O KOSTNICACH I O KONIACH

 

Był późny listopad, tego dnia spadł obfity śnieg, temperatura spadła poniżej zera i zanotowano najwiekszą śmiertelność w obozie. Wielu muzułmanów zamarzło na śmierć i kolumny pracujące poza obozem przywlekały niebywałą liczbę zmarłych i umierających towarzyszy.  Tego samego dnia te same kolumny robocze zładowały całą masę kartonów przywiezionych z obozu koncentracyjnego w Dachau.  Były pogłoski, że kartony te zawierały bieliznę, płaszcze i czapki.

Tym razem pogłoski okazały się prawdziwe.  Po apelu każdy więzień otrzymał jedną parę bielizny i czapkę, a pracujący na zewnątrz dostali pasiaste płaszcze.  Ta przesyłka, aczkolwiek spóźniona, była prawdziwym błogosławieństwem, gdyż zima 1940-41 była wyjątkowo ostra i zaczęła się niezwykle wcześnie.  Razem z nią pojawił się nieproszony gość - wszy.  Ta zaraza rozprzestrzeniła się w brudzie obozu tak szybko, że spowodowała wprowadzenie nowego rytuału przed pójściem do łóżka:  wszyscy się rozbierali i urządzali polowanie na wszy ukryte w bieliźnie.  Nazwaliśmy ten rytuał "godziną towarzyską" i był on naszą jedyną rozrywką.  Jeden pomysłowy więzień kolekcjonował specjalnie duże wszy i angażował je we wszowim cyrku.  Były w nim wszy ciągnące wózek, wszy z chorągwiami noszącymi nazwiska kapo i starszych blokowych, wszy o osobowościach Leo i Bruno.

Zarząd Auschwitz przeprowadzał wiele prób odwszenia obozu.  Blok po bloku musiał oddawać wszystkie ubrania do kotłów parowych, materace były poddawane gruntownej dezynfekcji, ale tak długo jak panowały niehigieniczne warunki, tak długo panowały w obozie i wszy.

W międzyczasie numeracja nowo przybyłych więźniów osiągnęła cyfrę 15,000, aczkolwiek rzeczywista liczba żyjących w obozie więźniów była o połowę niższa.  Żeby zakwaterować nowych przybyszów, stolarze budowali trzy-piętrowe prycze i nowe bloki.  Zarząd obozu postanowił oddzielić również więźniów z wyuczonym zawodem od innych więźniów.  Ja zostałem przeniesiony na blok gdzie, ku mojej wielkiej radości, dowiedziałem się, że starszym izbowym był mój przyjaciel i kolega oficer Stanisław Kazuba.  Tomasz, który pracował jako stolarz, również został przeniesiony do tego bloku.  To dało nam więcej sposobności rozmawiania na temat organizacji podziemnej, i z czasem, Tomasz mógl wysyłać swoje pierwsze raporty do kwatery głównej w Warszawie wykorzystując moje kontakty z miejscowa ludnością.

Niestety nie mogłem kontynuować tego zadania, gdyż dwa dni po zmianie bloku Fritz powiadomił mnie, że muszę zmienić grupę roboczą.  Okazało się, że ten SS-man, który używał mnie do ćwiczeń strzelniczych porozumiał się z naszym kapo, żeby wyznaczyć mnie do mniej ważnych zadań.  Jego zamiarem było pokazać mi jakim on był dobrym strzelcem przez postrzelenie mnie w ramiona i nogi bez zabicia mnie.  Obaj jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że do więźnia strzelało się tylko za usiłowaną ucieczkę, więc strzela się tak, aby zabić.  W każdym razie moje praca mierniczego skończyła się i ponownie musiałem powrócić do ogólnych prac i być narażonym na wszystkie związane z tym niebezpieczeństwa, które, choć na krótko, udawało mi się uniknąć.

Grudzień nie był specjalnie dobrym czasem na kopanie łopatą i pchanie taczek.

Jedyną pociechą dla mnie w tym czasie był fakt, że mój numer, 4618, niski w porównaniu z numerami przydzielanymi nowo przybywającym, zjednywał mi pewien szacunek u kapo i nawet SS-manów.  Kapo wiedzieli, że ja i mnie podobni noszący "stare numery" musimy mieć gdzieś wpływowych przyjaciół, dzięki którym udało nam się przeżyć tak długo, i z tej racji zasługiwaliśmy na lepsze traktowanie.  Takie specjalne względy nie wchodziły jednak w rachubę w czasie godzin pracy gdy staliśmy ramię w ramię z nowicjuszami kopiąc rowy.

- Jak ci się udało przetrwać? - kapo zapytywał się, dodając - Jezeli do tej pory nie poznałes smaku mojej pałki, to zobaczysz teraz jaka jest twarda.

Robiłem więc rozpaczliwe wysiłki znalezienia innej grupy roboczej, by można bylo jakoś przeżyć.

Równie ważnym dla mnie było pozwolenie na pozostanie w bloku dla ludzi z zawodami.  To samo w sobie było przywilejem, bo w bloku tym nie było muzułmanów, był względnie czysty (nadal mieliśmy jeszcze wszy, ale w mniejszej ilości), oraz otrzymywaliśmy częstsze i bardziej gruntowne leczenie świerzba, choroby skórnej rozprzestrzenionej w całym obozie, pozostawiającej swoje ofiary pokiereszowane bliznami jakby od jakiejś plagi.  Leczenie świerzbu polegało na nasmarowywaniu całego ciała smolistą, czarną  maścią, tak że wyglądaliśmy jak murzyni; drugim stosowanym środkiem była maść siarczana.  Ponieważ prysznice nie były zbyt częste, maści te powodowały podrażnienie skóry, zwłaszcza w okolicach zadraśnień i otwartych ran.  Trudno było swoją drogą taką maść dostać, lecz moje przyjazne stosunki z Fredem okazały się tu znowu przydatne.

Pewnego dnia poszedłem z Tomaszem do Freda w celu zorganizowania maści siarczanej.  Przy takich okazjach mogliśmy zawsze polegać na naszym przyjacielu.  W czasie jak nasmarowywaliśmy nasze ciała maścią pod prysznicem Kieliszka, wszedł dr Dering.  Ten zaczął przeklinać i wyzywać nas i rozkazał nam się wynosić.

W tym momencie Fred powrócił zaalarmowany poruszeniem i spytał się Deringa:

- Nie znasz tych dwóch?  Myślałem, że przynajmniej rozpoznasz twego przyjaciela Tomasza.

Mimo, że Tomasz znał Deringa z Warszawy, zbierał się bez słowa do wyjścia.  Dr Dering zatrzymał go jednak, teraz już z zupełnie innym, przepraszającym wyrazem twarzy.  Nawet zaprosił nas do swojego pokoju nad łaźnią jak skończyliśmy nasz zabieg.

Różnica miedzy charakterami tych dwóch ludzi była jaskrawa.  Tomasz był, łagodny, nieśmiały, skromny - bynajmniej nie typ człowieka, który by przyszedł do Auschwitz na ochotnika organizować podziemny ruch oporu. Dering natomiast był ekstrawertykiem - głośny, dominujący, egocentryczny, zadufany w sobie, pełen energii, z nienasyconą chęcią dominowania nad wszytkimi.  Dzielił ludzi na dwie kategorie:  tych, którzy mogą mu być przydatni w przyszłości, i tych których mogł kompletnie ignorować.

Poszliśmy go odwiedzić z Fredem.  Doktor był dla nas bardzo uprzejmy, zapewne myśląc, że kiedyś może będzie potrzebował czegoś od podziemia.  Poczęstował nawet Tomasza i mnie częścią swego posiłku.

- Mam połowę miski dzisiejszej zupy, jeśli któryś z was chce.  Ciagle mi przynoszą tę zupę, zapewne w myśl niemieckiego "Ordnung muss sein" ("Porządek musi być").

Uśmiał się z własnego dowcipu i kontynuował dalej:

- Ja sam nie jem tego.  Kucharze przynoszą mi mięso i chłopaki tutaj podają mi to ze smażonymi ziemniakami.  Uwielbiam smażone ziemniaki.

To było w czasie gdy na jego oczach tysiące ludzi umierało z głodu.  Istotnie Tomasz i ja nie wyglądaliśmy wiele lepiej od na wpółżywych muzułmanów.  Siedzieliśmy tam połykajać ślinę na myśl o tych smażonych ziemniakach.  Dr  Dering nie grzeszył zbytnim taktem, gdy tak chwalił się tym,  aby pokazać swoją siłę i wyżność.

Wciąż mówiąc, posunął porcję do Tomasza, który chętnie przyjął poczęstunek.  Zjadłwszy dokładnie połowę porcji, przesunął do mnie mówiąc:

- musisz też być głodny.

Poza dr. Deringa tak mi obmierzła, że popełniłem największe kłamstwo w moim życiu mówiąc:

- nie, nie jestem głodny, dziękuję.  Możesz  ją skończyć, jeśli masz ochotę.

Tomasz skończył zupę a dr Dering kontynuował swą paplaninę.

- Wiecie, ja pokazałem tym niemieckim lekarzom jak się operuje.  Pewnego dni wykonałem operację ślepej kiszki w trzy minuty. Niemieccy lekarze przychodzą tu uczyć się ode mnie.  Mieliśmy dwie operacje woreczka żółciowego, więc dałem jednemu młodemu Niemcowi zrobić jedną, a ja się zająłem drugą.  Czy dacie wiarę?  Zajęlo mu to cztery godziny.  Potem ja zabrałem się do mojej.  Od nacięcia do zaszycia rany zabrało mi to 20 minut!

W tym momencie Tomasz przerwał mu nieśmiało.

