WYPACZONE ŻYCIE W WYPACZONYM ŚWIECIE

Tomasz czekał na mnie. Wziął mnie na bok, mówiąc, że ma coś ważnego do omówienia. Wszystko to wyglądało tajemniczo. Poszliśmy na tył bloku. Zaczął mówić bardzo poważnym tonem.


Rtm. Witold Pilecki (Tomasz Serafiński)
Założyciel AK w Auschwitz

- To co ci powiem musi być zachowane w najgłębszej tajemnicy. Musisz mi przysiąc na honor oficerski, że nie wspomnisz o tym nikomu bez mojej zgody.

- Tomaszu - odpowiedziałem - jeśli to jest taki wielki sekret, to masz moje słowo.

- Nie nazywam się Tomasz Serafiński; moje prawdziwe nazwisko brzmi: Witold Pilecki.

- Jeśli to jest twój sekret - rzekłem - to powinienem ci wyznać, że mam 24 lata, jestem o rok starszy niż podałem Niemcom. Zmieniłem sobie datę urodzenia, na taką, jakiej nigdy nie zapomnę - 3 maja, dzień Konstytucji Majowej. Co więcej, jestem studentem politechniki, który rzekomo nigdy nie był w wojsku.

- Nie przerywaj. - Odpowiedział Tomasz z pewnym wahaniem. - Mam do powiedzenia dużo niezmiernie ważnych rzeczy.

Przyjrzałem mu się uważnie, nadal nie wiedząc, czy mogę mu ufać. Tomasz mówił dalej:

- Nie mogłem być w Wileńskiej Brygadzie Kawalerii przez ostatnich pięć lat, ponieważ w tym czasie pracowałem w Warszawie, w polskim wywiadzie. Po zakończeniu kampanii wojennej, zorganizowaliśmy podziemną armię. We wrześniu poszedłem na ochotnika do Auschwitz, aby zbudować tu komórkę oporu.

Stoicki spokój tego człowieka, rozkojarzył mnie teraz zupełnie.

- Ty musisz być chyba kompletnym durniem! Kto, przy pełnej władzy umysłowej, zrobiłby coś podobnego? I jak to zrobiłeś? Nie mów mi, że poprosiłeś Gestapo, żeby było łaskawe wysłać cię na parę lat do Auschwitz!

- Nie żartuj sobie - rzekł Tomasz, teraz przyglądając mi się uważniej niż poprzednio ja jemu. - Polski wywiad jest zdania, że Auschwitz zostanie rozbudowany w wielki obóz eksterminacyjny dla polskiego oporu i, jako taki, jest ważnym terenem dla działalności naszej komórki. Ponieważ wiedziałem, że Gestapo łapie ludzi na ulicach w celu wysłania ich do tego obozu, "traf chciał ", że znalazłem się w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie.

- Jeśli to co mówisz jest prawdą - odparłem - to ty jesteś albo niezwykłym bohaterem, albo wielkim głupcem.

Trudno mi było uwierzyć w tę historię, tym bardziej, że Tomasz zupełnie nie wyglądał na bohatera, szczególnie z tą pospolitą twarzą, ozdobioną naiwnym uśmiechem czystego głupka. Czułem do niego, jednak, sympatię, znajdując w nim równocześnie uczciwość, jak i pewnego rodzaju bezbronność. Nie mogłem, natomiast, dopatrzeć się w nim pewności siebie i stanowczej woli wodza. Z tego powodu miałem pewne zastrzeżenia co do propozycji, której się spodziewałem.

- Wiesz oczywiście, że ja tu nie jestem na ochotnika. Znajduję się tu z powodu głupoty i wybujałej ambicji naszych, wysokiej rangi, oficerów, współzawodniczących między sobą o pierwszeństwo w zorganizowaniu jednostek armii podziemnej w Warszawie. Każdy z nich trzymał listę oficerów, których udało mu się zwerbować. Byli za głupi, żeby sobie te listy zapamiętać. Kiedy Gestapo ich aresztowało, znaleziono moje nazwisko na listach i pozostało tylko udać się na polowanie z zapewnionym sukcesem. Ja, Mietek i inni są tu teraz po to, żebyś ty mógł nas organizować.

- Bez wątpienia masz słuszność - rzekł Tomasz, nie dostrzegając ironii w moim głosie. - Poznaję tutaj wielu wyższych oficerów, ale nie planuję werbować ich do naszej organizacji. Starsi ludzie mogą nie być w stanie poradzić sobie z obozowym stresem. Z tego samego powodu, również niektórzy młodsi mogą się nie nadawać. Moim planem jest zorganizowanie czysto wojskowej jednostki, z pełną odpowiedzialnością takich młodych oficerów jak ty.

Nadal miałem pewne wątpliwości, mimo iż zaczął mówić jakby pewniejszym głosem.

- Po co ma taka organizacja w ogóle istnieć? - zapytałem. - Ile możemy wskórać w tych warunkach? Czy podjęte ryzyko nie jest większe od możliwych strat?


Witold Pilecki (Tomasz Serafinski)
Organizator AK w Auschwitz
(Archiwum Państwowego Muzeum 
Auschwitz-Birkenau w Oświecimiu)

- Dobre pytania - rzekł Tomasz - spróbuję na nie odpowiedzieć. Żeby zminimalizować ryzyko, tylko pięciu ludzi będzie się znało między sobą . Z tych pięciu, tylko jeden będzie mnie znał jako kontakt. Celem tego jest zabezpieczenie przed kapo, a w skrajnym wypadku - także SS, gdyby w obozie miało wybuchnąć powstanie. Naszym pierwszym i najważniejszym celem jest niesienie pomocy najsłabszym z nas, by przeżyli obóz.

Zastanowiłem się krótko nad jego propozycją i wydała mi się całkiem dobra.

- Możesz liczyć na mnie. Może jestem tak samo stuknięty jak ty, ale nie zaszkodzi spróbować.

- W takim razie, będzie ci miło usłyszeć, że Stanisław Kazuba jest w twojej piątce - dodał, i nagle, pod wpływem jakiegoś impulsu, uściskał mnie.

