ludzie mieli mniej wytrzymałości. Gdy ktoś był zabrany na Blok 11 na przesłuchania, ci którzy pracowali razem z nim przygotowywali się na swoją kolejkę.

 

Rok 1941 był dla Niemców rokiem militarnych sukcesów.  Każde odniesione zwycięstwo utwierdzało ich w przekonaniu, że gigantyczne państwo opierające się na niewolnictwie jest do zrealizowania. W myśl planu Hitlera, wszyscy Żydzi mieli być zlikwidowani - tzw. "ostateczne rozwiązanie" problemu żydowskiego; inne narody, w tym Polacy, zredukowani do siły roboczej i pozbawieni możności wykształcenia, byli przeznaczeni do pracy tylko pod kierownictwem Niemców.  Niemcom było trudno oprzeć się zwodniczemu obrazowi "świetlanej przyszłości", w której oni, ta nadludzka rasa, panowaliby nad "untermenschen".

Hitler stworzył największy mit w historii ludzkości, przekonując swych rodaków, że Żydzi bardziej niż inne narody zagrażają czystości germańskiej rasy.  W Auschwitz wszyscy Żydzi wykazujący jakiekolwiek ułomności zostawali zabici a ich szkielety wysłane do Berlinskiego muzeum jako dowód niedoskonałości rasy żydowskiej.  Wszystkie inne rasy były również uważane za niedoskonałe, ale groźba degeneracji od nich była znacznie mniejsza od żydowskiej, przeto eksterminacja ich była mniej pilna.  Nawet nasi kapo, na równi z nami więźniowie, ale z kryminalną przeszłością, uważali siebie za coś lepszego tylko z racji tego, że ich językiem ojczystym był niemiecki.

 

Ta filozofia znajdowała uzasadnienie w sukcesach ekonomicznych Niemiec przed wojną i osiągnięciach militarnych w początkowym okresie wojny.  Załamanie zaczęło się w 1944, kiedy elitarna armia niemiecka spodziewająca się łatwych zwycięstw nad Rosjanami, była zmuszona do ucieczki przed narodem, który uważała za kulturalnie niższy i prawie na poziomie zwierząt. Jednakże w 1941r., niemiecka doktryna super-rasy była u szczytu swego powodzenia i wszystkie urzędy rządowe, włączając w to i administrację obozu, działały w duchu planu Führera.

 

W pobliżu Auschwitz zaczęto budowę fabryki Buna wyrabiającą syntetyczną gumę. Miała to być największa fabryka w Niemczech.  Tysiące więźniów zostało przydzielonych do tego zadania i budowa ruszyła naprzód z zawrotną szybkością.  Projekt ten miał dwojaki cel: wybudowanie fabryki jak najszybciej i przy tym wyeksterminowanie jak największej ilości "mało wartościowych" Polaków.  Śmiertelność w Buna Werke przewyższyła śmiertelność głównego obozu, która była tak wysoka, że krematoria czynne dzień i noc nie mogły nadążyć ze spalaniem zwłok.  Późnym 1941 rokiem Niemcy doszli do przekonania, że zabijanie Żydów bez wyciśnięcia z nich ostatniej kropli potu było nie ekonomiczne.  Od tego momentu selekcje transportów Żydów stały się bardziej precyzyjne: ci z dobrą kondycją fizyczną szli do Buna Werke, a reszta była zabijana.

 

Stopniowo Auschwitz traciło swój wyłącznie polski charakter.  Zaczęły przybywać małe grupy więźniów z Czechosłowacji i Austrii.  Wielkość i rozmach planów  na które Auschwitz było przygotowywane uwidoczniła się szczególnie po wizycie Adolfa Eichmana, twórcy "końcowego rozwiązania."  W krótki czas potem wizyta samego Himmlera pociągnęła za sobą szereg dalszych zmian, które mogliśmy zaobserwować w następnych latach.  Pierwszą zmianą było założenie obozu w pobliżu Auschwitz w Brzezince (Birkenau).  Zakrojony na 200,000 więźniów, posiadał kilka nowych krematoriów, które później okazały się niewystarczające w stosunku do ilości trupów dostarczanych na spalenie.

 

Drugie wydarzenie o historycznym znaczeniu miało miejsce w połowie 1941 roku: kilkuset najbardziej chorych ze szpitala, jak również reszta rosyjskich jeńców licząca około 600 ludzi, zostało przeniesionych do piwnicy Bloku 11.  Tej nocy okiennice bloku zostały zamknięte i wsypano do niego krzyształy trującego gazu Cyklon B.  Była to pierwsza masowa egzekucja więźniów Auschwitz za pomocą gazu.  Zaszła pomyłka w obliczeniu ilości gazu i ofiary nie zginęły natychmiast.  Ich jęki i walenie w okna słychać było przez całą noc. Sanitariusze przybyli rano do usunięcia zwłok zastali widok tak wstrząsający, że nawet dla nich, przywykłych do okrucieństw, było to nie do zniesienia.  [Szczegółowy opis - W. Keiler w "Anus Mundi" (Kraków: Literary Publications, 1976.]