- Nasza organizacja straciła bardzo ważny kontakt z zewnątrz w grupie mierniczych.

Potem opisał mu moje przygody z wartownikiem SS.

- Żaden problem - rzekł Dering. - jakie jest nazwisko tego SS-mana?  Mogę poprosić jednego z lekarzy SS, żeby z nim porozmawiał i ten da ci spokój.  Czy wy wiecie, że, przed moim aresztowaniem, byłem dowodzącym oficerem w warszawskim podziemiu?

Nie bardzo wierzyłem w to, że mogłby on wpłynąć na tego właśnie SS-mana, więc natychmiast odrzuciłem tą ofertę, mówiąc mu, że kapo zaangażował już kogoś innego na moje miejsce.

- To też nie jest żaden problemem - Powiedział Dering. - Fred może tymczasowo umieścić cię u obieraczy ziemniaków, a ja w następnym tygodniu będę się rozglądał za kimś do przychodni chirurgicznej.  Jeśli nie znajdę kogoś lepszego, możesz wziąć tą pracę.

To była oferta nie do odrzucenia.

- Dziękuję - odpowiedziałem - myślę, że to byłoby najlepsze rozwiązanie.

To był koniec naszej rozmowy.  Wróciliśmy do naszych baraków, a Dering kontynuował rozmowę z Fredem.

Następnego dnia po porannym apelu zgłosiłem się do kapo od obieraczy ziemniaków .   On już wiedział, że byłem wyznaczony do pracy w szpitalu i w nadziei możliwości zorganizowania lekarstw dla siebie, obiecał ustrzeć mnie przed Leo.  To była bardzo ważna obietnica.  Pewnego dnia, kiedy kapo był w kuchni, Leo zjawił się podczas jednych ze swoich obław.  Moja twarz wyróżniała się spośród  otaczających mnie starych i chorych.

Leo spojrzał wprost na mnie.

- Co ty tu robisz?

- Obieram kartofle - odpowiedziałem uprzejmie.

- Co za głupia odpowiedź! - warknął.

- Była potrzeba dodatkowych rąk, więc się zgłosiłem na ochotnika.

Leo złapał mnie za ramię.

- Teraz będziesz ochotniczo uprawiał sport!

W tym momencie kapo obieraczy kartofli wszedł z kuchni.

- Ja z nim zrobie porządek! - zawołał - Co takiego przeskrobał?

- On jest za zdrowy, żeby pracował jako obieracz kartofli. - odpowiedział Leo.

Mój kapo roześmiał się i rzekł:

- Masz rację, on jest zdrowy, ale on nie jest obieraczem kartofli , on jest pomocnikiem kucharza!

- W takim razie co on tutaj robi? - napierał Leo, nie puszczając mego ramienia.

- Zaszła nagła potrzeba na więcej obieraczy.  Musiałem użyć kogo miałem.

To był tylko przypadek, że odpowiedź kapo pokrywała się z tym co powiedziałem wcześniej.  Zwalniając chwyt mego ramienia, Leo poklepał mnie  i powiedział:

- no dobrze, pokaż tym muzułmanom jak się szybko pracuje!

Z tymi słowami odwrócił sie i wyszedł nie sprawdzając pozostałych w grupie.

Przykład ten doskonale ilustruje system wzajemnych usług, który panował w obozie.  Ponieważ Leo potrzebował od czasu do czasu dodatkowej żywności, musiał mieć dobre układy w kuchni  Mój kapo natomiast, potrzebujący lekarstw ze szpitala, wiedząc, że ja będę w nim pracować, ochraniał mnie.  SS-mani także załatwiali sobie żywność z kuchni, więc byli nadzwyczajnie uprzejmi dla personelu kuchennego.  Każdy z nas był w tym układzie wzajemnej zależności.

SS-mani z grup mierniczych także potrzebowali naszej pomocy do otrzymywania żywności od ludności cywilnej; więc traktowali podległych im więźniów dobrze. "Zorganizować coś" było dewizą dnia:  im lepiej ktoś potrafił wykorzystać swoje kontakty, tym łatwiej było mu żyć .  Organizowanie było równoznaczne z okradaniem nie jednostek, lecz raczej dobra wspólnego.  Życie więźniów, kapo i SS-manów było ciągłym procesem organizowania.  Tłumaczyło to również, dlaczego ci którzy umieli organizować żyli, a ci którzy nie, umierali.  Żeby przeżyć Auschwitz, trzeba było dostosować się do praw życia obozowego.  Niektórzy oczywiście robili to nie tylko dlatego, żeby przeżyć, lecz żeby zaspokoić swoją chciwość.

Z obieraczami kartofli spędziłem trzy tygodnie czekając na otwarcie wolnego miejsca w szpitalu.  Można było tutaj całkiem nieźle egzystować..  Kucharze od czasu do czasu dawali obieraczom trochę żywności; mieliśmy też schronienie od deszczu i śniegu, niestety nie od zimna.  Szopa, w której pracowaliśmy była nie ogrzewana, ale ponieważ pracowaliśmy pod dachem, musieliśmy oddać nasze płaszcze.  Obieranie kartofli w temperaturze bliskiej zera nie należało do przyjemności, nie przedstawiało jednak bezpośredniego zagrożenia naszemu przeżyciu.

            W końcu otrzymałem pracę, na którą tak niecierpliwie czekałem.  Wziąłem prysznic, dostałem czystą  odzież i bieliznę, oraz zostałem przydzielony do przychodni chirurgicznej dr. Deringa.

Dering zaczął swoje instrukcje mówiąc:

- O ile sobie przypominam, od oficerów kawalerii nie wymaga się myślenia - od tego mają konie.  No, zobaczymy czego mogę nauczyć ciebie w zakresie opatrywania ran.

Arogancja tego człowieka była nie do opisania.  Było jasne, że nie robił sobie najmniejszego wysiłku, żeby mnie jakoś zjednać.

Poradziłem mu:

- Proszę nie zakładać, że wszyscy poza panem są głupcami.

- Pan mnie źle zrozumiał - rzekł - ja także byłem w kawalerii i powierzyłem koniowi myślenie za mnie, no ale potem zostałem doktorem medycyny.

W takim razie to wyjaśnia wszystko - odpowiedziałem - Lekarze, których widziałem w kawalerii nie potrafili jeździć konno.  Koń wtedy nie miał wyboru jak tylko przejąć odpowiedzialność za  lekarza.

            Było widocznym, że moja odpowiedź nie spodobała mu się, więc bez dalszych docinków pod adresem kawalerii kontynuował swoje instrukcje.  Ponieważ szpital dysponował bardzo ograniczoną ilością lekarstw, mój trening na pielęgniarza trwał około pięciu minut.

- Jest jodyna i antyseptyczny proszek do ran niezakażonych, krem do ran wolno gojących się, i nadmanganian potasu do ran septycznych.  Nauczysz się jak się je stosuje dzisiaj po apelu.

Tymi słowami dr Dering zakończył swoje uwagi i oddalił się.

Bezpośrednio po apelu byłem już w drzwiach szpitala.  Dering zaprowadził nowy system dla przyspieszenia załatwiania pacjentów.  W pierwszym rzędzie wyznaczył dwóch ludzi do przygotowania pacjentów na zewnątrz w szeregu i oddzielenia wypadków "doraźnych".  Wewnątrz dwoje ludzi sortowało pacjentów potrzebujących dorażnych zabiegów chirurgicznych, zmian opatrunków itp..  Przed doktorem mogli się stawić dopiero po zmierzeniu temperatury i pulsu.

Pracował w piorunującym pośpiechu przepisując aspirynę na przeziębienia, destylowany węgiel na rozwolnienie lub biegunkę, dopuszczając do szpitala w skrajnych wypadkach. Poświęcał pacjentowi nie więcej niż minutę lub dwie, dzięki czemu był w stanie załatwić w przęciągu godziny wszystkich czekających przed szpitalem.  Dzięki temu systemowi robił sobie jednak wielu wrogów, bo może z 80 procent tych których odsyłał z kwitkiem było na tyle chorych, żeby być ulokowanymi w szpitalu.  Szpital jednak miał miejsce tylko dla kilku dziennie, więc Dering dopuszczał tylko tylu na ilu miał miejsce.  Nie ulega wątpliwości, że jego decyzje były okrutne; ci niezdolni przeżyć jeszcze jeden dzień bywali dopuszczeni, a tych, którzy mogli przetrwać dwa lub trzy dni, odsyłał z powrotem do pracy.

Dering został w końcu mianowany naczelnym chirurgiem szpitala a dr Diem zastąpił go przy przyjmowaniu pacjentow.  Małego wzrostu, dobrotliwy człowiek około czterdziestki, był mile widzianą zmianą; w ciągu dwóch godzin przyjął najwyżej 20 pacjentów, badając ich gruntownie i dopuszczał do szpitala prawie wszystkich.  Będąc bardziej czułym i współczującym od Deringa, w krótkim czasie zjednał sobie podziw i szacunek swoich pacjentów.  Jego jedyną wadą była jego dokładność, w wyniku czego, często kilkaset rannych i umierających ludzi pozostawało na zewnątrz, z których wielu nie dotarło nawet do drzwi wejściowych.  Aczkolwiek metody Deringa wydawały się brutalne i okrutne, w tych konkretnych warunkach były bardziej racjonalne.  Oczywiście postawa dr. Deringa w normalnych warunkach byłaby nie do przyjęcia ale Auschwitz nie był normalnym miejscem.