Późniejsze wypadki pokazały, jak ważne było mieć taką organizację w Auschwitz. W obecnej chwili plan taki był znakomitym zastrzykiem psychologicznym, rodzącym nadzieję, że zorganizowany wysiłek może się rzeczywiście udać. Bardzo nam jej brakowało, zwłaszcza, że Niemcy, przez stosowanie terroru, wpoili w nas przekonanie, że nikt żywy nie opuści obozu - takie, całkowicie uzasadnione, przekonanie żywili ci, którzy przebywali w obozie już od roku.

Nadzieja przeżycia przerodziła się w pewność, gdy w 1942 i 1943 r. pomogłem zorganizować ucieczki z Auschwitz.

Według kolegów, którzy przebywali w Auschwitz trzy miesiące lub dłużej, nasza musztra i sporty miały trwać od czterech do sześciu tygodni. Myśl o choćby tylko paru dniach takiego barbarzyńskiego traktowania, napawała niektórych bezgraniczną rozpaczą . Tacy szli na druty kolczaste, otaczające obóz. Do więźnia, który zbliżył się na trzy metry do płotu, strzelano z wież wartowniczych. Nie sprawiało żadnej różnicy, czy ktoś dotarł do niego czy nie, bo dotknięcie ogrodzenia powodowało natychmiastowe, śmiertelne porażenie prądem. SS-man na wieży wartowniczej otrzymywał dzień wolnego za zastrzelenie więźnia usiłującego uciec, więc niewielu zdążyło dopaść drutów. Nie zawsze ginęli od razu: SS-mani byli marnymi strzelcami. W wypadku poranienia ofiary, SS-man z głównej warty zjawiał się w celu zadania coup de grace strzałem z pistoletu w głowę więźnia.

Spytałem Stanisława, który przebywał w obozie już dwa miesiące, jak udało mu się przeżyć tak długo.

- Widocznie jestem silniejszy od innych. - odpowiedział - Kiedy przyjechaliśmy, nasz transport zajmował dwa baraki. Teraz zajmujemy jeden i mamy więcej miejsca niż przedtem. Trzeba mieć się stale na baczności, żeby unikać pałek kapo i równocześnie oszczędzać energię.

Była to cenna rada, zwłaszcza, że udzielał jej człowiek tak rzetelny, jak Stanisław, z którym pracowałem w podziemiu w Warszawie. Bardzo pragmatyczny, z silnie rozwiniętą etyką chrześcijańską, rzeczowy, dobrze zbudowany, średniego wzrostu, Stanisław był kapitanem piechoty. Nigdy nie miał trudności w wyborze właściwej postawy w danej sytuacji. Czułem się dobrze w jego towarzystwie; był małomówny, ale jego zrównoważenie działało uspokajająco.

Następne dni w obozie były do siebie podobne - musztra i "sport". Każdego dnia ginęło przy tym pięciu - sześciu z nas. Wieczorem trzeciego dnia dowiedzieliśmy się, że nazajutrz nie będzie sportu, tylko pójdziemy do pracy. Starsi więźniowie, którzy pracowali na zewnątrz, mówili, że podobno przychodzą dostawy materiałów na rozbudowę Auschwitz. Potrzebowano więcej robotników. I rzeczywiście, następnego dnia, o szóstej rano, stu więźniów z naszego bloku, na czas nieograniczony dołączono do partii więźniów - robotników z tzw. "placu rozbudowy". Sądziłem, że przydzielenie mnie do tej grupy, to los na loterii, uwalniający od okrutnego "sportu", którego jedynym celem było zabijanie. Moja radość okazała się jednak trochę przedwczesna.

Kapo naszego oddziału był niejaki Siegrud, pierwszy inteligentnie wyglądający kapo jakiego udało mi się spotkać w Auschwitz. Jego zielony trójkąt nakazywał jednak dużą czujność, okazało się, że był on osławionym zabijaką mającym na sumieniu morderstwa i napady rabunkowe na banki. W jego przystojnej twarzy iskrzyły się złowrogie oczy drapieżnika. Mimo że miał tylko jedno ramię, potrafił jedną ręką bić swoje ofiary efektywniej niż inni kapo obiema.

Inni kapo nie lubili Siegruda, bo dawał im odczuć swą wyższość intelektualną. Siłę i przebiegłość potęgowała u niego znajomość specjalnej techniki martial art, którą dostosował do warunków obozowych. Byłem raz świadkiem jak wyekspediował kogoś na tamten świat samymi kopniakami . Faworyt SS-manów, Siegrud był zawsze w pozycji siły, która w danym dniu oznaczała, że miał niepodzielną władzę nad kolumną roboczą liczącą od 300 do 400 więźniów. Jego dwaj pomocnicy, Alois i Alfred, dwa nieokrzesane zbiry, bali się go na równi z nami. Sigrud nie musiał nawet nic mówić czy grozić, sama jego obecność oznaczała niebezpieczeństwo.

Przydzielono mnie do grupy około 40 ludzi, których zadaniem było rozładowanie rur kanalizacyjnych z wagonów kolejowych. Alfred, który był odpowiedzialny za naszą grupę, podlegał bezpośrednio grupowemu, który odpowiadał za wykonanie całej roboty . Dwie osoby musiały wspiąć się na stos rur w otwartym wagonie i podawać je, kolejno, załodze na dole. Rury odnoszono do magazynu odległego o paręset metrów. Pracę należało wykonywać w jak najszybszym tempie - tak jak wszystko w obozie. Ponieważ najlepsi kierownicy group byli promowani na kapo, nie szczędzili oni swych pałek, którymi kontrolowali ruch rur od wagonu do magazynu i z powrotem.