 

W 1941 r. rząd niemiecki rozpoczął formalny program indoktrynacji regulujący zachowanie się całego społeczeństwa.  Wkrótce mordowanie Żydów przez odpowiednie osoby stało się normą i osobista polityka Hitlera przemieniła się w oficjalną politykę masowej eksterminacji.  Naród niemiecki uwierzył, że jest rzeczywiście super-rasą przeznaczoną do panowania nad nowoczesnym niewolnictwem.  Z końcem wojny nie było w Niemczech małego miasteczka czy wsi, które nie byłoby świadkiem eskortowania przez SS kolumn wycieńczonych fizycznie i wygłodzonych niewolników z obozów koncentracyjnych.  Każdy mężczyzna, kobieta czy dziecko przyjmowało widok tych cienistych postaci, bliższych śmierci niż życia, za rzecz normalną.

 

W obozie koncentracyjnym siła i przemoc były na porządku dziennym. Były one nie tyle wyrazem nienawiści ile raczej potrzebą zaspokojenia żądzy władzy, korzyści osobistych i stworzenia sobie jak najkorzystniejszych warunków przeżycia.  Gdy takie podstawowe dążenia ludzkiej natury były podsycane efektywną propagandą i polityką rządową, nawet tak wielki naród, który wydał takich geniuszów jak Kant, Schopenhauer, Goethe, Schiller, Beethoven, Wagner i Bach, zniżał się do poziomu kryminalistów rządzących w obozach.

 

Sukcesy armii niemieckiej na froncie rosyjskim w Auschwitz spowodowały odseparowanie dziewięciu blokow i oddzielenie ich od reszty obozu drutem kolczastym.  Żeby zrobić miejsce dla Rosjan, więźniowie byli przemieszczeni do trzech nowo zbudowanych obozów satelitarnych, z których największy był ulokowany w sąsiedztwie Buna Werke.  Pozostali więźniowie musieli się podwoić na swoich trzy-piętrowych pryczach koszarowych.  Gdy wszystko było już gotowe, nadszedł transport 12,000 rosyjskich jeńców, których umieszczono w ewakuowanej części obozu.

 

Tym razem Niemcy zaniechali fikcji traktowania ich jako jeńców wojennych.  Każdy jeniec musiał pracować przy konstrukcji w Birkenau i podlegał temu samemu okrutnemu traktowaniu co pozostali więźniowie.  Gestapo stale poszukiwało przywódców politycznych między jeńcami; gdy takich znaleziono, rozstrzeliwano ich natychmiast lub posyłano do bloku karnego na powolną i okrutną śmierć.

 

Pierwsi jeńcy rosyjscy nie mieli wielkich skrupułów z denuncjowaniem politruków.  Politrukowie byli członkami znienawidzonego reżymu stalinowskiego, przedstawicielami narzuconego systemu terroru zajmującymi uprzywilejowane pozycje tylko dzięki ślepemu posłuszeństwu partii komunistycznej.  Później przybyli jeńcy byli mniej skłonni do denuncjowania ich z tej racji, że nie mogli się spodziewać łaski ani od wroga ani od własnego rządu.  Stalin wydał wszak dekret według którego wszyscy żołnierze którzy dali się pojmać, po powrocie do domu mieli być postawieni przed sąd wojenny za zdradę i skazani na śmierć.

 

Nie wiem co miało większy wpływ na rosyjską armię: czy okrutne traktowanie ludności cywilnej i rosyjskich jeńców przez Niemców, czy też dekret Stalina.  W każdym razie po roku 1942 Rosjanie odzyskali swoją bitność i wykazywali równą zażartość w tępieniu Niemców jak Niemcy w likwidowaniu Rosjan.

 

Moja praca jako obieracza ziemniaków w kuchni SS szła normalnym, niezmąconym trybem do początku 1942 r. 

W międzyczasie Auschwitz powiększało się coraz bardziej, wymagając coraz to większej załogi strażników. Dało się to również zauważyć w kuchni.  Mateczka potrzebował więcej siły roboczej i przyszedł do obieraczy szukać pomocy.  I znowu miałem szczęście być wybranym.  Po odpowiednim wyszorowaniu i umyciu, przywdziawszy biały fartuch kucharski, zostałem dopuszczony do kuchni. 

Trzeba zrozumieć znaczenie tego doniosłego momentu: wygłodniały, wychudzony więzień zostaje nagle wpuszczony tam, gdzie żywność się wprost przelewa.  Wyobraża sobie, że żywność będzie wszędzie, że będzie otoczony różnego rodzaju mięsem, owocami i jarzynami.  Tymczasem zaś, niestety, zobaczyłem tylko wilgotne betonowe podłogi, olbrzymie kotły, każdy z nich o średnicy przeszło metra, z indywidualnym grzejnikiem elektrycznym, oraz kucharzy na drabinach uzbrojonych w coś w rodzaju wioseł, którymi mieszali zawartość kotłów.

 

Jeden z kucharzy ugniatający ziemniaki zawołał mnie, żeby go zastąpić na chwilę.  Z wielkim trudem udawało mi się poruszać w białej masie narzędziem do ugniatania białej masy, więc oparłem się na nim całym ciężarem, żeby kontynuować proces dalej.  Otoczony chmurą pary, nie byłem zachwycony tą pracą, ale nie omieszkałem wpychać sobie w usta garście ziemniaków gdy nikt nie patrzył.  Na zakończenie dnia Mateczka dał mi dużą miskę zupy jęczmiennej z kawałkami mięsa pływającymi w niej.  Zjeść ją było męczarnią.  Przez dwa lata byłem pozbawiony takiego luksusu, a teraz gdy się nadarzyła taka sposobność, byłem wypełniony po brzegi kartoflami.  Mimo, że mój żołądek mało nie pękał, znalazłem w końcu miejsce na tę miskę zupy, bo nie miałem pewności kiedy i skąd zjawi się mój następny posiłek.