W czasach gdy zacząłem moją pracę, nagminną dolegliwością  było zakażenie.  Bardzo często wchodziło głęboko w ciało i później pojawiało się na skórze w innym miejscu.  Dering pokazał mi co robić w takich wypadkach.  Szybkim ruchem wbijał długie kleszcze w ranę na wylot aż do punktu wyjścia z drugiej strony.  Potem brał kawałek gazy umoczonej w nadmaganianie potasu i przeciągał z powrotem przez ranę aż do uwolnienia kleszczy.  Gaza pozostawała w ranie aż do następnej wizyty.

Otrzymałem wiele nagan za swój sposób stosowania tej metody.  Zamiast wbijania kleszczy w ranę, usiłowałem znaleźć źródło  zakażenia.  Ta metoda była dla Deringa za wolna, ale woleli ją pacjenci i wkrótce wszyscy potrzebujący tego zabiegu ustawiali się w kolejkę przede mną jako  przed "specjalistą."  Dr Dering był wściekły.

- Jeśli będziesz cackał się z pacjentami w ten sposób.- ostrzegł mnie - pójdziesz z powrotem do  Siegruda.

Potem, może żeby się usprawiedliwić, dodał:

- to jest bolesny zabieg, ale jak ja to robię, pacjent nie ma nawet czasu krzyknąć.

Myślę, że on wierzył w to co mówił, bo później miałem sposobność obserwowania go na sali operacyjnej.  Był naprawdę wyjątkowo sprawnym i kompetentnym chirurgiem.  Negatywna strona jego osobowości przejawiała się w jego metodzie przetrwania opartej prawie wyłącznie na hołubieniu osobom wpływowym.  Dering nigdy nie był tak zajętym, żeby nie przyjąć jakiegoś kapo czy starszego blokowego nawet z powodu błahego zadraśnięcia.  Wykorzystywał również każdą sposobność, by zaimponować lekarzom SS swoimi umiejętnościami i ekspertyzą oraz gotowością służenia pomocą.  Podejrzewałem, że lekarze niemieccy bardzo dużo korzystali asystując jemu podczas operacji;  spędzał z nimi wiele godzin na sali operacyjnej analizując różne techniki i strategie danego zabiegu.  Pewnego razu, w czasie operacji przepukliny , usunął dużą porcję skóry z moszny pacjenta.  Zeby sprawić przyjemność jednemu z niemieckich lekarzy, dał ją do wyprawienia i potem znalazł kogoś, kto zrobił z niej woreczek na tytoń.

Jego uległość w stosunku do władz obozowych była posunięta do skrajności.  Jego najmniej chlubną decyzją była zgoda na współudział z niemieckimi lekarzami w eksperymentach sterylizacyjnych.  Po wystawieniu męskich jąder i żeńskich jajników różnym dozom promieni Roentgena – używając żydowskich więźniów jako królików doświadczalnych - Dering usuwał chirurgicznie naświetlone organy aby ocenić rezultaty.

Gdy się go pytałem po wojnie, dlaczego to robił, jego odpowiedź  brzmiała: "Ich przeznaczenie było takie same jak los około 3,000 Żydów dziennie zabijanych w komorach gazowych.  Niemcy mogli ich najpierw zabić i potem usuwać te organy.  Tak właściwie to ja im ocalałem życie."

Ironia losu zrządziła, że po wojnie niektórzy Żydzi, których w ten sposób "ocalił" byli głównymi świadkami przeciwko niemu na procesie gdzie oskarżony był o zbrodnie wojenne.

W zimie 1940-41 dopuszczono Żydów na leczenie do szpitala - podobno w rezultacie rozkazu otrzymanego z Berlina, w myśl którego wszyscy więźniowie mieli prawo do opieki lekarskiej.  Nie odgrywało najmniejszej roli, że ludzie przysłani nam mieli zostać zgładzeni tego samego dnia; wszystko musiało być zgodne z regulaminem.

Jednego dnia zjawiło się, pod strażą starszego blokowego, 12 ludzi z bloku karnego cierpiących na odmrożenia.  Właśnie miałem dyżur w tym czasie.  Ludzi tych zagnano w jeden kąt izby przyjęć.  Rozmawianie z nimi było całkowicie zabronione.  Traktowano ich tak jak wszystkich innych więźniów z bloku karnego, aczkolwiek ich jedynym przestępstwem było to, że byli Żydami.  Więźniowie Polacy z bloku karnego, będąc członkami polskiego podziemia albo złapani w walce zbrojnej, byli przynajmniej bezspornymi wrogami Trzeciej Rzeszy.  Niemcy trzymali ich chwilowo przy życiu licząc, że uda im sie później wydobyć od nich więcej informacji.  Zydów natomiast trzymano w tym bloku, bo byli przeznaczeni na śmierć.

Uzbrojony SS-man, który trzymał nad tymi 12-oma straż, usprawiedliwiał swoją obecność tłumacząc nam z pełnym przekonaniem jacy oni niebezpieczni i dlaczego trzeba trzymać ich w izolacji.  Później okazało się, że każdy z nich został złapany na ulicach Warszawy.

Zawezwano dr. Deringa do zbadania ich.  Po chwili przywołał mnie i jeszcze innego pielęgniarza do opatrunku.  Pracując w szpitalu byliśmy przyzwyczajeni do widoku różnych nieszczęść ludzkich, ale to co zobaczyliśmy wstrząsnęło nas do głębi.  Mój pomocnik zdjął drewniane buty, w których tkwiły dwie nogi szkielety na których nie było żadnego ciała.  Kości były brunatnego koloru, prawdopodobnie również zamarznięte.  Wielu z pozostałych pacjentów było w podobnym stanie.  Jak ci ludzie mogli chodzić, nie mówiąc już nic o wykonywaniu pracy wymaganej od nich, było nie do wyobrażenia.  Nie miałem pojęcia jak im pomóc; cokolwiek bym zrobił, byłoby bezużyteczne.

Dering, jak zawsze, miał gotowe rozwiązanie.

- Posyp te kości proszkiem dezynfekcyjnym i obandażuj je - rzekł i odszedł.

Nawet dla niego było to za dużo.

W trakcie aplikowania proszku, smród gnijącego ciała i kości był tak silny, że musiałem przerywać pracę dla opanowania mdłości.  Postanowiłem zakończyć zabieg owinięciem kości grubą warstwą bandaży, żeby ułatwić im chodzenie.  Ale ten pomysł został unicestwiony warknięciem dr. Deringa, który obserwował mnie na odległość:

- papierowe bandaże.

Przerwałem moją robotę, podszedłem do Deringa i powiedziałem spokojnie:

- jak oni wyjdą na śnieg, to z tych bandaży nic nie będzie w pięć minut.

- Tak - odpowiedział - a jak długo myślisz oni pożyją jak stąd wyjdą?  Może pięć minut, godzinę?  Może dwie?  Mamy tylko kilka bawełnianych bandaży i potrzebujemy ich tam, gdzie się one naprawdę przydadzą.

Patrząc obecnie, myślę jego logika była może i prawidłowa.  Ludzie ci z pewnością nie mieli wiele życia przed sobą i taka rzadkość jak bawełniany bandaż mógł nadawać się do lepszych celów, ale pamiętam, że moje oburzenie nie miało granic.  Poza tym wiedziałem, że nie wszystkie bandaże bawełniane trafiały do tych, którzy je naprawdę potrzebowali, bo Dering odkładał część z nich na stronę z przeznaczeniem dla kapo i innych wpływowych ludzi.

Z biegiem czasu Dering coraz mniej angażował się w podziemiu, obawiając się, że jego powiązanie z nim może zagrozić jemu osobiście i skompromitować jego pozycję w szpitalu.  W jednym wypadku jednak zgodził się na umieszczenie skradzionego radia pod zlewem w biurze niemieckiego lekarza; w tym czasie jak członkowie podziemia instalowali je, on dogodnie umiejscowił się na drugim końcu obozu, stwarzając dla siebie alibi.  Nie miał czasu dla Tomasza, i podejrzewałem, że zostanę usunięty ze szpitala przy pierwszej sposobności.

Śmiertelność w Auschwitz osiągneła swój szczyt w zimie 1940-41.  Zgony z przyczyn "naturalnych" obejmowały również zabójstwa popełniane przez kapo i starszych blokowych oraz przypadkowo zastrzelonych przez SS-manów.  W roku 1942 zaczęły się masowe mordowania Żydów i Żydówek w komorach gazowych, z których większość nawet nie przekroczyła progu obozu jako więźniowie.  Egzekucje na mniejszą skalę zaczęły się od początku 1941.  Więźniowie w karnym bloku, którzy za długo żyli lub byli już beużyteczni dla Gestapo  - tacy jak polscy oficerowie albo ci, których warszawskie Gestapo uznawało za członków podziemia - bywali wyprowadzani na żwirowisko za kuchnią.  Jeden po drugim byli ustawiani przed pluton egzekucyjny dowodzony przez oficera SS.  Po 1942 r. Niemcy zaniechali tej procedury.  Mniejsze grupy, włączając w to tych, których przywoziło do obozu miejscowe Gestapo w celach egzekucji, byli wydawani w ręce Palitscha, który na podwórzu Bloku 13 (póżniej przenumerowanego na Blok 11) wykańczał ich strzałem w tył głowy z pistoletu kalibru .22.  Większe grupy były odsyłane do komor gazowych.

Do zadań szpitala należało zbieranie trupów gdziekolwiek by się nie znajdowały, rozebranie ich, wypisywanie na ich piersiach numerów i odstawianie ich do krematorium.  Kostnica, która znajdowała się w suterenie szpitala, była pod nadzorem dwóch więźniów, Alberta i Alexa.  Oni musieli asystować przy wszystkich egzekucjach, zbierać jeszcze ciepłe i krwawiące ciała (czasami własnych dobrych przyjaciół) i dostarczać je do krematorium. Często liczba trupów znacznie przewyższała ich możliwości, wobec czego przywoływano dodatkowych pomocników z załogi szpitala.

