ŚMIERĆ MIETKA I MĘCZEŃSTWO OJCA KOLBE

Po wieczornym apelu, zszokowany, zauważyłem kogoś podobnego do Mietka, leżącego na końcu szeregu umarłych. Okazało się, że to był rzeczywiście on, na wpół żywy, ze śladami dotkliwego pobicia.

Nie było chwili do stracenia. Trzeba było zabrać go natychmiast do szpitala. Udało mi się postawić go na nogi, ale były sztywne, że musiałem go podtrzymywać ze wszystkich sił, by się nie przewrócił. Rozglądałem się rozpaczliwie za jakąś pomocą, ale wszyscy ustawiali się już w kolejce po wieczorną zupę i nikt nie chciał ryzykować utraty swojej porcji żywności.

Nie wiem jakim sposobem udało mi się zaciągnąć mego przyjaciela przez plac apelowy na blok 16. Zanim tam doszliśmy, Mietek był już nieprzytomny, więc położyłem go na ziemi w deszczu i pognałem do łazienek w poszukiwaniu Freda.

Niestety, jedyny człowiek, który mogłby pomóc, nie był uszczęśliwiony moim widokiem.

- Nie ma sposobu, żebym mogł go przyjąć - powiedział mi Fred.

- Czy ty wiesz co ten osioł zrobił? Bock zbadał go i był gotów go dopuścić tylko dlatego, że Mietek jest moim przyjacielem, ale to było za mało dla Mietka. On chciał się podwójnie upewnić, więc potarł termometr tak silnie, że wskazywał temperature 42 stopni Celsjusza. Bock zna te triki, oczywiście, i za próbę oszukania go posłał Mietka do Leo na specjalne ćwiczenia sportowe.

Musiałem przyznać rację Fredowi; Mietek nie mógł zrobić nic gorszego, żeby zaprzepaścić swoją szansę. Bock, grając rolę lekarza, był szczególnie czuły na punkcie kwestionowania jego urzędowej diagnozy. Jeśli ktoś usiłował podważyć jego kompetencje, musiał za to zapłacić. Taka sytuacja nie zmieniała jednak faktu, że mój przyjaciel potrzebował natychmiastowej pomocy.

- Mietek umiera - powiedziałem - Nie mogłbyś przynajmniej wyjść i obejrzeć go?

Widok naszego zmaltretowanego przyjaciela złagodził trochę gniew Freda.

- Zobaczę czy uda mi się udobruchać Bocka na tyle, żeby go przyjął. Bardzo w to watpię, ale spróbuję.

Po krótkim czasie Fred i Bock pojawili sie ze szpitala. Bock wygłosił lekcję na temat uczciwości w obozie, zbadał Mietka, po czym rozkazał go Fredowi przyjąć . To był niezwykle wspaniałomyślny gest ze strony niemieckiego kryminalisty.

Gdy wróciłem na blok, zupę już rozdano; musiałem się pożegnać z moim głównym posiłkiem dnia. Cieszyłem się jednak, że Mietek był pod opieką przyjaciela i miał szanse na wyzdrowienie.

Następnego dnia pogoda polepszyła się znacznie i przydzielono nam w miarę przyzwoitego wartownika SS. Poszliśmy wpierw do gospodarstwa, gdzie każdy z nas otrzymał kawałek chleba z boczkiem i kawę. Obserwując wartownika zajadającego boczek razem z więźniami, przyszło mi na myśl, jak mało wyglądał na przedstawiciela super-rasy. Postawił karabin przy ścianie, dając nam idealną sposobnośc do ucieczki, bo znajdowaliśmy się w znacznej odległości od obozu. Myśl o wykorzystaniu tej sposobności nie przyszła nam nawet do głowy. Odpowiedzialność za ucieczkę spadała na głowy rodziny więźnia,: przywieziono by ich do obozu i powieszono na placu przed kuchnią. Pozostałych więźniów karano staniem na placu apelowym, a spomiędzy nich wybierano dziesięciu do zagłodzenia na śmierć w specjalnie skonstruowanych betonowych celach, zwanych bunkrami. Pozbawione okien, były one tak niskie, że nie można było w nich stać wyprostowanym i tak wąskie, że nie było można w nich usiąść. Tę karę później "udoskonalono" przez pakowanie do nich dziesięciu ludzi naraz. Co się w tych celach działo z tymi nieszczęśnikami, zanim zmarli, trudno jest sobie wyobrazić, nawet nam, dla których brutalność była zwykłą codziennością.