 

Innego razu przydzielono mnie do robienia klopsów mięsnych.  Czterech z nas stało naokoło stołu, na którym spoczywała góra siekanego mięsa.  Urabialiśmy z niego małe kulki i składaliśmy jedną na drugiej po jednej stronie stołu.  Trzej pozostali, stosunkowo dobrze wypasieni, bo od dawna stale zatrudnieni w kuchni, nawet nie pomyśleliby, żeby jeść surowe mięso.  Dla mnie była to jednak wyjątkowa okazja, której nie należało zaprzepaścić, nawet w obecności kucharzy SS, którzy mieli ogólny nadzór nad tym co się działo w kuchni.  Zastosowałem znany mi od dawna prosty trik znikania piłek ping-pongowych w dłoni.  Klopsy idealnie je zastępowały. 

Sztuczka ta polegała na udawaniu, że się przekłada klops z jednej ręki do drugiej, gdy w rzeczywistości pozostaje on ukryty w dłoni.  Potem przyciągając uwagę widza do ręki, w której klops ma się rzekomo znajdować, usuwa się zawartości drugiej ręki.  Trzymając klops w jednej ręce, pustą ręką symulowałem złożenie go na stosie, a rękę z klopsem podnosiłem do twarzy i połykałem go bez żucia.  Robiłem to przez jakąś godzinę i nikt nic nie zauważył.  Pod koniec dnia jeden z kucharzy-więźniów trącił mnie w bok i rzekł:

- Powinieneś spróbować jednego lub dwóch tych klopsów, one są wcale niezłe na surowo. 

Uśmiechnąłem się i odpowiedziałem:

 

- Dziękuję, ale ja jadłem je przez całą ostatnią godzinę.

 

- Ależ to niemożliwe - powiedział - obserwowałem ciebie jak kładłeś każdy klops na stosie.

Zrobiłem mu krótką demonstrację.

 

- Zrób to jeszcze raz, jeśli nie masz nic przeciwko temu i zobaczmy, czy Mateczka cię na tym przyłapie.  Jestem pewien, że to go na pewno ubawi.

 

Strażnicy SS opuścili pokój, więc się zgodziłem.  W czasie jak kucharz poszedł po Mateczkę, ćwiczyłem moją technikę.  Za chwilę Mateczka stał obok mnie ugniatając klopsy razem z nami.

 

Zjadłem dwa dalsze klopsy, kiedy on rzekł:

 

- Więc zobaczmy jak ty kradniesz klopsy niezauważalnie.

 

- Powiedziałem mu, że już zjadłem dwa w czasie jak mnie obserwował.  To ugodziło w jego dumę zawodową, bo uważał się za najlepszego złodzieja w całych Niemczech.

 

- Zrób to jeszcze raz - mruknął.

 

Położyłem pierwszy klops odpowiednio na stosie, ale ukryłem drugi i w czasie gdy Mateczka obserwował moją pustą dloń, wsadziłem klops w usta.  Potem wolno otwarłem pustą dłoń.  Mateczka natychmiast złapał moją drugą rękę, tylko po to, żeby znaleźć moją natłuszczoną wyprostowaną dłoń.  Na bis otworzyłem szeroko usta, żeby mu pokazać gdzie klops zniknął.

 

Mateczka był zachwycony.  Walnął mnie w plecy tak silnie, że klops wystrzelił mi z ust.  Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a najgłośniej Mateczka.  Hałas przyciągnął uwagę SS-manów, którzy wrócili do kuchni, żeby sprawdzić co się dzieje.  Mateczka dławiąc się od śmiechu, był tylko w stanie wzkazać mnie palcem jako źródło tej wesołości.  Wiedząc, że SS-mani nie byliby zachwyceni demonstracją kradzenia ich żywności, powiedziałem im, że pokazywałem Mateczce parę sztuczek magicznych.

 

- Dobrze, to pokaż nam - zażądali.

 

Poprosiłem o monetę, która następnie zniknęła, żeby potem wyjąć ją z ucha głównego kucharza SS.  Pokazałem również jak przebić jedną całą, nienaruszoną zapałkę przez drugą.  Nie pokazałem tylko jak klops może zniknąć w mych ustach.

 

Od tego czasu kiedykolwiek Mamma potrzebował dodatkowych rąk do pracy w kuchni SS, zawsze wołał mnie.

 

Gdzieś w lutym przyszedł do mnie Tomasz, jak zawsze tajemniczy i konspiracyjny.  Chciał rozmawiać ze mną na osobności, bez Stanisława Kazuby i Henryka Bartosiewicza, pozostałych założycieli naszej organizacji.  Na odchodne Henryk zawołał za nami:

 

- Jak dostaniecie te wszystkie kotlety z zakonspirowanego magazynu kotletów, nie zapomnijcie o waszych kolegach.