Na szczęście zawsze udawało mi się uniknąć tej roboty, aczkolwiek według norm panujących w Auschwitz nie była to zła praca.  Albert i Alex nie omieszkali dostarczyć mi zawsze opisu z pierwszej ręki kto i jak został stracony.

 

Na Wigilię 1940 zostałem zaproszony do kostnicy na kolację.  Było to dziwne miejsce jak na taką uroczystość, ale zarazem najbezpieczniejsze w całym obozie.  SS-mani tam nigdy nie zachodzili; nawet kapo i starsi blokowi unikali go.  Wieczorem, jak już ostatni pacjenci poszli i z braku lepszego miejsca na spędzenie Wigilii, postanowiłem skorzystać z zaproszenia.

 


Władysław Siwek, Wigilia w 1940 roku

W suterenie było jedno duże pomieszczenie z cementową podłogą  ze ściekiem w środku.  W jednym końcu był wysoko ułożony stos trupów, żeby powiększyć metraż wolnej podłogi.  Rodzaj stołu, utworzony z trzech trumien jedna na drugiej, stał na środku pokoju.  Był pokryty białym prześcieradłem, a na środku stała choinka.  Dalsze trumny ustawione naokoło stołu służyły jako ławki.  W rogu naprzeciwko sterty trupów, Alex pochylony nad paleniskiem przygotowywał nasz posiłek.  Smażył placki kartoflane, nasze główne danie.

Do tego towarzystwa przyłączył się katolicki ksiądz, który, jak wszyscy zasiedli do stołu, odmówił krótki pacierz za zmarłych i żyjących, pobłogosławił jedzenie, poczym otworzył kopertę z której wyjął opłatek.  Połamawszy go na drobne kawałki i dawszy każdemu jeden, życzył każdemu z nas przetrwania i połączenia z naszymi rodzinami.  Potem zabraliśmy się do placków. Albert poczęstował nas nawet trunkiem, który zorganizował ze szpitalnego zapasu alkoholu.  Podejrzewam, że był to spirytus salicylowy do nacierania, bo był obficie zaprawiony obozową marmoladą żeby zabić gorzki smak.

Nie mieliśmy żadnych wiadomości ani o losach wojny ani o naszych rodzinach, a jednak udało nam się wykrzesać trochę nadziei, że Niemcy przegrają wojnę i że będziemy wypuszczeni  do domu.  Zaśpiewaliśmy nawet parę kolęd .  Ogólny nastrój, mimo makabrycznego otoczenia, był względnie przyjemny.  Nasza uczta była o niebo lepsza od tego co mieli inni więźniowie, którzy musieli się zadowolić spożyciem zwykłej porcji jedzenia, zabiciem paru wesz i pójściem do łóżka.

Gdy przyszła nasza kolej pójścia do łóżka, musieliśmy przejść koło jeszcze wiekszej uczty odbywającej się na górze w pokoju dr. Deringa.  Przechodząc na palcach obok drzwi, ujrzeliśmy nagle wychodzącego przez nie Leo.  Na szczęście był zalany na umór, jak również i Bock, który podążał za nim.  Zaraz za nimi wyszedł Fred Stoessel, który zaczął świętować z nami, a potem przyłączył się do "lepszego towarzystwa" na górze.

Aczkolwiek uważałem Freda za swojego przyjaciela, było dla mnie jasnym, że Fred był człowiekiem żądnym wpływów.  Z racji swego płynnego niemieckiego, był popularnym między kapo i starszymi blokowymi, którym wyświadczał małe przysługi.  W rzeczy samej, rok później sam został starszym blokowym w jednym z bloków szpitalnych.  Na razie był pomocnikiem Bock'a i Dering'a którzy chętnie posługiwali się nim do wykonywania drobnych poleceń.  Fred został wcześnie członkiem naszej organizacji i byłem przekonany, że nienawidził Niemców tak samo jak my, jednak nie mógł oprzeć się żądzy władzy.

Stała styczność z ludzkim cierpieniem i śmiercią w obozie nieuchronnie stępiła w nas wszystkich wrażliwość i współczucie, ale u niektórych była na granicy pozbawienia cech ludzkich.  Fred, Dering i inni ulegli tej transformacji, co rzecz jasna było celem władz SS.  W miarę jak okazywało się, że jest coraz więcej Zydów pomiędzy nowo-przybywającymi, Niemcy nie nadążali w likwidowaniu ich.  W końcu grupy ich były odsyłane do szpitala, gdzie doktor SS wstrzykiwał im fenol bezpośrednio w ich serca.  Fred Stoessel i Mietek Puszczak byli jego pomocnikami.  Później dowiedziałem się, że ci dwaj przejęli tą pracę i też zabili wielką liczbę Zydów z bloku karnego.

- Dlaczego robisz tą brudną robotę dla nich? - spytałem się Freda.

- Tylko zastanów się - powiedział mi - wolałbyś umrzeć natychmiast, czy raczej być okładany pałkami aż do śmierci przez kilka dni?

- Ty stawiasz niewłaściwe pytanie - odpowiedziałem - wygodnie zapominając, że Niemcy ustanowili te obozy dla wytępienia Polaków, Żydów i innych.  Dlaczego mielibyśmy, my Polacy, którzy walczymy z Niemcami nawet tutaj, w tym obozie, pomagać im w tym strasznym planie?

Ale on nie dał się przekonać. Był w obozie dłużej ode mnie i był przekonany, że my wszyscy i tak nie wyjdziemy z tego obozu żywi.  Jeśli chodziło o Żydów, argumentował, że "oni i tak nie pożyją dłużej niż jakieś dwa tygodnie, więc dlaczego nie ułatwić im śmierć?" przez co zdawał się być echem Deringa.

Usiłując wyobrazić sobie tą makabryczną procedurę z jego punktu widzenia, zapytałem się kiedyś:

- czy ci ludzie nie wpadają w panikę, jak cię widzą z twoją długą igłą?

- O, nie! - Odpowiedział z pełnym przekonaniem - Oni jej nawet nigdy nie widzą.  Mówię im po prostu, że przed dopuszczeniem do szpitala muszą być szczepieni.  Usadawiam ich plecami do siebie na dwóch krzesłach z założonymi ramionami, i mowię, że to na wypadek gdyby jeden z nich miał zemdleć.  Potem, zasłaniając igłę jedną ręką, załatwiam ich jednego po drugim.  Zastrzyk trwa tylko ułamek sekundy.  Nie ma żadnego dzwięku.  Drugi facet trzyma jeszcze swego już martwego kolegę, kiedy robię jemu ten sam zabieg.  Potem Albert i Alex  zabierają ich przez drzwi na dół do kostnicy, i druga para wchodzi.

Myślałem, że znałem tego człowieka całkiem dobrze, ale jednak nie byłem całkiem pewien czy on naprawde myślał, że to co on robił było w porządku.  Jestem jednak równie pewien, że Fred Stoessel wstrzykujący Żydom z bloku karnego fenol, i Palitsch  strzelający skazanym więźniom w potylicę doświadczali szczególną przyjemność z tego co robili.

Łatwość z jaką Fred uśmiercał ludzi była wykorzystywana przez podziemie do eliminowania szpiegów w obozie

Odział polityczny SS jak również straż obozowa była aktywnie zaangażowana w werbowaniu donosicieli w celu wykrywania nielegalnej działalności wśród więźniów.  Warunki panujące w obozie były tak okropne, że niestety wielu słabszych charakterem zgadzało się dostarczać Gestapo wiadomości o podejrzanej działalności w zamian za dodatkowe jedzenie lub ochronę przed biciem.  Organizacja podziemna musiała się zająć takimi ludźmi.  Metodą zwykle stosowaną w takich wypadkach było upozorowanie kradzieży jedzenia od kapo lub starszego blokowego i pozostawienie ofiary w rękach niemieckich kryminalistów.  Jednakże Gestapo wkładało specjalne wtyczki do obozu w postaci niemieckich szpiegów, którzy mówili po polsku i udawali, że zostali aresztowani za działalność w polskim podziemiu.  Ci byli najniebezpieczni i najbardziej trudni do zdemaskowania.

Od roku 1941 więźniowie byli zatrudniani w administracji SS jako pomocnicy w skomplikowanej administracji obozu.   Po prostu nie wystarczało Niemców na obsadzenie wszystkich pozycji w ich biurokratycznej maszynie.  Niektórzy z tych więźniów bywali zwerbowani przez naszą organizację i często dostarczali ważnych wiadomości na temat tych wtyczek Gestapo.

System stosowany przez Gestapo był dość prymitywny, tak że nie mieliśmy specjalnych trudności w natychmiastowym rozpoznaniu takich szpiegów.  Pewnego razu SS-man przyprowadził na blok nowego więźnia do pracy jako pielęgniarza.  Taka rzecz normalnie nie zdarzała się i oczywiście od razu wzbudziła podejrzenia.  Na szczęście istniała wrogość między  lekarzami SS i Gestapo.  Dering szybko zameldował jednemu z nich, że Gestapo wsadziło wtyczkę dla szpiegowania albo więźniów albo lekarzy SS.  Ten był wściekły, ale ponieważ sam bał się Gestapo, dał do zrozumienia swoim przełożonym, że było wszystkim wiadomym kim jest ta osoba i trzymanie tej osoby w szpitalu jest bezcelowe.  Krótko potem numer tego więźnia został wywołany do raportu przy bramie wejściowej i wiecej go już nie widzieliśmy.