Więźniowie byli w różnym stanie fizycznym: niektórzy młodzi, niektórzy zdrowi, a niektórzy prawie w stadium muzułmaństwa. Bicie koncentrowało się na tych ostatnich, dając silniejszym sposobność do odsapnięcia. Trzeba było przy tym mieć się na baczności nie tylko przed grupowymi i kapo, ale także wartownikami SS, od których się roiło, ponieważ pracowaliśmy poza obrębem płotu kolczastego okalającego obóz. Jako jeden z młodych i silnych, doceniałem teraz bardzo radę starszych więźniów, by mieć oczy z przodu i tyłu głowy. Mogłem dzięki temu znaleźć, od czasu do czasu, chwilę wytchnienia.

Jednakże, takich chwil było niewiele. Zładowywacze byli pod specjalną obserwacją grupowego, jako że głównie od nich zależało tempo pracy. Podawanie rur na dół było zdradliwą robotą, wymagającą dużej siły fizycznej i dobrego zmysłu równowagi. Jeśli rura spadła na ziemię i złamała się, traktowano to jako sabotaż i więźnia, któremu to się przytrafiło, rozstrzeliwano na miejscu.

Najgorszy wypadek zdarzył się na oczach Siegruda. Jeden ze zładowaczy stracił równowagę i spadając uchwycił się jednej z rur, która, z kolei, spowodowała lawinę: rury ruszyły bezładnie w dół, niektóre lądowały na grzbietach nosicieli, a bezsilni zładowacze zjeżdżali wierzchem lawiny.

Alfred i grupowy natychmiast odskoczyli w bezpieczne miejsce, by uchronić się przed spadającymi rurami. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Sigruda w akcji. Z kocią zwinnością zrobił kilka skoków poprzez zwalającą się masę rur, dosięgnął szczytu, złapał jednego ze zładowaczy i jednym uderzeniem pięści zmiażdżył mu twarz. Człowiek ten już się nie poruszył . Potem Siegrud, niczym małpa, wskoczył na szczyt wagonu, gdzie drugi zładowacz usiłował wyplątać się z rur. Dwa kopniaki Sigruda, jeden wymierzony w nerki a drugi w głowę, zwaliły go na ziemię. Kapo zeskoczył na ziemię, szybko ocenił szkody i rzekł do Alfreda cichym i opanowanym głosem:

- Usuń natychmiast te rury.

Alfred podskoczył jakby go coś ukąsiło i zaczął targać rury leżące opodal.

- Nie ty, głupcze! - krzyknął Siegrud. - Oni! - wskazał na więźniów.

W oka mgnieniu odniesiono wszystkie ocalałe rury, zaś połamane ułożono na kupie obok wagonu. Siegrud wybrał jednego z naszej grupy i posłał go do następnego wagonu jako zładowacza. Oglądając się znowu dokoła, wskazał na mnie. Już byłem gotów wdrapać się na wagon, lecz on mnie zatrzymał i spytał:

- Jaki masz zawód?

Zaskoczyło mnie to niezwykłe i niespodziewane pytanie, pomyślałem, że on może wie, iż byłem oficerem kawalerii. Zebrawszy się w garść, odpowiedziałem, że jestem studentem.

- Co studiowałeś?

- Mechanikę - odrzekłem.

Moja odpowiedź najwyraźniej zaskoczyła go, bo natychmiast rozpoczął rozmowę jakbyśmy znali się od lat.

- Ja też jestem inżynierem mechanikiem, ukończyłem Politechnikę Berlińską. Na którym byłeś roku kiedy się wojna zaczęła?

- Właśnie skończyłem pierwszy.

- Wobec tego - kontynuował - musiałeś brać kursy fizyki, chemii, trochę matematyki... i co jeszcze?... projektowanie, geometrię wykreślną, nieprawda? Mieliście podobny program?

- Dokładnie taki sam. - powiedziałem - O ile wiem, program Warszawskiej Politechniki był oparty na programie Politechniki Berlińskiej.

Przez jakieś dziesięć minut wymienialiśmy poglądy na temat tych dwóch instytucji i kursów jakie braliśmy. Cała praca stanęła. Alfred patrzył na nas z otwartą gębą, podczas gdy koledzy stali w osłupieniu. Siegrud zakończył wreszcie naszą miłą pogawędkę słowami:

- Teraz wdrap się na szczyt rur w tym wagonie. Jeśli zdarzy się jeszcze jeden wypadek, Alfred cię zabije.

Dla niego to był dobry żart, bo oddalił się uśmiechając się do siebie. Na szczęście, było to moje pierwsze i ostatnie spotkanie z Siegrudem, ale miałem okazję obserwować go przez następne trzy miesiące przy dozorowaniu prac na tym terenie. Zastanawiałem się często nad meandrami tej dziwnej inteligencji, która sama w sobie nie byłaby godna uwagi, gdyby nie to, że w tych warunkach służyła nieludzkiemu traktowaniu innych . Siegrud miał taką samą skłonność do brutalności, jaka charakteryzuje ludzi prymitywnych, posiadał on jednak intelekt, który pozwalał mu na zadawanie brutalności w bardziej wyrafinowany sposób.

Po powrocie do obozu spotkałem Mietka, który dopiero co powrócił z musztry i sportu. Poinformował mnie, że sytuacja trochę się polepszyła, bo niektórzy kapo musieli wziąć nadzór nad kolumnami roboczymi, więc mniej ich zostało do prowadzenia musztry. W ciągu następnych paru dni coraz więcej więźniów przechodziło do kolumn roboczych, aż w końcu musztry zaniechano zupełnie.

Większość kolumn roboczych kopała rowy na fundamenty nowych budynków, budowała drogi, osuszała moczary, kopała rowy kanalizacyjne i wodociągowe lub kopała piasek i żwir. Było bardzo trudno dostać się do innych zajęć; oddziały pracujące w lepszych warunkach obsadzili już starsi więźniowie, którzy zazdrośnie strzegli swoich pozycji. W międzyczasie pogorszała sie pogoda. Częste deszcze zamieniły gliniastą ziemię w śliskie błoto. Dnie bywały dotkliwie zimne i nasze przemoczone pasiaki lepiły się do mokrej skóry. W tym właśnie czasie pojawiły się "ubrania" na czarnym rynku. Były to worki od cementu z powycinanymi otworami na głowę i ramiona; kilka warstw tego woskowego papieru dawało dość dobrą ochronę od wiatru i deszczu. Transakcje odbywały się zazwyczaj w latrynach, gdyż ktokolwiek przyłapany na sprzedawaniu lub noszeniu tych modnych artykułów narażał się na represje ze strony kapo. Udało mi się zorganizować kamizelkę za porcję zupy i - rzeczywiście - sprawiła ona niewiarygodną różnicę.