Bunkier - usunięto część cegieł by
pokazać jak niewielkie było pomiesczenie
(Archiwum Państwowego Muzeum
Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu)

Niemcy delektowali się tego rodzaju karami, tak że nawet podobno wymyślili sposób obserwowania umieszczonych w bunkrach nieszczęśliwych ofiar. Wybudowano dużo tych cel w bloku karnym. Więźniowie spędzali w nich 12, 24 lub 36 godzin za tak drobne przekroczenia jak "opieszałość" przy zdejmowaniu czapki przed SS-manem.

Obawiając się tak poważnych konsekwencji, w roku 1940 armia podziemna odradzała usiłowania ucieczek. Istotnie, ci z nas, którym, w ciągu następnego półtora roku, nadarzała się okazja ucieczki, bardzo się nad wykorzystaniem tej szansy zastanawiali. Potem przepisy zmieniono.

Następnego dnia, po pracy, natychmiast poszedłem do szpitala dowiedzieć się, jak się ma Mietek. Fred powiadomił mnie, że nie zdał nawet diagnostycznej procedury Kieliszka. Zmarł na betonowej podłodze prysznica, nie odzyskawszy przytomności.

Pod koniec 1940 roku obóz był otoczony dwoma wysokimi płotami z drutu kolczastego z wieżami strażniczymi, obsadzonymi SS-manami uzbrojonymi w karabiny maszynowe. W czasie dnia roboczego, wewnątrz i zewnątrz drutów, umieszczano dodatkowo strażników, pilnujących terenu. Strażnicy zewnętrznego pierścienia, aczkolwiek daleko oddaleni od kolumn roboczych, byli rownież usadowieni na drewnianych wieżach i pozostawali w kontakcie wzrokowym między sobą.

Jeśli przy raporcie wieczornym liczba więźniów się zgadzała, zewnętrzny pierścień strażników zdejmowano. Jeśli kogoś brakowało, pozostawali oni na posterunku, a nas trzymano na placu, podczas gdy specjalny oddział kapo i SS-manów z psami wyruszał na poszukiwanie zbiega.

Bardzo często "ucieczka" polegała na tym, że jeden z muzułmanów zaszył się w jakiś ciasny kąt, żeby umrzeć w spokoju, ale jakakolwiek mogła być przyczyna, żadnemu więźniowi nie było wolno się ruszyć z swojego miejsca, dopóki nie znaleziono brakującego - żywego bądź umarłego. Pewnego razu staliśmy na baczność przez 36 godzin. Wielu z nas zostało zamordowanych lub ciężko pobitych przez wściekłych blokowych, którzy razem z nami musieli stać bez jedzenia.

Zdarzyło się jednak, że ktoś rzeczywiście uciekł. Kapo i SS-mani przeszukali każdy centymetr kwadratowy obozu, ale wrócili z pustymi rękami. Brakowało jednego więźnia z naszego bloku co oznaczało, że dziesięciu z nas pójdzie na męczeńska śmierć głodową w bunkrach bloku karnego.

To czekanie było paraliżujące. Staliśmy w dwóch rzędach, w odstępie 5 kroków od siebie. Pojawił się Fritsch wraz ze swym zastępcą Aumeierem i osławiony Palitsch. Za nimi maszerowali SS-mani odpowiedzialni za procedurę apelową i kilku innych, z psami. Aumeier przeszedł powoli wzdłuż szeregów, zatrzymując się często i zaglądając w oczy przerażonym więźniom. Od czasu do czasu wskazywał na któregoś swoim biczem i tego natychmiast wleczono na front bloku. Kilku moich kolegów już tam stało. Grobowa cisza panowała w czasie tej procedury, nie towarzyszyły jej nawet nawet zwykłe krzyki SS.