Drugi przypadek był o wiele poważniejszy.  Nowy więzień przyjechał w transporcie z Krakowa.  Z zawodu miał być stolarzem, więc został przydzielony do grupy stolarzy, w której pracował Tomasz.  Twierdził, że Gestapo aresztowało go za przynależność do armii podziemnej, że był kilkakrotnie przesłuchiwany, i że po dziesięciodniowym pobycie w więzieniu został wysłany z innymi do Auschwitz.

Bardzo prawdopodobna sytuacja.  Były setki ludzi w podobnych sytuacjach i jego historia wyglądała na wiarygodną.  Parę dni potem Tomasz  powiedział mi, że jakiś nowy człowiek w jego grupie usiłuje zorganizować ruch oporu w obozie.  Tomasz, po bardzo szczegółowym wywiadzie,  zdecydował się zwerbować go do naszej organizacji i zaznajomił go ze swoimi czterema bezpośrednimi kontaktami.  Dwa dni później członkowie grupy, która przyjechała pociągiem z Krakowa, donieśli nam, że podejrzewają jednego z nich, że jest agentem Gestapo.  Podejrzenia szybko zostały zwrócone na naszego stolarza.

Ludzie, którzy byli z nim w więzieniu poinformowali nas, ża za każdym razem jak był brany na przesłuchania, Gestapo wiedziało dokładnie o czym się mówiło w celi.  Co więcej, dwaj ich koledzy zostali straceni w konsekwencji przecieku z więzienia.  Zaczęliśmy obserwować go dokładniej.  Rzeczywiście wyciągał wiadomości z każdego na ile się dało.  Poprosiliśmy jednego z naszych szpiegów o sprawdzenie jego akt w dziale politycznym obozu.  Akta były normalne z wyjątkiem tego, że były w nich pominięte takie szczegóły jak adres i sprawozdania z przesłuchań w Gestapo. W ich miejsce była notatka: "Do zadań specjalnych".

Teraz jak już wiedzieliśmy, że on był nie tylko szpiegiem, ale SS-manem, stanęliśmy przed problemem, jak się jego pozbyć bez spowodowania represji ze strony Gestapo.  On już i tak wiedział za dużo i naszym zadaniem było powstrzymać go za wszelką cenę by nie przekazał tego swoim zwierzchnikom.  Bez wątpienia musiały już być zaaranżowane spotkania z wysokiej rangi oficerami oraz wzięcie udziału w ważnych naradach.  Nasz plan polegał na umieszczeniu go w jakiś sposób w szpitalu, gdzie Fred by się już nim zajął.  Niestety uparł się, że jest całkowicie zdrów, nic mu nie dolega - nie chciał nawet tam iść na przebadanie.  Wtedy jeden z naszych, który pracował w stajniach, przyniósł środek przeczyszczający dla koni. Pewnego wieczoru, jak stolarze gotowali dla siebie specjalne jedzenie z prowiantów skradzionych ze magazynów SS, dodaliśmy tego do jego porcji.  Naszemu szpiegowi jedzenie smakowało, ale ciekaw był bardzo w jaki sposób zdołano je wykraść z magazynów, które rzekomo były tak dobrze strzeżone.

Po apelu wieczornym zaczął biegać do latryny.  Myślę, że przez pośpiech pobiegł w stronę głównej bramy.  Dwóch z naszych ludzi wzięło go pod ramiona perswadując mu, że jest niebezpiecznie tam podchodzić o tym czasie, bo strażnicy SS mieli rozkaz strzelania.  Było to prawdą i on o tym bardzo dobrze wiedział.

Jedynym miejscem gdzie mógłby otrzymać pomoc był szpital.  Fred postarał się o przyjęcie go i wykonał parę testów mających na celu przekonanie lekarza SS, że pacjent cierpi na zapalenie opon mózgowych.  Następnego ranka Fred opisał symptomy lekarzowi .  Okazało się jednak, że lekarz rozpoznał w szpiegu jednego ze swoich ludzi i zażądał dokładniejszego badania.  Spodziewając się tego, Fred przystąpił do wykonania zadania chcąc to oczywiście właściwie wykorzystać .

Jeden z testów wymagał pobrania  płynu rdzeniowego.  Pod czujnym okiem lekarza SS Fred wyjął czystą  strzykawkę z autoklawu i zaczął pozorować przygotowania do wyciągniecia próbki płynu z rdzenia kręgowego.  W pewnym momencie zamienił tą czystą strzykawkę na strzykawkę wypełnioną ropą wyciągniętą z zakażonej rany innego więźnia.  Wstrzyknął to wszystko w kręgosłup i poprosił lekarza SS do pobrania właściwej próbki.  Lekarz ten nigdy przedtem nie wykonywał takiego testu, był więc zadowolony z tego, że igła była już umiejscowiona, chętnie skorzystał z zaproszenia i wyciągnął zakażoną ciecz.  Po zbadaniu próbki pod mikroskopem, lekarz był tak zaalarmowany stanem swego specjalnego pacjenta, że zarządził natychmiastowe przeniesienie go do szpitala SS poza obrębem obozu.  Po godzinie przyjechał ambulans.  Zanim zajechał, pancjent był już w stanie delirium.  Zmarł dwa dni później

W kilka dni po tym wypadku lekarz przyznał się Fredowi, że ten człowiek był członkiem krakowskiego Gestapo.

- Gdybym sam nie pobrał płynu rdzeniowego temu człowieka- powiedział mu - nie miałbym żadnych wątpliwości, że to wy Polacy zabiliście go.

Pewnego dnia w marcu 1941 Fred przyszedł do mnie i oznajmił:

- wydaje mi się, że od jutra będziesz musiał szukać innej pracy.  Dr Dering postanowił wyrzucić ciebie i zatrudnić jednego z ważnych prawników, których niedawno przywieźli z Warszawy.

To była straszna wiadomość, bo oznaczała powrót do prac ogólnych w terenie, tzn na zimno, ciężką pracę i stałe zagrożenie życia.

- Czy nie mogłby mi dać przynajmniej tydzień na znalezienie innej pracy?

- Nie zdradź się z tym, że ja ci to powiedziałem, spróbuj się zapytać, czy nie zechciałby polecić ciebie innemu kapo.  On zna ich wszyskich i jestem pewien, że za jego poleceniem znajdziesz jakieś bezpieczne miejsce pracy.

Nie tracąc czasu odszukałem Deringa, który był zajęty manikiurowaniem paznokci w swoim pokoju.

Spokojnie jak tylko mogłem, zapytałem się:

- czy mogłbym z toba chwilę porozmawiać?

Zdawałem sobie doskonale sprawę, że w tym momencie może on powziąć decyzję, która może zaważyć na moim życiu.

Był nie zadowolony widząc mnie i spytał mnie szorstko:

- O czym? Mam dużo spraw na głowie i nie mam czasu na pogaduszki.

Był to nienajlepszy początek, ale musiałem wydobyć z niego potwierdzenia wiadomości od Freda.  Nie zdradzając nazwisk spytałem się go czy ma zamiar mnie zwolnić.

Dering omal co nie krzyknął na mnie, tak jakbym zrobił coś strasznie niewłaściwego.

- Ja potrzebuję ludzi, którzy potrafią prędko pracować a nie takich co się cackają z pacjentami!  Tu nie jest sanatorium - trzeba ciężko pracować, a jak nie, to jazda stąd.

Rozumiałem, że ta ucieczka do surowości miała tylko na celu utwierdzenie jego decyzji.  Niedawno pochwalił mnie nawet kilkakrotnie za moją zdolność do chwytania w mig potrzebnej wiedzy medycznej i był zaskoczony moja szybkością zaszywania ran po operacjach, która niewiele ustępowała jego sprawności.  Wiedząc, że będzie unikał podania właściwej przyczyny zwolnienia mnie, chciałem przynajmniej uzyskać trochę czasu na znalezienie czegoś innego.

- Czy mogę chociaż pozostać parę dni dłużej, tak że bym mogł załatwić sobie jakąś inną możliwą pracę?

- Decyzja została już podjęta przez Bocka, i jak wiesz on jest tutaj najwyższą władzą.  Poza tym ja już znalazłem kogoś na twoje miejsce.

Nie miało sensu przedłużać tej rozmowy.  Postanowiłem nie tracić więcej czasu i zacząć rozglądać się za czymś innym.

 

                                                              * * * * *

 

Wpierw poszedłem do Stanisława Kazuba i Tomasza.  Oni byli nie tylko dobrymi przyjaciółmi, ale mieli pewne zobowiązania w stosunku do mnie za dodatkowe jedzenie, które organizowałem im ze szpitala, jak również za opiekę lekarską kiedy jej potrzebowali.  Stanisław próbował u kapo stolarzy, ale nic nie wskórał.  Próbowaliśmy również u starszego blokowego, ale on pozbył sie nas, mówiąc, że nie ma takich potrzeb .  Jedyna pociecha było to, że pracowałem jeszcze w szpitalu i przynajmniej kapo i blokowi rozmawiali ze mną zamiast uciekania się do pałek dla szybszego porozumienia.

Jeden z moich byłych pacjentów był brygadzistą elektryków.  Znalazłem go w jego bloku i spytałem, czy jest jakieś wolne miejsce w jego grupie.

Spojrzał na mnie podejrzliwie, poczym rzekł:

- kapo egzaminuje każdego zanim go przyjmie, a ty jako pielęgniarz nie masz najmniejszej szansy.  Poza tym ty masz opinię najlepszego pielęgniarza w szpitalu, więc dlaczego ciebie zwalniają?

- Muszę ci zdradzić tajemnicę. - Powiedziałem mu przyciągając go do siebie poufnie.  Ja nie jestem wcale pielęgniarzem.  To co wiem z pielęgniarstwa nauczyłem się w szpitalu.  Faktycznie zaś jestem elektrykiem.