Miałem wyjątkowe szczęście, że posiadałem dobre buty, zwłaszcza, że nikt z nas nie miał skarpetek. W przeciągu paru dni udało mi się zorganizować parę szmat, w które owijałem nogi, co dobrze chroniło przed zranieniem.

Mietek nie miał takiego szczęścia. Jego eleganckie buty rozleciały się w krótkim czasie i musiał je zamienić na holenderskie drewniaki. Chodziło się w nich trudno, a biegnąć było już zupełnie niemożliwe. Bez owinięcia nóg kilkoma warstwami szmat, można było łatwo nabawić się ropiejących ran, które pozostawały otwarte i nie goiły się . Z tych względów takie rzeczy jak buty często decydowały o życiu lub śmierci więźnia.

Przez następne parę miesięcy pracowałem z Mietkiem na tym terenie robót pod nadzorem Siegruda. Widziałem go kilka razy po naszym pierwszym spotkaniu, ale, albo nie poznawał mnie, albo udawał, że mnie nie poznaje. Prowadzenie inteligentnej rozmowy z kimś było widocznie dla niego tylko przelotnym kaprysem.

Pewnego dnia pracowaliśmy w grupie dowodzonej przez Aloisa. Alois był pospolitym złodziejem, nie miał żadnego wykształcenia, ani zawodu. Jego jedyną dobrą, z naszego punktu widzenia, cechą było lenistwo. Zbyt opieszały, żeby stale katować swoich podwładnych, robił to tylko dwa lub trzy razy dziennie - tylko tyle, żeby utrzymać swój status na odpowiednim poziomie. Koncentrował się zazwyczaj na jednej lub dwóch osobach, powodując w końcu ich śmierć lub stan bliski śmierci.

Mieliśmy za zadanie kopanie długiego i głębokiego rowu, o niewiadomym przeznaczeniu. Słota utrudniała kopanie i czyniła jeszcze trudniejszym wyrzucanie ziemi z rowu, ponieważ ta kleiła się do łopaty. Bywały rzadkie momenty, kiedy ani Alois, ani grupowy czy SS-man, nie patrzyli; dla nas była to okazja do wytchnienia i wzajemnego ogrzania się, stojąc plecami do siebie i nie zaniedbując pilnego rozglądania się, czy nie grozi jakieś niebezpieczeństwo.

Alois miał małą budkę, ogrzewaną piecykiem na drewno. Słodki zapach dymu wychodzący z komina świadczył o przytulności, jaka musiała panować w tym schronieniu. Od czasu do czasu wylatywał z niej, głośno przeklinając, żeby zadokumentować SS-manom swoją gorliwość, ale tylko na krótko.

Kiedyś, wynurzywszy się z budki dla wyładowania tyrady wyszukanych przekleństw, zakomunikował:

- Potrzebuję dwóch wyszkolonych cieśli dla wybudowania warsztatu stolarskiego.

Natychmiast zorientowałem się, że jest perspektywa uzyskania lepszej pracy, może nawet pod dachem. Podniosło się kilka rąk, między innymi i moja. Alois przelustrował kilku kandydatów i wybrał mnie oraz jeszcze jednego. Poszliśmy za nim do innej budy, gdzie oświadczył :

- Tu będzie warsztat stolarski. Znajdziecie tutaj wszystkie narzędzia i materiał do zbudowania stołu stolarskiego.

Mój towarzysz nie odezwał się, ale wydawało mi się, że należy chociaż zrobić wrażenie fachowca i zadać parę pytań.

- Gdzie mamy postawić ten stół? I jakich ma być rozmiarów?

Alois poznał we mnie eksperta.

- Tylko zbudujcie dobry stół. Ja się nie znam na tych rzeczach, ale na pewno poznam się na źle zrobionym stole. Byłoby lepiej wtedy dla was, żebyście się w ogóle nie urodzili.

Z tymi słowy zostawił nas samych, zapowiadając, że zajrzy później, sprawdzić jak to nam idzie. Gdy go już nie było, zwróciłem się do mego kolegi po fachu z widoczną obawą.

- Mam nadzieję, że ty jesteś stolarzem, bo ja na pewno nim nie jestem, ale postaram się pomóc, jeśli powiesz mi co mam robić.

W miarę jak mówiłem, zauważyłem rosnący przestrach w jego oczach.

- Chyba żartujesz! - wykrzyknął. - Ja myślałem, że ty jesteś stolarzem i ja będę tobie pomagał! - przerwał na chwilę, żeby się uspokoić. - Przykro mi. Moje nazwisko Marcinek. Jestem nauczycielem matematyki. Może widziałeś niektóre moje książki w gimnazjum?

Poznałem natychmiast to nazwisko:

- Tak, znam twoje książki. Były bardzo dobre. Traf chciał, że z nich właśnie korzystałem przygotowując się do konkursowego egzaminu wstępnego na Warszawską Politechnikę, który zdałem.

Blady uśmiech zadrgał na jego twarzy.

- No, ale teraz do tego stołu. - powiedziałem, usiłując zabrać się do rzeczy.- Może wiesz jak on powinien wyglądać?

- Bynajmniej - odpowiedział Marcinek. - Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Wyjrzałem przez okno na deszcz, który teraz padał zmieszany ze śniegiem, starając się wyobrazić jak mógłby taki stół stolarski być skonstruowany. Na razie przyjemnie było być pod dachem, jeśli nawet tylko przejściowo. Ale zadanie musiało być wykonane. Jeśli Alois odkryje naszą ignorancję, skończymy marnie w błotnistym rowie na dworze. Postanowiłem go wykiwać.

