TERROR I ZNIEWOLENIE

Mieliśmy mało czasu na zastanawianie się nad tym co się z nami działo, jakiego rodzaju był ten obóz i kim są ci okrutni kapo. Gdzie Niemcy znaleźli takich ludzi, którzy zachowywali się gorzej niż zwierzęta? Czy ta brutalność była tylko formą zastraszenia mającą na celu wpojenie posłuszeństwa w nowoprzybyłych?

Z czasem odkryliśmy, że wstąpiliśmy w świat z nowymi normami ludzkiego zachowania, jeśli można było nazwać je ludzkimi. Z początku w obozie nie było nic co by można było nazwać "dobrym" lub "złym." Toczyła się jakby gra między myśliwym i zwierzyną, ten pierwszy dybiący na unicestwienie drugiej, usiłującej zachować się przy życiu. Kapo byli notorycznymi przestępcami starannie wybranymi z więzień niemieckich. Pracowali ręka w rękę ze strażnikami SS. W otaczających nas warunkach im prędzej więzień nauczył się dostosować do nowych reguł, tym większe były jego szanse na przeżycie kolejnego dnia.

Przemaszerowaliśmy przez brame i stanęliśmy między dwoma rzędami budynków z czerwonej cegły. Większość SS-manów zawróciła, przypuszczalnie dla eskortowania następnej partii więźniów. Przy końcu budynku biegali ludzie ubrani w biało-niebieskie pasiaki ustawiając się w pięciorzędowe kolumny. Zaczynała się nasza metamorfoza w takich właśnie jak oni.

Gdy przyszła na nas kolej, weszliśmy do pokoju gdzie czekało na nas dziesięciu więźniów-Polaków. Rozkazano nam się rozebrać. Skrupulatnie spisano wszystkie nasze osobiste przedmioty, które następnie pakowano w duże papierowe worki. To nas napełniło zwodnym poczuciem bezpieczeństwa, rozumowaliśmy, że jeśli Niemcy mieli zamiar nas zgładzić, z pewnością nie wkładaliby tyle wysiłku w sporządzanie dokładnej listy naszych osobistych rzeczy.

Dziwne, ale wszystkie poczynania w obozie były równie systematycznie zorganizowane: egzekucje Żydów, likwidacja rosyjskich jeńców, czy eksterminacja polskich więźniow odbywały się w sposób uporządkowany. Każdy więzień miał swoją kartotekę; wszystkie zdarzenia w obozie były zapisywane; każde ciało skrupulatnie liczone, czy to żywe czy martwe.

Z naszych własnych rzeczy pozwolono nam zatrzymać tylko buty i pasek. Nago pomaszerowaliśmy do fryzjerów, którzy ogolili nam wszystkie włosy na ciele, po czym obsypali nas obficie środkami odkażającymi. Fryzjer, który mnie golił, z zainteresowaniem przypatrywał się moim butom.

- Ktoś ci je ukradnie. - powiedział - Sprzedaj mi je za trzy kawałki margaryny.

Buty były solidne, skórzane, narciarskie i wodoodporne.

- Przemyciłem wewnątrz tych butów dwie paczki papierosów. - zaproponowałem - Dam ci je obydwie, jeśli pomożesz mi zachować te buty.

Szybko dobiliśmy targu. Fryzjer zabrał moje buty i zaniósł do innego pokoju. W międzyczasie nasza grupa dostała rozkaz wyniesienia się, żeby zrobić miejsce dla następnej partii więźniów. Właśnie w chwili gdy myślałem, że mogę pożegnać się z butami, zjawił się fryzjer niosący coś co wyglądało jak moje buty pomalowane farbą i dziegciem.

- Voila - powiedział z dumą. - żaden szewc nie zrobiłby lepszej roboty.

- Coś ty z nimi zrobił! - jęknąłem - Teraz żaden z nas nie nie będzie miał porządnej pary butów.

Fryzjer popatrzył na mnie jak na wariata i oświadczył oschle:

- Auschwitz to nie jest sanatorium. Będziesz musiał się w szybkim tempie dużo nauczyć, zwłaszcza tego, że tak wyglądających butów nikt ci nie ukradnie. Później można je oczyścić. A teraz gdzie są moje papierosy?