Twarz jego wyrażała niedowierzanie, potem uśmiechnął się mile.

- Słuchaj, nie chciałbym żeby tobie miało się przytrafić coś złego, ale jeśli kapo wyniucha, że nie jesteś elektrykiem, to będzie to twój koniec.

Zgodziłem się z tym, ale nadal utrzymywałem, że z zawodu jestem elektrykiem.  W końcu moje nalegania przekonały go.

- Jeśli jesteś tak pewny siebie, chodźmy teraz do kapo na egzamin. Jedyne ryzyko to to, że nie dostaniesz tej pracy.

Kapo Hans miał zielony trójkąt i z zawodu był kasiarzem.  Był zadowolony z mojej prośby bo dawała mu możliwość zabłyśniecia swoimi umiejętnościami.  Z dumą oświadczył, że studiował wydział elektryczny na uniwersytecie i że prędko zorientuje się czy mówię prawdę.

Zaczął egzamin od pytania.

- Jeśli chcesz wywiercić dziurę w kasie pancernej, czy można włączyć wiertarkę do zwykłego kontaktu?

- Tak. - Odpowiedziałem z przekonaniem. - Wiertło nie zużyje więcej jak 15 amperów. i nie powinno być żadnego problemu.

- O, bardzo dobrze. - Powiedział. - Ale powiedz mi, jeśli chcesz wywiercić dużą dziurę w betonowej ścianie naokoło kasy, to czy możesz użyć tego samego kontaktu?

- To zależy od mocy silnika w wiertarce. - Odpowiedziałem. - Zazwyczaj na silniku jest mała tabliczka, która podaje moc i z tego można wywnioskować czy kontakt jest dobry.

Nie spodziewając się takiej odpowiedzi, zatrzymał się na chwilę, żeby trochę ochłonąć, a potem wykrzyknął z uśmiechem zadowolenia:

- Tu jednak się mylisz!  Rodzaj wiertarek używanych do wiercenia w betonie spaliłby bezpiecznik gdybyś użył takiego kontaktu.

Nasza konwersacja trwała z godzinę, w czasie której Hans popisywał się swoją rozległą wiedzą o różnych rodzajach drutów, silnikach elektrycznych i nawet izolatorów wymaganych na słupach przewodów elektrycznych.  Nie wypadało mnie nic innego zrobić jak tylko zgadzać się z nim, żeby go podtrzymać w dobrym humorze.  Po skończonym egzamine oświadczył, że jestem zawodowym elektrykiem i orzekł, że przyjmnie mnie do swojej grupy skoro tylko będzie kogoś potrzebował.  Gdy się z nim żegnałem zauważyłem, że brygadzista patrzał się na mnie z dużym podziwem.

- Ty musisz być bardzo mądrym człowiekiem. - Powiedział mi. - Chwilami ja sam nie wiedziałem o czym kapo mówił.

Wstrzymałem się od zrobienia uwagi, myśląc, że Hans sam nie wiedział o czym on mówił.  Moje zadowolenie było jednak krótkotrwałe gdy wróciła myśl, że nadal nie miałem pracy.

Stanisław otworzył nową perspektywę przede mną.  Następnego dnia miał zacząć nową pracę w garbarni pod kapo z dużym doświadczeniem w garbarstwie; to był Polak ze Sląska mówiący lepiej po niemiecku niż po polsku.  Stanisław powiedział, że porozmawia z nim za parę dni o przyjęciu mnie do pracy.

Mogłem zawsze jeszcze wrócić do obieraczy kartofli, ale Leo, który znał mnie jako pielęgniarza, którego teraz wyrzucono ze szpitala, bardzo chętnie poddałby mnie jakiemuś wyszukanemu "sportowi."  Moje możliwości wyczerpały się całkowicie gdy nagle zobaczyłem Lui, kapo rollwagonów, jak zmierzał do Bloku 16-ego.  Ponieważ byłem tam jeszcze zatrudniony, zaofiarowałem mu pomoc, którą on chętnie przyjął.  Lui zranił się na zardzewiałym gwoździu i rana zaczęła mu się jątrzyć.  W szpitalu wyczyściłem i zdezyfekowałem zranienie i obandażowałem.  Dałem mu także kawałek gazy i bandaż na zmianę opatrunku.  Gdy się dowiedział, że mam być zwolniony i że gorączkowo szukam pracy, zmartwił się tym bardzo i zaproponawał żebym się przyłączył do jego grupy rollwagonowców i zastąpił jednego z nich, którego właśnie stracił.  Spytałem się go w jaki sposób go stracił.

- No wiesz - rzekł - smutne to było.  Człowiek został przyłapany na kradzieży żywności z kuchni SS i Mateczka go zabiła.

- Kto to jest  "Mateczka?" - spytałem.

- Kapo w kuchni SS.  Mateczka jest tylko jego przydomkiem nadanym mu przez ludzi tam pracujących.  Jego prawdziwe nazwisko jest Fritz Biesgen.  Nosi zielony trójkąt i może być naprawdę niebezpieczny, ale ponieważ jest zazwyczaj dobrym dla swoich ludzi, ci z wdzięczności nazywają go Mateczką.

- W takim razie on jest typem, którego należałoby unikać - zauważyłem.

- Wręcz przeciwnie. - Odpowiedział Lui. - Mój rollwagon kręci się koło kuchni SS cały czas.  Wywozimy kapustę, przywozimy ziemniaki i inną jarzynę, a czasem dowozimy nawet chleb, kiełbasy, szynki, tego rodzaju rzeczy.  Mateczka zawsze daje nam dodatkowe jedzenie, ale nie lubi gdy ktoś usiłuje jemu ukraść.

Słysząc to, moje zainteresowanie wkręceniem się w tą pracę wzrosło.  Wyglądało na to, że tam człowiek mógłby przeżyć pomimo ciężkiej pracy i niesprzyjających warunków atmosferycznych.  W każdym razie nie miałem w tym czasie innej alternatywy, więc przyjąłem tą propozycję.  

 


Rollwagon driven by human horsepower
(courtesy of Auschwitz-Birkenau Museum) 

 

Następnego rana po apelu zgłosiłem się do mojej nowej pracy w charakterze konia pociągowego.

Grupa składała się z ośmiu ludzi plus Lui'ego.  Była ona odpowiedzialna za przewóz prowiantów do i z terenu poza głównym obozem obejmującym kwatery SS, magazyny, składy, urzędy oraz kuchnię SS.  Naszym głównym zadaniem było zbieranie śmieci i odwożenie ich na śmietnisko.  Na żądanie SS musieliśmy wozić cokolwiek rozkazali.

Moich siedmioro towarzyszy nie odznaczało się zbytnią siłą z racji nienajlepszej kondycji fizycznej.  Także obietnice Lui'ego dodatkowego jedzenia okazały się troche przesadzone.  W ciągu pierwszych dwóch tygodni otrzymałem tylko jedną małą porcję surowej rzepy, którą dostarczaliśmy do kuchni SS.  Jedzenie dostarczane strażnikom SS było zawsze dokładnie liczone, a zupa była zamknięta w 50-litrowych kotłach, co uniemożliwiało zorganizowanie czegokolwiek.

Najgorszym była zimna i wilgotna, marcowa pogoda.  Drogi, po których musieliśmy ciągnąć nasze rollwagon, nie były brukowane i często wpadaliśmy do kostek w błoto i muł.  Pełen ładunek był szczególnie ciężki.  Załoga była zawsze głodna i po paru tygodniach byłem tak samo głodny jak wszyscy inni.

Wiedziałem, że dodatkowa porcja zupy czekała na mnie zazwyczaj w szpitalu, dar Freda i pozostałych, z którymi tam pracowałem, ale fakt, że zostałem  stamtąd wywalony zniechęcał mnie do przyjmowania ich ofert.  Silny głód jednak w końcu okazał się silniejszy od woli, tak że niebawem moi współtowarzysze i ja zaczęliśmy planować jakby tu ukraść dodatkowe jedzenie.

Przed wojną jednym z moich hobby było wykonywanie sztuczek magicznych dla przyjaciół.  Przyszło mi na myśl, ze ten skromny talent mogłby być znowu wykorzystany.

Normalnie jedzenie dla wartowników było transportowane z kuchni pod nadzorem Mateczki.  Okradzenie Mateczki było bardzo ryzykowne i fakt, że byłem w zastępstwie człowieka, który stracił życie za kradzież żywności, stał mi żywo w pamięci.  Jednak stały głód podsuwał mi pokusę rozważania różnych sposobów a nuż mi się uda bezkarnie wykiwać Fritza.

Pewnego dnia kuchnia SS nie otrzymała regularnej dostawy chleba, więc wysłano nasz rollwagon do piekarni po jego odbiór.  W naszej grupie był fachowy piekarz.  Poprosiłem kapo o wyznaczenie jego i mnie na oficjalnych odbiorców.  Lui wiedział doskonale co miałem na myśli i ostrzegł mnie, że liczenie bochenków było robione przez niemieckiego piekarza, który był również SS-manem.  Potrzebowałem tylko moment i chciałem żeby jakoś odwrócić na chwilę jego uwagę.  Poprosiłem naszego piekarza by zagadał Niemca, jak fachowiec do kolegi po fachu, o pieczeniu, lub zajął go w jakiś inny sposób.