Zaczęliśmy od blatu, obcinając deski równej długości, które ułożyliśmy na podłodze, zbijając je w poprzek dwiema innymi. Popatrzeliśmy z dumą na nasze dzieło i urządziliśmy małą konferencję, w jaki sposób teraz przymocować nogi. Żaden z nas nie miał pojęcia jak się do tego zabrać. Profesor matematyki użył małego patyka do zrobienia skomplikowanego rysunku na ziemi, przedstawiającego rozłożenie sił, ale nawet po tej lekcji nie mieliśmy pewności, że stół ten utrzyma się na nogach bez przybicia go do ściany.

Była już pora obiadowa i Alois powrócił sprawdzić naszą robotę. Pierwszą rzecz, którą zauważył, były gwoździe wbite w poprzeczne deski wystające ponad blat.

- Co to jest? łóżko dla fakira? Przejadę wami po tych gwoździach, aż smród z was wyleci!

Szybko myślałem, co by tu powiedzieć, aby nas ratować. Alois nie żartowal, mógł zrobić z nami wszystko.

- Te gwoździe są oczywiście za długie - odpowiedziałem z pewnością, na jaką było mnie tylko stać. - Dlatego właśnie wystają. Użyliśmy ich tymczasowo, dopóki nie otrzymamy krótszych.

Alois nie był zbytnio przekonany tym argumentem, ale zgodził się dostarczyć nam krótszych gwoździ. Nadal staliśmy jednak przed problemem, jak połączyć blat stołu z nogami, ponieważ Alois w ogóle nie chciał słyszeć o przybiciu stołu do ściany. Postanowiliśmy przybić nogi na każdym rogu długimi gwoździami i oprzeć stół o ścianę, w nadziei, że Alois nie zauważy chwiejności całej konstrukcji. Zanim skończyliśmy tę pracę, Alois był już z powrotem z krótszymi gwoździami. Stanął przed stołem, wydawał się zadowolony, pochwalił naszą robotę i rzucił nam gwoździe na stół. Miał właśnie odchodzić, kiedy stół zaczął się bardzo powoli przechylać do przodu, a w chwili kiedy Alois trzasnął drzwiami - runął na podłogę. Zaparło nam dech w piersiach, ale Alois nie usłyszał łoskotu i odszedł.

Zbliżał się koniec dnia roboczego, wobec czego postanowiliśmy nie przeciągać struny. Ostrożnie podnieśliśmy blat stołu i położyliśmy go z powrotem na nogach. Nie mieliśmy już czasu na zamienienie długich gwoździ, więc wbiliśmy je równo z blatem, co uczyniło stół jeszcze bardziej chwiejnym. Oparłszy go o ścianę, szybko ulotniliśmy się, zabierając parę łopat, które znaleźliśmy za szopą, błyskawicznie pobiegliśmy do rowu nadzorowanego przez innego kapo i zaczęliśmy natychmiast kopać.

Po jakichś dziesięciu minutach zauważyliśmy Aloisa powracającego do szopy. Minęło parę sekund, potem nastąpił łoskot walącego się stołu i Alois wyskoczył przeklinając na czym świat stoi i machając jedną z nóg stołu nad głową. Pobiegł wzdłuż swego rowu szukając swoich "stolarzy", ale nas tam już nie było. Poźniej starałem się trzymać jak największy dystans wobec niego.

Pomiędzy więźniami istniało stałe współzawodnictwo o przydział do kolumn roboczych, w których były znośniejsze warunki i większa szansa przeżycia. Jesienią 1940 było szczegolnie ważne, aby znaleźć pracę pod dachem. Paru ludzi miało stałą pracę w stajniach i chlewach; należeli do wyjątkowo uprzywilejowanych, bo mieli okazję do zorganizowania dla siebie mięsa. Arystokrację stanowili ci nieliczni, którzy pracowali w kuchni dla więźniów oraz kuchni dla SS-manów, która znajdowała się poza obrębem obozu.

Wraz z rozbudową Auschwitz pojawiały się nowe okazje poprawienia sobie bytu, bo SS potrzebowało rzemieślników. Ludzie pracujący jako murarze, kamieniarze, stolarze, elektrycy, szklarze, lub w innych zawodach, byli chronieni od szykan kapo. Ekspansja obozu pociągnęła również za sobą wysiedlenie polskich rolników z gospodarstw w promieniu dziesięciu kilometrów od obozu. Wszystkie zabudowania znajdujące się na tym terenie miały być zburzone i zrównane z ziemią, aby uniemożliwić uciekającym więźniom znalezienie ukrycia. Przez przypadek, byłem przez kilka tygodni przydzielony do takiej brygady rozbiórkowej.

Praca ta miała tę dodatnią stronę, że na tych gospodarstwach można było znaleźć stare ubrania, które świetnie nadawały się na bieliznę lub szmaty. W stodołach było jeszcze trochę ziarna, które, przeżute, dostarczało dodatkowych, tak nam potrzebnych, kalorii. Ponieważ nasza dieta nie zawierała świeżych owoców i jarzyn, szkorbut był nagminny w obozie. Nasze pożywienie uzupełniały znajdywane na polach zapomniane marchewki czy brukiew.

Praca nie była łatwa, bo nie mieliśmy żadnych maszyn. Musieliśmy radzić sobie za pomocą kilofa, młota i łomu. Bezpieczeństwo pracy bynajmniej nie zaprzątało umysłów kapo i wypadki bywały bardzo częste, ponieważ sami też nie zawsze umieliśmy się od nich zabezpieczyć. Staraliśmy się możliwie jak najdłużej przebywać pod dachem, rozbierając wpierw mury wewnętrzne, a na końcu ściany nośne i dach. W tym stadium nie mieliśmy wyboru i musieliśmy rozwalać mury zewnętrzne w deszczu i słocie. Zadanie nasze okazało się mieszanym błogosławieństwiem, bo kapo, który miał schronienie wewnątrz, nie zależało na szybkim skończeniu roboty, natomiast SS-man patrolujący z zewnątrz robił wszystko co mógł, żebyśmy kończyli robotę jak najszybciej.