Zaprowadzono nas do łaźni gdzie musieliśmy złożyć paski i buty na podłodze i wejść pod prysznice z małym kawałkiem mydła. Dopiero wtedy zorientowalem się, jak pomocnym był mój fryzjer. W czasie gdy byliśmy pod prysznicami, kapo przebierali między naszymi butami i paskami, wybierając dla siebie co lepsze. Nikt nie ruszył moich butów.

W tej właśnie łaźni byłem po raz pierwszy świadkiem zajścia, które wstrząsneło mną do głębi. Podniósł się rwetes; dwóch kapo goniło jakiegoś nagiego mężczyznę. Znaleźli Żyda w naszej grupie.

- Spojrz, co oni wyrabiają z tym biedakiem. - Szepnąłem do Mietka. - Oni rzeczywiście chcą go zabić tylko dla tego, że jest Żydem.

Mietek odwrócił się, by zobaczyć co się dzieje i jego oficerska duma znowu wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem. Podszedł wolno do kapo - wysoki, przystojny i nagi, lecz w pełnej postawie oficerskiej - i wykrzyknął po polsku:

- Dlaczego krzywdzicie tego człowieka? Puście go natychmiast!

Przez moment kapo byli zdumieni. Mietek miał szczęście, że nie zrozumieli ani jednego słowa z tego co mówił. Musiał dla nich przedstawiać komiczny widok: nagi, z namydloną, poważną twarzą, bo wybuchnęli śmiechem.

- Ty musisz być jednym z tych polskich wariatów! - zawołał jeden z nich po niemiecku. - Wynoś się stąd, bo pożałujesz.

Podniósł pałkę i uderzył Mietka w ramię. Kiedy ten się odwrócił, kapo kopnął go tak silnie, że Mietek upadł i prześliznął się po zamydlonej podłodze w kierunku naszej grupy pod prysznicami. Kapo wtedy wrócili do swej ofiary, która usiłowała skryć się między innymi nagusami. Zaciągnąwszy go przed SS-mana, zaczęli go znowu okładać.

Dwaj SS-mani zbliżyli się, żeby lepiej zobaczyć jak kapo znęcali się nad człowiekiem by ich zabawić. Przez długi czas nie mogłem zrozumieć podziału ról w tej grze. Kapo najwidoczniej nie mieli żadnych wrogich uczuć wobec ofiary - była ona tylko częścią inscenizacji. SS-mani przyglądali się scenie jak dwaj dygnitarze w rzymskim amfiteatrze obserwujący walkę gladiatorów. Ponieważ "gladiatorzy" byli więźniami, ich życie zależało od widzimisię widzów.

Nierzadko kapo usiłowali wpleść w procedurę zabijania jakiś "żartobliwy" komentarz . Prawie zawsze więźnia uderzano tak mocno, że pod gradem ciosów upadał. Wtedy kapo krzyczeli:

- Wstawaj! Wstawaj! Jak śmiesz leżeć w obecności SS!

Zeby go zachęcić do powstania, wymierzano kopniaki, zazwyczaj w nerki albo jądra. Jeśli ofierze udało się powstać, bito go dalej za nieodpowiednie zachowanie. Były różne warianty, w tym samym stylu, np. łamanie więźniowi nóg i wymaganie od niego, żeby biegł. Skoro, oczywiście, nie mógł, trzeba mu było wlepić "zasłużoną" karę. SS-mani przyglądali się temu wszystkiemu z uśmiechem i aprobatą, dorzucając czasami zachęcające uwagi lub obelgi pod adresem torturowanego człowieka. Kapo natomiast wywiązywali się ze swojego zadania popisując się swoją siłą i wiedzą gdzie należy uderzyć człowieka, żeby sprawić jak największy ból.