Przyjechawszy do piekarni, chleb leżał już na stole przy drzwiach gotowy do liczenia.  Zacząłem go przenosić, dwa po dwa, do naszych koszów.  Za każdym razem jak brałem dwa bochenki, SS-man liczył je na głos.  Nasz piekarz, Fred, próbował bezskutecznie zagaić z nim jakąś rozmowę - bezskutecznie.  SS-man piekarz liczył zawzięcie.  Fred był zdesperowany i zaczął szerokimi gestami demonstrować jak chleb powinien być ugniatany.  W swoim zapale strącił pusty kosz na ziemię.  To była moment, na który czekałem.  Bochenki liczyłem głośno razem z SS-manem.  W chwili kiedy spadł kosz, wziąłem trzy bochenki, licząc ciągle oczywiście po dwa.  SS-man nadal liczył ze mną.  Fred, zauważywszy mój manewr, strącił metalowe formy z półki i mieliśmy w ten sposób jeszcze jeden dodatkowy chleb.  Przy końcu liczenia okazało się, że brakuje dwóch bochenków.  Lui domagał się ponownego przeliczenia, ale piekarz SS obstawał przy swojej kalkulacji.

- Nie wygłupiaj się! - Rzekł do naszego kapo. - Lepiej weź dwa bochenki więcej, bo inaczej wasze głowy się potoczą.

Pokornie przyjęliśmy dwa dalsze bochenki i wyruszyliśmy z powrotem do kuchni SS.  Obecność nadliczbowych bochenków w rollwagonie byłoby namacalnym dowodem kradzieży od SS, więc musiały być zjedzone natychmiast.  Pierwszy bochenek został pokrajany na dziewięć części, przy czym największa dla Lui; zniknął on w oka mgnieniu.  Kiedy zabieraliśmy się do pokrajania drugiego bochenka, jeden z kucharzy SS wyszedł z baraku i przyłączył się do nas.

Zajechawszy do kuchni, Mateczka rozkazał rozładować rollwagon i ponownie liczyć bochenki..  Zgłosiłem się szybko do rozładowania na ochotnika. Udając że mi jest gorąco, zdjąłem płaszcz i rzuciłem go na podłogę rollwagonu.  Zdejmowaliśmy kosz po koszu pod pilnym okiem Mateczki, który weryfikował nasz rachunek.  Jeden kosz oczywiście zawierał dodatkowy bochenek.  Ten wywróciłem dnem do góry, żeby pokazać, że jest pusty, ale bochenek potoczył się pod mój płaszcz.  Mateczka nie mógł tego widzieć, bo jego pole widzenia było zasłonięte boczną ścianą rollwagonu.  Po zakończeniu zładowywania liczba bochenków zgadzała się.  Mateczka usmiechnął się do mnie z zadowoleniem, a ja odetchnąłem z ulgą.  Spodziewałem się, że wróci do kuchni, ale on zamiast tego wskoczył na furę.  Jego twarz przybrała znowu poważną minę, spojrzał na mój płaszcz i czubem buta uchylił jego krawędź.  Spojrzałem mu prosto w oczy, zastanawiając się równocześnie jak uniknąć zostania zabitym na miejscu.  Wtem Mamusia wybuchnął śmiechem walnął mnie dłonią po ramieniu i rzekł:

- ty stary draniu.  Jak ty to zrobiłeś?  O mało co udało ci się mnie wykiwać.  Ale nikomu nie udaje się wykiwać takiego super-kucharza jak ja.  No i co teraz ?

Nie wiele myśląc, rzekłem:

- Chyba go zjemy.

Mateczka o mało co nie zakrztusił sie ze śmiechu.

- Lubię spryciarzy.  Udało ci się.  Jeśli chodzi o okradanie SS, ja też to robię.  Ale nie daj się znowu złapać, bo będę musiał cię zabić jak twego poprzednika.

Potem zeskoczył z fury i znikł w kuchni.  Za kilka minut powrócił  z pół kilogramem masła pod fartuchem.

- Zjedz szybko, i pamiętaj że nie ode mnie dostałeś to masło.

Tego dnia mieliśmy wspaniałą ucztę.

Niestety nie byliśmy ponownie wzywani do transportu chleba i nasz głód powrócił.  Więźniowie uciekali się do różnych sposobów zaspakajania go.  Niektórzy żuli drewno na papkę i połykali ją, co dawało im złudzenie, że żołądek jest pełny.  Najgorsze były chyba jednak  rozmowy na temat jedzenia.  W czasie jak ciągnęliśmy naszą furę, nasz piekarz zwykł rozwodzić się na temat sporządzania placków, tortów i kruchych ciasteczek.  Wszyscy słuchali go z wielką uwagą.  Myślę, że nawet dzisiaj byłbym w stanie wyprodukować kruche ciasteczka, co świadczyło nie tylko o dokładności jego opisów, ale również o zainteresowaniu jakie one w nas wzbudzały.

Moje wysiłki znalezienia lepszej pracy przez wypytywanie znajomych były bezowocne.  Wyglądało na to, że wsiąkłem w załogę Lui'ego, chociaż nie poniechałem nadziei, że Staszek Kazuba będzie mógł zorganizować dla mnie przeniesienie.  Na razie nie było możliwości pracy w garbiarni, ale pewnego dnia Stan przyniósł mi prezent, który wyglądał na gotowane mięso.

Widząc moją niepewność co zrobić z tym fantem, uśmiechnął się i powiedział:

- zjedz to i powiedz mi jak ci to smakowało.  Wtedy powiem ci co to jest.

Mój wygłodniały żołądek podyktował mi, że cokolwiek to było, smakowało znakomicie, więc podziękowałem Staszkowi serdecznie.  Wiedziałem, że przenoszenie jedzenia przez bramę było zakazane i że Staszek łamiąc ten zakaz ryzykował swe życie.  Byłem tak uszczęśliwiony chwilowym zaspokojeniem głodu, że o mało zapomniałem spytać się Staszka co to takiego było.

- Na pewno nigdy byś nie przypuszczał, że końskie ucho może tak dobrze smakować - powiedział.

- Mogę ci przynieść ich więcej, mogę przynosić nawet codziennie.  Gdy garbujemy skórę, obcinam uszy i potem gotuję je w suszalni na węglowym piecu.

Wdzięcznie przyjąłem jego dar, ostrzegając zarazem, żeby był ostrożnym i nie dał się złapać.

Wiosna w końcu zawitała, nawet i do Auschwitz.  Śnieg topniał, ziemia zaczęła wysychać a na polach pojawiły się pierwsze źdzbła trawy.  Na niewielu drzewach pozostałych naokoło obozu pojawiły się pączki liści i, jak to bywa zwykle o tej porze roku, nowa nadzieja wstąpiła w serca więźniów, że może ten rok przyniesie koniec wojny.  Niestety rzeczywistość okazała się całkiem inna.  Niemcy zaatakowali Sowiety i posuwali się z błyskawiczną szybkością w jej głąb, rozgłaszając o swoich ustawicznych zwycięstwach.  Trudno nam było wierzyć tym wiadomościom, ale rozgłośnia BBC również je potwierdzała.  Utwierdzeni w swojej bucie, strażnicy traktowali nas jeszcze bardziej okrutnie.

Pewnego dnia odseparowano dwa bloki od reszty obozu kolczastym drutem i umieszczono w nich pierwszych Rosyjskich jeńców wojennych.

Przedstawiali opłakany widok.  Mundury ich były podarte i brudne.  Po dwudniowej podróży z rosyjskiego frontu bez wody i jedzenia, byli wygłodzeni i zmęczeni.  Mówili nam, że sytuacja jest beznadziejna.  Wobec o wiele lepszego uzbrojenia armii niemieckiej, nie mieli żadnych szans nawiązania walki.  Wielu oficerów i żołnierzy zostało zastrzelonych na miejscu i ciała ich pozostawione na miejscu gdzie padli.

W stosunku do rosyjskich jeńców, nie zobowiązanych do pracy w Auschwitz, zastosowano inną metodę eksterminacji.  Pozostawieni swemu losowi w dwóch blokach, ich racje żywnościowe, ze względu, że nie pracowali, były zmniejszone o połowę.  To oznaczało, że otrzymywali  mniej niż 700 kalorii dziennie.  ód i fatalne warunki sanitarne wkrótce zaczęły ich dziesiątkować.

Nasz los nie był o wiele lepszy.  Stale jeszcze ciągnąłem rollwagon i w ostatnich dwóch tygodnia nie udawało mi się zorganizować żadnego dodatkowego jedzenia.  Nasz głód rósł w miarę jak nasze siły malały.  Jednego dnia rollwagon naładowany śmieciami z kwater SS utknął w błocie i mimo naszych wysiłków nie mogliśmy go ruszyć z miejsca.  Żeby ulżyć ciężar, zładowaliśmy częsć śmieci na pobocze.  Szczęście jednak nam nie dopisało, bo jakiś SS-man spostrzegł nas i rozkazał Lui zbić nas za tą niesubordynację.  Lui nie był żądnym awantur człowiekiem; próbował jedynie robić wrażenie srogo rozsierdzonego, krzyczał dużo i głośno, niemniej w zamieszaniu jakie się wytworzyło nie wiedzieliśmy czy mamy wyciągać rollwagon z dziury, czy też usunąć śmieci z pobocza.

SS-man wyjął notatnik i spisał nasze numery.  Przed odejściem zaanonsował:

- skoro wasz kapo nie potrafi was ukarać, otrzymacie odpowiednią karę w obozie.

Trudno było sobie wyobrazić coś gorszego - SS rzadko groził ot tak sobie.  Stanęliśmy w obliczu trzech możliwych kar zazwyczaj stosowanych w takich wypadkach.  Pierwszą była chłosta – regularna doza 25 razów na gołe pośladki.  Leo, starszy obozowy, spełniał ten rytuał przy obecności wszystkich więźniów stojących naokoło.  Używał do tego skórzanego bicza lub drewnianą pałkę, które powodowały poważne krwotoki i podskórne siniaki tak głębokie, że ofiara traciła prawie wszystko ciało które pozostało jeszcze na pośladkach.  Drugą możliwą karą mogło być zawieszenie na rękach związanych z tyłu na słupie, co generalnie powodowało zwichnięcie stawów ramion i łokci.  Trzecią karą było zamkniecie na kilka nocy w bunkrze, w którym umieszczano zazwyczaj ludzie skazanych na śmierć głodową.