 

Wyszliśmy na dwór między baraki, żeby nas nikt nie słyszał.  Była jasna i mroźna noc, żywej duszy dokoła.  Nasz ubiór niezbyt był dostosowany do spacerowania przy 20-to stopniowym mrozie.  Tomasz milczał , prawdopodobnie zastanawiał się, jak mi zakomunikować to co go dręczyło.  Zaczynałem tracić cierpliwość.

- Tomasz - powiedziałem w końcu - jeśli chcesz spotkać się ze mną na osobności to nie jest to najlepsze miejsce.  Kto byłby na tyle głupim, żeby się przechadzać dla przyjemności przy takim mrozie? Wejdźmy do środka.

 

Tomasz był pogrążony głęboko w swych myślach i moja uwaga wytrąciła go z zadumy.

 

- Masz rację , nie możemy tutaj chodzić.  Udajmy, że ja jestem chory i ty mnie prowadzisz do szpitala.

 

Poszliśmy w odwrotnym kierunku i skierowaliśmy się do szpitala, Tomasz opierając się ciężko na mnie jak kaleka.

 

- Gdy dojdziemy do szpitala - zaszeptał - możemy zawrócić z powrotem i będzie wyglądało na to, jak byśmy właśnie wrócili stamtąd.  Jest  za dużo ludzi w baraku i ktoś mógłby nas podsłuchać.

 

- Tomasz, ty zwlekasz - powiedziałem - powiedz o co ci chodzi.

 

- No dobrze - rzekł po chwili - chcę cię prosić o wielkie poświęcenie na rzecz organizacji. Chciałbym mianowicie, żebyś porzucił twoją pracę w kuchni SS i przyłączył się do mnie na tydzień lub dwa w urzędzie kartograficznym.

 

Nie miałem całkowitego zaufania do sposobu postępowania Tomasza.  Z jednej strony nadmiernie dbał o zachowanie konspiracyjności naszej grupy, a z drugiej nierozważnie rekrutował nowych członków bez zaznajomienia się z ich przeszłością.  Nie mogłem mu przebaczyć, że raz zwerbował niemieckiego szpiega.

 

- Dlaczego jest tak ważnym, żebym pracował u kartografów? - Zapytałem, z trudnością ukrywając moją niecierpliwość.  Mam teraz dobrą pracę , i jeśli ją stracę, mogę wylądować znowu na robotach w Buna Werke albo przy budowie Birkenau z Rosjanami.

 

Tomasz mówił powoli.

- Ty jesteś jedynym, któremu mogę zaufać, a poza tym umiesz rysować mapy.  Ja nie jestem takim dobrym rysownikiem, ale obydwaj musielibyśmy uchodzić za zawodowych kreślarzy przynajmniej przez tydzień.  W budynku, w którym pracuję jest zmagazynowany sprzęt elektroniczny do komunikacji radiowej.  Uważam, że powinniśmy posiadać własną stację radiową i możliwość bezpośredniej komunikacji z jednostkami podziemia na zewnątrz.  W razie nagłej potrzeby albo nagłego wybuchu powstania, lub nawet pomocy uciekającym z obozu, posiadanie takiego urządzenia byłoby nieocenione.  Mam człowieka w biurze kartograficznym, który przygotowałby wszystkie części do montażu.  Naszym zadaniem byłoby tylko przeniesienie ich do obozu.

 

Nie odpowiedziałem od razu, myśląc jeszcze jak mogłoby to być zrealizowane - jak duży był ten budynek, gdzie musielibyśmy pójść po te części, na ile pewny był ten kontakt Tomasza.

 

Już miałem zabrać się do przedyskutowania moich wątpliwości, gdy Tomasz kontynuował dalej:

 

- Wiedziałem, że się zgodzisz, więc rozmawiałem z dr. Deringiem i prosiłem go, żeby uzyskał dla ciebie zwolnienie na jeden tydzień.  Dering powiedział Mateczce, że potrzebuje tekturę dla zrobienia paru ważnych napisów w sali operacyjnej i że ty i ja jesteśmy idealni do tego, żeby ukraść ten materiał u kartografów.  Mateczka zgodził się.  Nawet dał ci świetne referencje - powiedział Deringowi, że jesteś ekspertem, prawie lepszym od niego.

 

- A przez cały czas myślałem, że jesteś zawodowym oficerem i matematycznym geniuszem, a nie zręcznym złodziejem!

 

- Mniejsza o te sztuczki - powiedziałem - wygląda na to, że nie mam wyboru, bo i tak już wszystko zaaranżowałeś.

 

- Przynajmniej pozwól mi porozmawiać z twoim kontaktem, który dostarcza części.  Chcę się dowiedzieć jak on nas zabezpieczy i jak przeniesiemy radio do obozu? Czy te części są małe czy duże ?  Czy będziemy mogli przenosić je w kieszeniach?

 

- Kot – rzekł Tomasz poważnie - nie tylko nie chcę, żebyś ty się z nim spotkał , nawet nie chcę żebyś znał jego nazwisko.  Wiesz jak postępuje Gestapo - im mniej wiesz, tym lepiej.  Dowiemy się o rozmiarach części jak je zobaczymy.  Wszystko zależy od tego jakie części nasz człowiek będzie mógł ukraść bez budzenia podejrzeń.