Po powrocie do obozu zastałem Mietka w bardzo kiepskim stanie. Nie poszedł do pracy. W zamian za to postanowił przyłączyć się do kolejki przed szpitalem. Miał pecha, bo pierwszym który go badał był Leo, starszy obozowy. Leo nie tylko był przełożonym wszystkich blokowych i najwyższą władzą w obozie, ale przede wszystkim kryminalistą - nosił zielony trójkąt - i to nie bez uzasadnienia. Jego silna pozycja opierała się na niesamowitej sile fizycznej i zdumiewającej pomysłowości w zabijaniu ludzi. Orzekł Mietka zdrowym, wobec czego zamiast opieki, której ten potrzebował, przyłączono go do więźniów uprawiających sport za naruszenie przepisów obozowych. Mietek ledwo trzymał się na nogach od ran zadanych mu podczas tych ćwiczeń. Po posiłku wieczornym postanowiliśmy przyłączyć go do innej grupy chorych, myśląc, że tą drogą uda nam się znaleźć miejsce dla niego w szpitalu.

Po kolacji Mietek poczuł się jednak znacznie lepiej. Nadal potrzebował pomocy lekarskiej, ale papierosy, które uzyskał sprzedawszy zupę i chleb, zdawały się dać mu chwilowe odprężenie. Było jasne, że psychicznie mój towarzysz był na drodze do zostania muzułmanem, zanim jeszcze wystąpią symptomy fizyczne. Zobojętniał prawie na wszystko oprócz palenia, które, mówił, zaspakajało głód. Zarówno żywność jak i wola do życia straciły znaczenie dla niego.

Przed blokiem 16 zastaliśmy sytuację jeszcze gorszą niż poprzednio. Tłum się powiększył, ludzie popychali się, żeby dostać się do drzwi, stąpali po ciałach słabszych od siebie, którzy upadli. Staliśmy bezradni, kiedy kilku pielęgniarzy wyszło oznajmiając, że szpital jest pełen i skończono przyjmowanie pacjentów. Czyste, pasiaste mundury pielęgniarzy i ich zdrowy wygląd ludzi dobrze odkarmionych, stały w groteskowym kontraście z kondycją ludzi szukających u nich pomocy. Między pielęgniarzami rozpoznaliśmy Freda Stoessela, młodszego kolegę z akademii wojskowej sprzed wojny. Zaczęliśmy go wołać:

- Fred! Fred! Tutaj! Chodź tutaj!

Wreszcie usłyszał i przebił się przez tłum do nas. W miarę jak się zbliżał, zastanawiałem się nad tym, jak jemu udało się zachować swój młody wygląd, piękne rysy, gdy tymczasem inni, jak na przykład Mietek, powoli więdli.

- Widzę, że Niemcy was też dostali - rzekł, stanąwszy przed nami - Dziwne, że nasze pierwsze spotkanie po szkole ma miejsce w Auschwitz. W czym mogę wam pomóc?

- Ja jestem w porządku - odpowiedziałem - ale Mietka dobił ten sport. Czy mógłbyś coś zrobić z tymi jego ranami?

Kiedy tłum przed szpitalem rozrzedził się, Fred zabrał nas przez tylne drzwi do umywalni. Tu wszyscy przyjęci pacjenci, niektórzy już tylko na wpółżywi i ledwo stojący na nogach, musieli brać prysznic. Aby oszczędzić wodę, pięciu lub sześciu myło się razem. Kładli się po prostu na podłodze, a jeden z dwóch lekko niedorozwiniętych braci Kieliszków, ktorzy nie mieli żadnego zrozumienia dla ludzkiego cierpienia, polewał ich lodowatą wodą.

Wilhelm Kieliszek miał własną metodę diagnozowania stanu pacjenta. Kierował ostry strumień zimnej wody na leżącego: jeśli ten się poruszył, znaczyło, że może jeszcze przeżyje. Tych, którzy pozostali nieruchomi, odciągało się na stronę i zazwyczaj orzekano zmarłymi w przeciągu jednej lub dwóch godzin. Wilhelm był dumny z tego, że uważano go za nieomylnego w tej dziedzinie. Doktor SS, który przeprowadzał inspekcję szpitala, nazywał go "doktor Kieliszek", mimo iż ten z zawodu był szewcem. Wilhelm nie widział w tym tytule żadnej ironii.

Innym obowiązkiem braci Kieliszek, do którego się lepiej nadawali, było trzymanie ewidencji umierających. Po rozebraniu pacjenta, jeden z braci wypisywał numer na piersi delikwenta. Konających trzymano razem, każdy zaopatrzony był w dowolny, niekoniecznie porządkowy, numer nadany przez Kieliszka. Jesienią 1940 bardzo często dwa lub trzy trupy bywały kremowane razem. W tym czasie władze obozowe odsyłały jeszcze popioły zmarłych - którzy zawsze umierali "z przyczyn naturalnych" - do rodzin, za opłatą. Ta przypadkowa numeracja nie odgrywała żadnej roli, bo popioły mieszało się i tak bez składu i ładu.

Przyjrzeliśmy się dobrze, jak odbywało się przyjmowanie pacjentów, zanim Fred powrócił z wodą utlenioną i jodyną. Obmył rany Mietka, zaaplikował obficie jodynę i, pomiędzy umierającymi i zmarłymi, zaczęliśmy dyskutować na temat obozu, powodów naszego aresztowania i wspominać stare czasy. Zauważyliśmy, że Fred miał bardzo niski numer, gdyż przybył do Auschwitz z pierwszymi 700 więźniami z Tarnowa.