Kiedy wreszcie zbliżył się do mojego rzędu, zauważyłem w jego spojrzeniu kompletną obojętność i nawet nudę.

Moja twarz posiada, niestety, bardzo ujemną cechę: naturalny kształt ust powoduje wrażenie, jakbym się ciągle uśmiechał, nawet kiedy jestem zupełnie poważny. Tak było i teraz: mimo śmiertelnego strachu, wyglądałem, jakbym się uśmiechał. Kiedy Fritsch podszedł do mnie, wydawał się zaskoczony. Zdziwiony, zatrzymał się przy mnie, patrząc mi z ciekawościa w oczy, podniósł bicz, ale go opuścił i poszedł dalej. W jego spojrzeniu podświadomie odczytałem, że moja kolejka na śmierć jeszcze nie nadeszła, choć wszystko wskazywało, że byłem już stracony. Może uratowało mnie to spojrzenie. Nigdy się jednak tego nie dowiem.

Fritsch przeszedł dalej, a za nim Aumeier i Palitsch, który, przechodząc koło mnie, powiedział:

- Miałeś szczęście tym razem.

Zdawałem sobie sprawę, że miałem szczęście, ale martwiło mnie to, że Palitsch zapamiętał sobie moją twarz - taka znajomość z nim była niebezpieczna.

W końcu wybrano dziesięciu więźniów. Komendant wrócił na swoje miejsce przed blokiem, powiedział coś na temat odpowiedzialności zbiorowej za ucieczki i był już gotów odejść, gdy wydarzyło się coś, co nie miało jeszcze miejsca w całej historii obozu.

Jakiś więzień wystąpił nagle z naszych szeregów. Był w wieku około 50 lat, wychudły z głodu, w drewniakach, z twarzą oświeconą promieniującym uśmiechem. Silnym, głośnym i czystym głosem oświadczył:

- Chcę rozmawiać z komendantem!

Wszyscy byli zaszokowani. Więzień domagający się rozmowy z komendantem? W takich warunkach i tak śmiałym głosem? Nawet kapo osłupieli i nie poruszyli się, żeby go uciszyć. SS-mani spojrzeli na Fritscha, czekając co on powie. Zaciekawiony komendant spytał prawie że uprzejmym głosem:

- O czym chciałbyś ze mną rozmawiać?

Więzień wskazał palcem na człowieka stojącego pomiędzy skazanymi na śmierć, który płakał jak dziecko. Wtedy rzekł silnym i równym głosem, stale z uśmiechem na twarzy:

- Chciałbym, żeby mi pan pozwolił zamienić miejsce z tym człowiekiem.

- Czy to jest twój syn? - zapytał komendant.- Nie, nigdy go przedtem nie widziałem, ale on jest młody, a mnie i tak już dużo nie pozostało z życia.

Komendant zmarszczył się, potem kiwnął głową na zgodę i oddalił się. Więzień podszedł do młodego człowieka, dotknął jego ramienia i lekko pchnął by powrócił do szeregu. Potem, nadal uśmiechnięty, ustawił się wśród skazańców.


Św. Maksymilian Kolbe w 1940r.
(Archiwum  OO. Franciszkanów
w Niepokalanowie)

Człowiekiem tym, który wykazał tak heroiczną postawę, był ksiądz katolicki, Maksymilian Kolbe. W jakiś czas potem Fred poinformował mnie, że lekarz Bock poszedł w nocy do bunkra, wyciągnął na wpółprzytomnego Ojca Kolbe i wstrzyknął mu fenol w serce, powodując natychmiastową śmierć. Zrozumieliśmy to, jako akt eutanazji, dokonany przez niemieckiego kryminalistę na świątobliwym katolickim zakonniku.


Oświadczenia świadków męczeńskiej śmierci św. Maksymiliana Kolbe
(udostępnione dzięki uprzejmości OO. Franciszkanów w Niepokanlanowej)

Franciszek Gajowniczek - uratowany przez św. Maksymiliana Kolbe
Brunon Borgowiec
Tadeusz Joachimowski