 

Nie pozostało nic więcej do omówienia. Pośpieszyliśmy z powrotem do baraku i przy wejściu nadzialiśmy się na Mateczkę.

 

- Ah, to wy dranie.  A to musi być ten drugi zbój, wskazując na Tomasza.  Robicie tutaj niezdrową konkurencję uczciwym złodziejom!  No to powiedz mi, jak wy ukradniecie tekturę?  To nie to samo co klopsy mięsne.  Może będziecie musieli użyć rollwagonu.  Moglibyście przy okazji dostarczyć też papier i przybory kreślarskie dla Lui.  Co to za artysta.  On podrabiał prześliczne stumarkowe banknoty!  I nie martw się o swoją pracę w kuchni, możesz powrócić w każdej chwili.  Poza tym chciałbym zrobić drobną przysługę dr. Deringowi.  Więc kiedy chcesz zacząć?

 - Jutro rano, jeśli ci to odpowiada,  - rzekł Tomasz, gdyż ja nawet nie wiedziałem na jaki dzień te wszystkie przygotowania były zrobione.

 

- Nie - powiedział Mateczka -  potrzebuję tego oszusta na piątek i sobotę,  bo mamy wiele roboty z przygotowaniem niedzielnego obiadu.

 

-  Żaden problem. - rzekł Tomasz. - Ja mogę zacząć jutro i pracować tam w piątek i sobotę, a on może zacząć w poniedziałek rano.

 

- No, trzymaj się!  I pamiętaj, jeśli będziesz potrzebował dobrej, fachowej porady, przyjdź do mnie.

 

Podziękowaliśmy obaj za jego wyrozumiałość i poszliśmy do naszych baraków.

 

W następny poniedziałek zameldowałem się u kapo kartografów i poszedłem do ich budynku położonego około jednego kilometra poza obozem.  Tomasz i ja byliśmy przychylnie przyjęci do  grupy sześciu kartografów, ze względu na nawał pracy w związku z mapami i planami budowlanymi dla Buna Werke i Birkenau.  Tomasz nie był kreślarzem i w tej dziedzinie polegał na moich umiejętnościach.  Spędzał większość czasu na opisywaniu planów pismem technicznym i wizytach do ustępu gdzie spotykał się z naszym kontaktem z magazynu elektronicznego.  W środę, Tomasz po powrocie z ustępu oświadczył w wielkim podnieceniu, że aparat łącznie z bateriami jest już gotowy.

 

- Jaki on jest duży? - spytałem.

 

- To może być pewien problem.  Jest raczej duży, ma wielkość dużej walizki, ale wziąłem go i obecnie spoczywa na zbiorniku wodnym w ustępie.

 

Powiedział to jednym tchem; widać było, że przez moment nie zastanowił się w jaki sposób przerzucimy to do obozu.  Spojrzeliśmy po sobie w zakłopotaniu, zastanawiając się co teraz z tym zrobić .

 

- Pójdę to obejrzeć - zaproponowałem - może coś wymyślę.

 

Pobiegłem do ustępu.  Znalazłem tam na staromodnym zbiorniku wodnym, dla wszystkich widoczną, olbrzymią drewnianą skrzynkę.  Takie umiejscowienie było szczególnie niebezpieczne, bo ubikacja była również używana przez strażników SS, którzy nadzorowali grupy więźniów  pracujących na zewnątrz.  Widać było, że skrzynka została tam podrzucona w wielkim pośpiechu, bo opierała się na rączce zbiornika i woda leciała ciurkiem.

 

Trzeba było natychmiast schować skrzynkę.  Rozglądając się panicznie spostrzegłem szafę z podwójnymi drzwiami stojącą w korytarzu wiodącym do łazienki.  Za pierwszym szarpnięciem, drzwi się nie otworzyły, bo były zamknięte na klucz.  Szarpnąłem mocniej,  sworzeń  wypadł ze szczeliny i drzwi otworzyły się z hukiem na oścież .  Szafa była pełna materiałów kartograficznych: zwoje papieru, butelki tuszu, ołówki, pudełka z artykułami których nie miałem czasu zidentyfikować.  Opróżniłem szybko górną półkę, składając jej zawartość na szczycie szafy jak najbliżej ściany.  Zamknąłem drzwi szafy i wróciłem po radio.  Na szczęście był to przenośny aparat z rączką i skórzanym rzemieniem.  Rzuciłem okiem przez drzwi  aby upewnić się, czy nie ma kogoś w korzytarzu, wziąłem skrzynkę i zacząłem ją nieść w kierunku szafy.  Nagle drzwi w drugim końcu korytarza otworzyły się i weszło dwóch ludzi w pasiakach idąc w moim kierunku.  Nie będąc znany w tym budynku i korzystając z ciemności panującej w korytarzu, spróbowałem udawać kapo w nadzieji, że nie zostanę rozpoznany.

 

- Dokąd to idziecie ? - Krzyknąłem po niemiecku.

 

Zatrzymali się i zaczęli coś przebąkiwać, myśląc bez wątpienia, że jestem niemieckim kapo.  To dodało mi odwagi i warknąłem jeszcze gniewniej:

 

- Wynosić się, wy świńskie psy.