- Byliśmy pierwszymi polskimi więźniami tutaj. - powiedział - Można by powiedzieć, że jesteśmy założycielami tego obozu. Aby nas odpowiednio przyjąć, Niemcy sprowadzili 30 kapo z obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Leo, odpowiedzialny za problem Mietka, otrzymał nr 1. My otrzymaliśmy numery od 31 do 720. Wtedy nie było tu żadnej pracy. Przez miesiąc uprawialiśmy "sporty", co zredukowało nas o połowę. Hansowi Bockowi powierzono odpowiedzialność za zorganizowanie szpitala. Przez długi czas był naczelnym lekarzem. Dzięki znajomości języka niemieckiego, zostałem jego asystentem. Właściwie, Hans nie jest wcale takim złym człowiekiem, kiedy SS nie ma w pobliżu.

Aczkolwiek Mietek nie został formalnie przyjęty przez Tomasza do naszej komórki, zorientował się w sytuacji przysłuchując się naszym rozmowom i w nonszalancki sposób zapytał Freda, czy on wie coś o ruchu oporu. Ten młody człowiek był bardziej ostrożny i przytaknął ledwie dostrzegalnym skininiem głowy.

- Wiem, że nie powinniśmy rozmawiać z nikim na ten temat, nieprawdaż? - oznajmił, rzuciwszy na mnie szybko okiem. - W każdym razie, mamy teraz w szpitalu polskiego lekarza o nazwisku Dering. On jest przyjacielem Tomasza, z Warszawy.

Była już prawie godzina policyjna, więc wyraziwszy parę słów podziękowania, ponaglałem do powrotu do baraku.

- Przyjdźcie znowu jutro wieczorem - rzekł Fred na odchodnym. - Może będę w stanie pogadać z niektórymi kapo w sprawie przydzielenia ciebie do lepszej grupy roboczej.

Następnego dnia byliśmy z powrotem w łaźni szpitalnej, gdzie Kieliszek przywitał nas jak starych znajomych i poszedł poszukać Freda.

- Mam dobrą nowinę - oświadczył Fred - Mietek będzie pracował w kuchni przy obieraniu kartofli i ma się tam zgłosić zaraz po porannym apelu.

Fred dał mi również nazwisko i numer więźnia o imieniu Jan, który pracował w grupie mierników. W wypadku gdyby było zapotrzebowanie na robotnika, Jan miał dać mój numer kapo, któremu ta grupa podlegała. Była to praca, do której się nadawałem o wiele lepiej niż do stolarki. Znalazłem Jana, który okazał się młodszym kolegą Freda z akademii wojskowej. Ten przyrzekł porozmawiać z kapo przy najbliższej sposobności.

Następnego dnia poszedłem z powrotem do mojej pracy rozbiórkowej, a Mietek przyłączył się do obieraczy kartofli. Był bardzo zadowolony z pracy, która polegała na skrobaniu kartofli i wrzucaniu ich do beczki z wodą. Dowiedziałem się także, że Tomasz został umieszczony u stolarzy za pośrednictwem dr. Deringa.

Tomasz nie bardzo kwapił się mówić z kim rozmawiał o naszej organizacji lub kto się do niej przyłączył. Argumentował, że im mniej wiemy, tym bezpieczniej dla nas. Do 1943 r. i tak znałem większość nazwisk, bo byłem odpowiedzialny za kontakty z członkami, których ilość znacznie przerosła nasze początkowe pięć osób. Dopytywałem się jednak uparcie o Freda i dr. Deringa i w końcu przyznał, że o nich wie. Zachęcał mnie też do wybadania możliwości u mierników, ponieważ ta grupa pracowała na zewnątrz obozu i przez nich moglibyśmy nawiązywać kontakty z podziemiem.

Poszedłem znowu zobaczyć się z Janem i po paru dniach wezwał mnie Fritz, kapo mierników. Fritz okazał się kompletnym przeciwstawieństwem innych kapo. Mimo swego zielonego trójkąta, był uprzejmy, pomocny i nienawidził gwałtu. Pomagał nam w pracy rysując mapy i kaligrafując tytuły naszych projektów pięknym, ozdobnym pismem gotyckim. Z zawodu był fałszerzem pieniędzy.

Znajomość instrumentów mierniczych i kartografii bardzo przydała mi się teraz. Po paru dniach pracowałem samodzielnie i miałem dwóch pomocników. Przydzielono nam SS-mana, który nas pilnował. W krótkim czasie przekonaliśmy się, że nie wszyscy SS-mani byli zwyrodnialcami. Niektórzy z nich, zwłaszcza starsi, byli całkiem ludzcy. Imponowaliśmy im naszą wiedzą techniczną i udawało się nawiązać z nimi przyjazną rozmowę.

Czasami wykorzystywaliśmy naszą pracę dla własnych korzyści, ustawiając przyrządy pomiarowe w pobliżu gospodarstw. Polscy gospodarze, wiedząc o warunkach w obozie i panującym tam głodzie, często podsuwali coś dla SS-manów, a przy okazji - także nam. Wartownikom nie było wolno nic przyjmować od ludności cywilnej, więc kuszenie ich żywnością stanowiło pewnego rodzaju łapówkę; przyjmując ją, musieli i nam pozwolić na to samo. Oczywiście, większość SS traktowało polską ludność cywilną jako niższą rasę i wszelkie kontakty między nami i nią uważali za usiłowanie próby ucieczki lub szpiegostwo. Nauczyliśmy się rozpoznawać te typy. Gdy byliśmy pod ich nadzorem, wykonywaliśmy naszą pracę z dala od wszelkich zabudowań.

Nasza praca nie tylko stwarzała nam możliwość sporadycznego dokarmiania się, tak istotnego dla zachowania kondycji, ale chroniła nas, przynajmniej tymczasowo, od codziennego niebezpieczeństwa zabicia. Kontakty z ludnością cywilną okazały się poźniej bezcenne. Umożliwiały nam wysyłanie listów do rodzin, w których pisaliśmy prawdę o Auschwitz, zamiast zdawkowych zdań dyktowanych przez Niemców w rodzaju: "Jestem zdrów i czuję się dobrze".