Nic dziwnego, że powróciliśmy z pracy bez wielkiej nadziei na przyszłość.

Powiadomiłem Staszka o naszej sytuacji i poprosiłem go o zachowanie moich racji żywnościowych, bo wiedzieliśmy, że jeśli nasze numery będą wywołane, kara będzie wymierzona przed pójściem na nasze bloki.  Wszelka nadzieja na darowanie kary prysła natychmiast przy apelu gdy zobaczyliśmy Palitscha trzymającego listę z naszymi numerami.  Każdy z nas został wywołany po kolei.  Nigdy nie zapomnę jak reszta więźniów patrzała na nas, bo być wywołanym przez Palitscha mogło tylko oznaczać jedną rzecz - egzekucję.

Po skończeniu apelu Palitsch zwrócił się do Leo i powiedział:

- Weź ich do bloku karnego, będę tam za chwilę.

Wiedzieliśmy, że przynajmniej nie będzie chłosty.  Pozostawał więc bunkier lub słup.

Po przybyciu do bloku karnego zauważyliśmy, że oprócz więźniów zajętych normalnymi czynnościami, było tam paru ludzi w cywilnych ubraniach, którzy prawdopodobnie byli tam przesłuchiwani przez Gestapo.

Leo oddał nas do blokowego bloku karnego i poszedł.  Zamknięto nas w małym pokoju, który prawdopodobnie też był używany do przesłuchań.  Kazano nam czekać na Palitscha, który osobiście chciał nas zawiesić na słupie.  Parę minut potem Palitsch zjawił się w towarzystwie pomocnika z bloku karnego, którego rozpoznałem jako jednego z moich pacjentów ze szpitala.  Wybrali czterech, żeby poszli z nimi, a nam kazali czekać na naszą kolejkę.

W czasie czekania mój przyjaciel, piekarz, nagle oblał sie zimnym potem i wpadł w niekontrolowane dreszcze.  Mimo, że reszta z nas zdała się na los jaki nas czekał, to samo czekanie było męczarnią.  Po jakichś 30 minutach powrócił sam blokowy.

- Macie szczęście - powiedział - Palitsch musiał pójść gdzieś i kazał mnie was zawiesić na pół godziny.  Jazda!

Co się stało z tymi czterema, którzy nas poprzedzili, nie wiedzieliśmy i baliśmy się nawet zapytać.

W milczeniu poszliśmy za naszym "katem" na poddasze Bloku 13, gdzie z jednej strony było poustawianych kilka stołków.  Nad nimi zwisały umocowane do krokwi grube liny przeciągnięte przez bloki.  Asystent blokowego miał dwóch pomocników, więźniów żydowskich, którzy wtedy równoczesnie pełnili funkcje izbowych.  Ci rozkazali nam wejść na stołki i zawiązali nam ręce z tyłu.  Następnie asystent blokowego całym ciężarem swego ciała pociągnął za linę.

Byłem pierwszy.  Moje ramiona zostały szarpnięte w tył, straciłem równowagę i poczułem straszny ból w kiściach, łokciach i ramionach.

Rozpaczliwie szukałem nogami stołka, który niestety był o parę centymetrów poza moim zasięgiem.  Nie zemdlałem, ale ból był tak nagły i tak ostry, że nie miałem nawet czasu wykrzyknąć.  Piekarz i sąsiad zemdleli.  Asystent blokowego wyszedł z poddasza, mówiąc że wróci za pół godziny.

Biorąc butelkę amoniaku, żydowscy pomocnicy wetknęli ją pod nosy tych którzy zemdleli, mówiąc że jest lepiej pozostać przytomnym, to wtedy nasze mięśnie mogą przejąć część napięcia i przez to zmniejszyć dotkliwość przemieszczenia stawów.  Dla mnie to nie miało żadnego sensu.  Wiedziałem, że moje ramiona już i tak wyskoczyły ze stawów, ale byłem w stanie dotknąć stołka czubkami moich palców u nóg.

Jeden z pomocników zauważył to i rzekł:

- wy macie naprawdę szczęście, że Palitscha tu nie ma.  Usuwa on wszystkie stołki i potem ściąga każdego w doł, żeby się upewnić, że stawy są wyłamane.  Tak właśnie urządził tamtych czterech.  Jak pociągnął, to można było słyszeć jak stawy trzeszczały.

- Dzieki, że mnie pocieszyłeś - wykrztusiłem - ale czy nie mógłbyś poluźnić trochę te liny, żebyśmy mogli trochę podeprzeć się na tych stołkach?

Oboje odpowiedzieli natychmiast chórem:

- wy chyba żartujecie!

- Palitsch zabiłby nas na miejscu!  Zresztą to by niewiele pomogło.  Wasze stawy i tak są już wyłamane.

Nadal koncentrowałem się na przeniesienie mojego ciężaru na palce, gdy uświadomiłem sobie, że były one pozbawione wszelkiego czucia.  Po pięciu minutach nie czułem bólu nigdzie.

- Widzisz - zauważył pomocnik wiedząco, - przyzwyczaiłeś się do bólu.  Ale gdyby Palitsch był tutaj, to by cię pociągał co pięć, dziesięć minut, żeby ci przypomnieć co to jest ból.

Być pociąganym w dół - nawet strach było o tym myśleć.

Pozostawaliśmy, można powiedzieć "w zawieszeniu", które wydało się wiecznością.  W końcu starszy blokowy powrócił i nawet nie patrząc na nas, pociągnął liny za nami i poluźnił je. Spadłem na podłogę do przodu, uderzając czołem w jedno z drewnianych wzmocnień dachu, z ramionami nadal z tyłu.

Ból powrócił z podwójnym nasileniem, złagodzony jednak świadomością, że moja męka dobiegła końca.

Rozwiązano nam ręce i usłyszeliśmy głos blokowego, który warknął - wynocha sukinsyny!

Wstać bez pomocy rąk jest nielada sztuką.  W dodatku moje palce u nóg były jeszcze zdrętwiałe.  Widząc jednak, że blokowy zabierał się do kopnięcia mnie w nerki, podskoczyłem na nogi jak sprężyna z umiejętnościa gimnastyczną, której ja sam w sobie nie podejrzewałem.  Gdy wrota 13 bloku zamknęły się za nami i zostaliśmy znowu sami na ulicy obozowej, moje obolałe i bezużyteczne ramiona zdawały się być małą ceną za przywilej pozostania przy życiu.

Staszek czekał na mój powrót w bloku z porcją zupy i chlebem.  Nie będąc w stanie nawet utrzymać łyżki w ręce, Staszek karmił mnie jak małe dziecko, jednocześnie rozważaliśmi co tu zrobić jutro.  Praca przy rollwagonie z bezwładnymi rękami była nie do pomyślenia, ale Staszek już miał na to radę i w przeciągu paru minut byliśmy w szpitalu dopytując się, czy Fred nie mógłby mnie przyjąć na parę dni do szpitala.

Niestety taka sprawa musiała pójść przez dr. Deringa, więc spotkała się ze stanowczym "nie".  Jedyną alternatywą pozostawała praca przy obieraniu ziemniaków.  Nie byłem pewien, czy nawet potrafiłbym obierać ziemniaki; poza tym, gdybym się dostał w ręce Leo, mogłaby nastąpić katastrofa.  Doszedłem do wniosku, że nie mam wyboru i że muszę powracać do roboty przy rollwagonie.

Lui był zdziwiony gdy mnie zobaczył, bo nikt inny poza mną się nie zjawił i był zmuszony zebrać inną załogę.  W czasie jak był tym zajęty, zobaczyliśmy piekarza, którego wyganiał z bloku blokowy.  Okazało się, że usiłował pozostać w bloku jako pomocnik izbowego, ale został zmuszony wrócić do rollwagonu.  Lui był porządnym człowiekiem i umieścił nas przy rollwagonie, który  mogliśmy ciągnąć linami przerzuconymi przez ramiona.  Reszta załogi sterowała nią i zajmowała się ładowaniem i rozładowaniem.

Przez długi czas nie mogłem posługiwać się moimi ramionami normalnie.  Na szczęście nie było trwałego uszkodzenia.  Nie wszyscy mieli takie szczęście.

Pod koniec maja, kiedy jak zwykle zbierali śmieci z kuchni SS, Mateczka zakomunikował Lui, że jeden z jego obieraczy był chory i pytał się czy jeden z naszej załogi nie mógłby go zastąpić na jeden dzień.  Ponieważ tego ranka nie mieliśmy żadnych ciężkich ładunków, Lui zgodził się.  Mateczka przeglądnął każdego z nas co do czystości, zwracając szczególną uwagę na ręce.  Byłem przeważnie bardziej czysty od moich kolegów, więc nie zdziwiło mnie gdy Mateczka zatrzymał się przede mną.

- Ty stary przemytniku! - rzekł, poznając mnie natychmiast, - więc chcesz pracować u mnie?

Nie musiałem się długo namyślać.  Obieranie kartofli w kuchni SS było bezpieczne.  Trzeba było być tylko młodym i zdrowym, a żaden kapo nie ośmieliłby się zaczepiać pracownika pozostającego pod opieką Mateczki.

Zgodziłem się entuzjastycznie, w nadziei, że będzie to kiedyś stała praca.