 

To poskutkowało, bo zniknęli natychmiast. Pośpiesznie otworzyłem szafę , wstawiłem skrzynkę na górną półkę, zamaskowałem ją paroma luźnymi mapami i, zamykająć oboje drzwi, udało mi się jeszcze ją domknąć.  To nie był jednak koniec nerwówki.  W drodze do pokoju kartografów natknąłem się na kapo.

 

- Co tak długo trwało? Już myślałem, że spłukałeś się do kanalizacji. Skoro już tu jesteś, to pomóż mi w przynieść trochę rzeczy.

 

Z tymi słowy podszedł do szafy, wyjął klucz i otworzył drzwi.

 

- Kto tu narobił takiego bałaganu?  Pewnie musiał to być ten głupi Fred.  Na nikim nie można polegać, trzeba wszystkiego dopatrzyć samemu.

 

Mrucząc do siebie niezadowolony, wyciągnął parę rolek papieru rysunkowego i dał mi do niesienia.  Wziąwszy garść ołówków oświadczył:

 

- To by było narazie wszystko  - i szybko zamknął drzwi szafy.

 

- Chcę, żeby ta robota była skończona na piątek, bo inaczej dostanie nam się od SS.

- To jest po prostu za dużo roboty na taki krótki okres czasu. - powiedziałem - Może byśmy mogli pracować wieczorem, bynajmniej nie dlatego, że uwielbiamy to zajęcie, ale inaczej nie damy rady skończyć jej na piątek.

 

- Wy jesteście wszyscy leniwe dranie - warknął - spoglądając na mnie nieufnie, ale możliwe, że masz rację.  Będziecie pracować dzień i noc do końca tygodnia.

 

Niosąc materiały odprowadziłem kapo aż do kreślarni, gdzie ukradkiem spojrzałem na niespokojną twarz Tomasza.  Wyobrażałem sobie jakie myśli musiały mu chodzić po głowie.  Złożyłem mój ładunek na stole w pobliżu miejsca pracy kapo i poszedłem do swego stołu rysunkowego przy którym był Tomasz.  Ledwo usiadłem przy nim, kiedy kapo podszedł i spytał:

 

- Skąd te krzyki w korytarzu?

 

- O, to nic. - Odpowiedziałem nonszalancko. – Paru brudnych muzułmanów chciało skryć się w naszym ustępie, więc ich przegoniłem z powrotem do pracy.

 

Kapo zadowolił się tą odpowiedzią i wszyscy wrócili do pracy.

 

- Coś ty tam właściwie robił ? - Szeptnął Tomasz.

 

- Schowałem skrzynkę w szafie z materiałami kreślarskimi; powiem ci szczegółowo o wszystkim jak wrócimy do obozu, odpowiedziałem równie cicho.

 

Później tego dnia dyskutowaliśmy i zastanawialiśmy się nad sposobem przetransportowania radia do obozu. Doszliśmy do wniosku, że sami nie damy rady.  Żaden z nas nie znał się na elektronice.  Rozebrać je na części w biurze kartograficznym było niebezpieczne, a w dodatku nie mieliśmy pewności, czy uda nam się złożyć je tak jak powinno być złożone.

 

Maximilian Grabner, dowódca Gestapo
w Auschwitz i specjalista od tortur
(archiwum Państwowego
 Muzeum Auschwitz-Birkenau)

 

Jedynym rozwiązaniem było przewiezienie go w całości na jakimś rollwagonie nie podlegającym kontroli strażników.  Równocześnie przyszli nam na myśl Albert i Aleksy, którzy wozili trupy każdego wieczoru przez główną bramę do krematorium.  Strażnicy nie lubili sprawdzać trupów, zwłaszcza gdy wiedzieli, że mogą być między nimi ludzie zmarli na jakąś zakaźną chorobę. Tomasz poszedł natychmiast do szpitala wybadać sytuację.  Wrócił tuż przed godziną policyjną.

 

- Wszystko jest gotowe, oświadczył. Nadajnik będzie dostarczony do obozu.  Musimy go tylko przenieść do centralnego wysypiska śmieci oddalonego od naszego budynku o 200 metrów.

 

- Ależ, Tomaszu, my tego nie możemy zrobić za dnia, chyba że wtajemniczymy w nasz plan załogę rollwagonu, a to nie uważam za zbyt dobry pomysł.  Lepiej byłoby zrobić to w nocy jeśli nasza grupa dostanie pracę na nocną zmianę.

 

Z zakłopotaną miną Tomasz przyznał się, że tego nie przewidział.  Postanowiliśmy odłożyć sprawę na przyszłość w nadziei, że nadarzy się jakaś sposobność, która umożliwi nam dostarczenie radia na wyznaczone miejsce.

 

Następny ranek i popołudnie minęły bez żadnej możliwości podjęcia jakiejś akcji.  Pokładaliśmy nadzieję, że może w ciągu nocy sytuacja się zmieni.  Pod koniec dnia przyszedł strażnik SS i zaanonsował, że nie wolno nam opuścić biura dopóki nie skończymy naszego zadania.  O 6-tej wieczorem przenośna kuchnia przywiozła naszą wieczorną zupę, którą zjedliśmy i powróciliśmy do pracy.  Wszystko wyglądało beznadziejnie.  Z trudem mogłem się skoncentrować nad liczbami  i liniami myśląc stale o tym radiu w szafie tykającym jak bomba zegarowa.  Prędzej czy później ktoś mógłby ją znaleźć i wtedy Tomasz i ja natychmiast zapoznalibyśmy się z Grabnerem i Bogerem z Auschwitzkiego Gestapo i ich celą tortur w Bloku 11.