Wysyłaliśmy również listy do polskiego podziemia i wkrótce ludzie z konspiracji nawiązali kontakt z nami. Później szły regularne raporty opisujące główne zdarzenia w obozie. Podziemie przekazywało te wiadomości do kwatery głównej polskiej armii w Londynie, a stamtąd były rozgłaszane na cały świat. Od 1942 kontaktów tych używano także do informowania armii podziemnej o uciekinierach i ich przejmowaniu.

SS-manów, którzy starali się o przydział do naszej grupy ze względu na możliwość dodatkowego jedzenia i papierosów, można było skusić, za odpowiednią opłatą, na uzyskanie znacznie więcej niż kawałka chleba czy boczku. Czasami ceny te były naprawdę wysokie, bo wartownicy wiedzieli, że w razie przyłapania na braniu łapówek, sami mogliby wylądować w obozie. Ale chciwość jest potężną siłą, tak że mieliśmy zawsze kilku SS-manów chętnych do współpracy z nami.

Pewnego dnia, po powrocie z pracy, znowu zastałem Mietka w opłakanym stanie. Leo zadecydował, że obieranie kartofli było lekką pracą, którą powinni wykonywać tylko rekonwalescenci dopiero co wypuszczeni ze szpitala. Nie oznaczało to, że warunki tej pracy były takie idealne: miejsce gdzie się ją wykonywało - między kuchnią a śmietnikiem - było wystawione na stałe przeciągi na przemian gorącej pary i zimnego powietrza. Od czasu do czasu Leo wpadał do grupy obieraczy i zawsze znajdywał kogoś kto, według niego, nadawał się do cięższej pracy. Ci, za rzekome udawanie choroby, bywali karani przeniesieniem do grupy uprawiającej "sport". I taki los spotkał Mietka, który nabawił się przy tym licznych siniaków i poważnego cięcia w głowę. To spowodowało jego natychmiastową przemianę w muzułmana, zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym. Postanowiliśmy szukać dla niego pomocy i przez Kieliszka skontaktowaliśmy się z Fredem.

- Nie powinieneś się poddawać, Mietku. - radził Fred, zobaczywszy go. - Przybierając wygląd muzułmana, stajesz się zwierzyną, na którą każdy będzie polował. Spróbuj wziąć się w garść i podnieść głowę do góry.

- Wiem, że masz rację - odpowiedział Mietek - ale ja już nie mam więcej siły. Nie mogę już dłużej walczyć.

- Nie martw się - rzekł Fred. - Porozmawiam z Bockiem, blokowym szpitala, żeby cię przyjął. Zamiast pójść do roboty, przyłącz się do grupy przed szpitalem.

Następny dzień był bardzo zimny i deszczowy. Moja grupa mierniczych znalazła się pod nadzorem jednego z bardziej gorliwych przedstawicieli "super rasy". Mimo tego, że w pobliżu znajdowało się stare, puste gospodarstwo, nie mogliśmy się tam schronić przed deszczem. Nasz SS-man zajął je sam i na frontowej werandzie urządził sobie strzelnicę. Kazał nam przynieść z domu krzesło, zrobił z niego drewnianą podporę do karabinu i dla praktyki wypalił parę strzałów w pole przed nim.

- A wy teraz pomaszerujcie tam. - rzekł, wskazując wzdłuż linii jego obstrzału. - Jako tarczę wolę was od tych belek i może dzięki jednemu z was dostanę dzień urlopu z tej przeklętej dziury.

Wiedzieliśmy dobrze, że to nie były przelewki, że SS-mani "zarabiali" sobie urlopy przez zastrzelenie "uciekających" więźniów. Jedyna nadzieja leżała w tym, że komendatura obozu uważała naszą pracę za pilną i ważną, fakt, który chciałem mu przypomnieć.

- Jeśli mnie zastrzelisz - rzekłem siląc się na rzeczowość - nic nie zostanie zrobione i ty będziesz za to ponosił odpowiedzialność, a jeśli postrzelisz jednego z moich pomocników, ty będziesz musiał pracować na jego miejscu, bo komendant oczekuje wykonania tej pracy jeszcze dzisiaj.

Z tymi słowy wzięliśmy nasze instrumenty i poszliśmy w pole. SS-man, siedząc na krześle, brał cel na każdego z nas po kolei. Widać było, że nasz strach sprawiał mu przyjemność. Powiedziałem moim pomocnikom, żeby nie zwracali uwagi na jego wybryki i żeby nawet nie patrzyli w jego stronę.

Tuż przed południem, kiedy ustawiałem teodolit na listwę pomiarową trzymaną w pewnej odległości przez jednego z pomocników, rozległ się strzał. Kula uderzyła o ziemię tuż pod moimi nogami. Zwracając się do SS-mana, krzyknąłem:

- Będziesz musiał skończyć tę robotę sam, jeśli mnie trafisz.

Widziałem jak ładował karabin ponownie i brał mnie na cel. Nie było gdzie się schować, a ucieczka byłaby pretekstem do uzasadnionego strzelania. Pokładałem moją nadzieję tylko w tym, że blefował. Następne parę sekund były dla mnie i patrzących się pomocników wiecznością. W końcu SS-man podniósł głowę, zaśmiał się głośno i krzyknął:

- Obiad!

Później słyszałem o tym samym SS-manie, że przydzielony do pilnowania kolumny rozbiórkowej, poprosił jednego więźnia, żeby mu przyniósł słonecznik z sąsiedniego ogrodu. Kiedy ten zaczął iść, SS-man rozkazał mu biec i strzelił mu w plecy.

Choć przeżyłem tę próbę ognia, dzień nie zakończył się dobrze. Nie tylko polowano na mnie, byłem jeszcze przemoczony do suchej nitki. W rezultacie wyniki triangulacji były niedostatecznie ścisłe; sterroryzowany przez naszego wartownika z palcem na cynglu i zaprzątnięty problemem znalezienia schronienia od zimna, musiałem gdzieś popełnić błąd w kalkulacjach. Nasz kapo martwił się, że zostanie ukarany za nieukończenie roboty i wyrzucał mi, że zrobiłem z SS-mana wroga, który będzie próbował zastrzelić mnie przy najbliższej okazji.