 

Tomasz pochylił się do mnie i szepnął:

 

- Sprawdzę czujność strażnika SS.

 

- Dobry pomysł, ale nie spiesz się.  Mamy jeszcze jeden dzień i może lepiej będzie poczekać.

 

Tomasz skinął głową i spytał się strażnika czy może pójść do ustępu.

 

- Idź - odpowiedział - ale nie próbuj żadnych kawałów, bo zrobię z ciebie sito.

Strażnik otworzył drzwi na korytarz i stanął w nich.  Stamtąd miał widok na wszystko oprócz samego ustępu.  Tomasz wrócił po chwili.

 

- Musimy zrobić to dzisiaj.  Jeśli Gestapo to wykryje, wszyscy skończymy w bunkrze.

 

- W ustępie jest okno otwierające się na tył budynku. Śmietnisko jest pogrążone w ciemności,  tylko  200 metrów dalej.  Jeden z nas musi się tam dostać za wszelką cenę .

 

- Tomasz, ty jesteś wariat.  Jak możemy wyjąć olbrzymie radio z szafy pod okiem strażnika?

 

- Udam, że mam rozwolnienie i będę latał do ustępu co 15 lub 20 minut, a ty w międzyczasie zaczniesz pokazywać swoje sztuczki magiczne. Postaraj się wciągnąć w to strażnika i odciągnąć go od drzwi.  Kiedy będziesz uważał , że wystarczy czasu na wyjęcie radia z szafy, krzyknij głośno: "Uwaga wszyscy".  To będzie sygnał dla mnie, wyjmę radio, polecę z nim do ustępu, umieszczę je poza oknem i wrócę tutaj.  Ty musisz tylko wyskoczyć przez okno, przebiec do śmietnika, położyć je tam i wrócić z powrotem.

 

Plan wydawał się prostym. Nie było czasu zastanawiać się nad jego słabymi punktami. Jak się jest młodym, niebezpieczeństwo jest wyzwaniem: czasami lepiej jest najpierw coś zrobić, a potem pomyśleć.

 

- No to dalej - powiedziałem i uśmiechąłem się.

 

Tomasz zaczął stękać udając, że ma bóle brzucha, a ja starałem się zaciekawić mojego sąsiada naprzeciwko znikającą monetą. Niestety jakiś inny więzień poszedł do ustępu i kapo zauważył moje pokazy.

 

- Tylko bez żadnych sztuczek - krzyknął - jazda do roboty.

 

Tomasz był następny w kolejce do ustępu, jednak kapo miał mnie na oku, tak że nie mogłem nic zrobić. Po upływie niecałych trzech minut od wyjścia Tomasza, strażnika SS coś tknęło i poszedł zobaczyć co się dzieje.  Na szczęście znalazł go w odpowiedniej pozycji, pokrzyczał na niego, żeby się pospieszył i zajął znowu miejsce przy drzwiach.  Tomasz wrócił wkrótce potem; byliśmy w szachu, nie mogliśmy nic zrobić.  Parę minut potem przyjechał rollwagon z kawą, którą normalnie przywożono z kolacją.  Tym razem z niewiadomego powodu dostarczono ją później.  Kiedy dwaj więźniowie wnieśli kotły, Tomasz rzekł:

 

- Jeden z nich jest z podziemia. Oni będą zabierali puste kotły do obozu. Pójdę porozmawiać z nimi.

 

Poszedł po drugą porcję kawy.  Obserwowałem go, jak wyjaśniał sprawę jednemu z nich.  W chwilę potem był przy mnie sącząc kawę.

 

- W ten sposób będzie o wiele łatwiej, powiedział usiłując opanować podniecenie.  Rollwagon z kotłami jest tuż za rogiem nieopodal okna.  Plan pozostaje ten sam, z tą różnicą, że zamiast zanieść odbiornik do śmietnika, włożysz go do kotła.

 

Ponieważ mieliśmy wtedy przerwę na kawę, zacząłem pokazywać moje sztuczki zupełnie otwarcie, zwracając tym uwagę wszystkich.  Tomasz, chcąc zaspokoić potrzeby fizjologiczne, poszedł do ustępu, a ja zostałem z zaabsorbowanymi widzami.  Nowy strażnik SS wyciągnął talię kart z kieszeni i zażądał bym pokazał co potrafię.  W czasie gdy oczy obydwóch strażników były skoncentrowane na moich rękach, wyjąłem parę kart z talii i z całą mocą krzyknąłem:

 

- Uwaga wszyscy - i zamieniłem jedną kartę na drugą.

 

Powtarzałem ten trik wielokrotnie, ale moi widzowie nie mogli połapać się na czym on polegał.  Zażądali w końcu, żebym im to wyjaśnił.  Chcąc zyskać na czasie, objaśniłem to tak skomplikowanie, że nadal nic nie rozumieli.  Na pocieszenie powiedziałem im, że sztuka ta wymaga dużo praktyki zanim nabierze się jakiejś wprawy.  W międzyczasie Tomasz powrócił i wtedy ja poprosiłem o pozwolenie pójścia do ustępu.  Ku memu niezadowoleniu jeden ze strażników powiedział, że będę musiał czekać, bo on teraz chce iść.

 

Spojrzałem na Tomasza starając się wyczytać w jego twarzy, czy SS-man może znaleźć radio, ale twarz Tomasza, zawsze ta sama, wyrażała tylko grzecznościowe znudzenie.

 

Strażnik SS powrócił.  Było oczywistym, że nic nie znalazł, bo rozkazał swoim podkomendnym zebrać puste kotły i udać się z powrotem do obozu.

 

Na tym zakończył się plan B.  Powróciliśmy do naszych rysownic wiedząc, że musimy powrócić do pierwotnego planu.

 

Przechyliłem się do Tomasza:

- Rób wszystko co możesz, żeby trzymać SS-mana z dala od ustępu.  Idę zaczerpnąć świeżego powietrza.  Życz mi szczęścia - miejmy nadzieję, że nie natknę się tam na żadnego SS-mana.

 

Kiedy poprosiłem o pozwolenie pójścia do ustępu, strażnik był nadspodziewanie przyjazny:

 

- Dobrze, ale pospiesz się, bo zabieram was do obozu.  Dosyć pracy na dzisiaj.

 

Po czym kapo rozkazał by zacząć się pakować.  Błyskawicznie znalazłem się w ustępie.  Otworzyłem okno, na którego krawędzi leżał odbiornik przykryty kawałkiem dywanu. Wyskoczyłem przez okno, wziąłem pod pachę aparat, czujnie nasłuchując jakichkolwiek odgłosów.  Noc była cicha i tak ciemna, że ledwie mogłem rozpoznać zarys śmietnika.  Nie było czasu do stracenia.  Puściłem się biegiem w tamtym kierunku.

 

Nagle poślizgnąłem się i wpadłem w sam środek kupy śmieci.  Puste puszki blaszne potoczyły się we wszystkich kierunkach robiąc niesamowity hałas, który zdawał się nigdy nie kończyć.  Podniosłem się na nogi równie szybko jak upadłem, potrącając przez to jeszcze więcej puszek. Mimo upadku radio nie wypadło mi z rąk.  Ostrzeżono nas, że lampy są bardzo delikatne i najmniejszy wstrząs może je zniszczyć.  Mając nadzieję, że radiu nic się nie stało, położyłem je na stosie śmieci na którym stałem, przykryłem je dywanem i pognałem z powrotem.

 

Ktoś wyszedł z sąsiedniego baraku i krzyknął po niemiecku - Stój! Kto idzie, bo będę strzelał!

 

Spojrzałem przez ramię. Latarka przebiegła po śmietniku.  Jeszcze więcej SS-manów wyszło by zobaczyć co się dzieje.  Olimpijskiem skokiem przeskoczyłem przez okno gdzie napotkałem przestraszoną twarzą Tomasza zaglądającego przez wpół otwarte drzwi do ustępu i krzyczącego na całe gardło:

- Wyłaź stąd natychmiast, bo inaczej zrobię w portki! Jak możesz tam jeszcze siedzieć?  Ja już nie mogę wytrzymać!

 

Zrozumiałem od razu o co chodzi i odparłem:

 

- Tyś tu już siedział prawie na całą noc! Twoja kolejka jeszcze przyjdzie!

 

Zgasiłem światło w ustępie i poleciałem do okna sprawdzić czy SS-mani znaleźli radio.  Zdążyłem jeszcze zobaczyć jak wracali do baraku śmiejąc się i mówiąc coś o harcujących kotach.  Wpuściłem Tomasza, dałem mu znak kciukiem, że wszystko jest w porządku i wróciłem do biurka.

 

Wszyscy byli już gotowi do odejścia oskarżając mnie o okrucieństwo w stosunku do Tomasza zmuszając go do tak długiego czekania i snując przypuszczenia jakby wyglądał, gdyby nie mógł dłużej wytrzymać.

 

Później Tomasz opowiedział mi o swojej desperackiej improwizacji.  Na dźwięk poruszenia na zewnątrz, poleciał do ustępu i zaczął krzyczeć zanim SS-man zaczął cokolwiek podejrzewać.

 

Po powrocie do baraku Tomasz poszedł do szpitala po środek na swoje "rozwolnienie" i powiadomił Alfreda, żeby przywiózł odbiornik na swoim rollwagonie.  Radio zostało dostarczone tej samej nocy i zainstalowane przez Freda Stoessla w piwnicy bloku szpitalnego.

 

Niestety nasze radio było czynne tylko przez około sześć miesięcy.  Niemcy szybko złapali nasze sygnały i rozpoczęli gorączkowe poszukiwania ich źródła, biorąc na przesłuchania cały szereg ludzi.  W tym okresie nie byli jeszcze w posiadaniu wyposażenia umożliwiającego wskazanie kierunku skąd sygnały były nadawane; w zamian za to podwoili wysiłki w kierunku odkrycia działalności podziemia.  Dla Gestapo nasze sygnały były niezbitym dowodem istnienia organizacji, którą należało zniszczyć.  Obawiając się , że nasze zabezpieczenia były niewystarczające, latem 1942 powzięliśmy decyzję zdemontowania naszego nadajnika.