Zostawiwszy tego biednego człowieka leżącego nieprzytomnie lub już martwego, zagnano nas do przyległego pokoju, gdzie przydzielono nam nasze pasiaste ubrania. Ci, którzy nie mieli obuwia, dostali holenderskie drewniane buty. Otrzymaliśmy również indentyfikacyjne oznakowania, które od tego momentu zastąpiły nasze nazwiska: kawałek białego płótna z wydrukowanym horyzontalnie numerem i kawałek czerwonego płótna w formie trójkąta noszącego literę "P", identyfikujący nas jako polskich więżniów politycznych. Te oznaki musieliśmy przyszyć po lewej stronie naszych marynarek i spodni, z literą "P" umieszczona nad numerem. Później poznaliśmy znaczenie innych kolorów: kapo nosili zielone trójkąty bez litery lecz z dwu- lub trzycyfrowym numerem oznaczającym, że są niemieckimi przestępcami kryminalnymi; fioletowe trójkąty były dla świadków Jehowy (ktorzy, jako pacyfiści, odmawiali służby wojskowej), różowe dla homoseksualistów, czarne dla ludzi przyłapanych na usiłowaniu wyemigrowania z Niemiec. Żydzi nosili podwójny czerwono-żółty trójkąt tworzący gwiazdę Dawida oraz czarną kropkę. Przebywali w Bloku 13, zarezerwowanym dla niebezpiecznych więźniów, wyznaczonych na specjalne kary. Mieszkańcom Bloku 13 było surowo zakazane komunikowanie się z innymi więźniami.

 Mietek i ja zostaliśmy przydzieleni do Bloku 3, jednego z wielu budynków uprzednio używanych jako stajnie i koszary wojskowe. Ubrani w pasiaki pomaszerowaliśmy w miarę spokojnie do naszego nowego miejsca pobytu. Tutaj zapoznaliśmy się z nowym autorytetem: blokowym o nazwisku Hans Bruno i jego pomocnikami. To byli kapo przydzieleni do bloków jako starsi blokowi względnie starsi izbowi. Bruno był wielkim, muskularnym człowiekiem o potężnych ramionach, szerokiej, pozbawionej wyrazu twarzy, małych jasno-szarych oczach i bezbarwnym glosie. Poruszał się jak robot. Zielony trójkąt wskazywał, że jest on niebezpiecznym kryminalistą. On i jego asystenci przejęli dowództwo nad naszą kolumną przed blokiem, podzielili nas na cztery grupy i zaprowadzili do jednej z czterech izb , które miały być naszym nowym mieszkaniem.

Była już czwarta rano, ale straciliśmy rachubę czasu i nie miało to dla nas specjalnego znaczenia. Nasza sala mierzyła około pięciu metrów na dziesięć i jej jedynym luksusem była cienka warstwa luźnej słomy rozsypanej na podłodze. Do tego pomieszczenia przydzielono dwudziestu pięciu ludzi. Musieliśmy zdjąć buty i wcisnąć się do niego. Staliśmy ramię przy ramieniu i nie mogliśmy sobie wyobrazić gdzie my tu znajdziemy miejsce na spanie. Bruno i jego pomocnicy prędko rozwiali nasze wątpliwości. Wsparty imponująco o framugę drzwi, oświadczył po niemiecku, nie troszcząc się czy go kto rozumie czy nie:

- Jesteście teraz w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Jedyna droga stąd na zewnątrz prowadzi przez komin w krematorium. Jeśli ktokolwiek nie wykona otrzymanego rozkazu, będzie zabity.

Tylko niektórzy z nas byli w stanie nadać jakiś sens jego przemówieniu. Jego następny rozkaz miał piorunujący efekt.

- Padnij!

Wielu z nas nie mogło wiecej zrobić jak powiercić się w miejscu; niektórzy próbowali skurczyć się, drudzy usiłowali usiąść. Po prostu nie było możliwości poruszenia się. Bruno i jego pomocnicy przyszli nam z pomocą. Wskoczywszy do pokoju deptali po ludziach leżących już na podłodze, a tych którzy jeszcze stali walili pałami. W przeciągu dwudziestu sekund wszyscy leżeli już skurczeni na podłodze. Następny rozkaz uderzył jak nagły wystrzał karabinu.

- Powstań!

Tym razem poderwaliśmy się wszyscy możliwie jak najszybciej, nawet jeśli to oznaczało stąpnięcie komuś na głowę lub brzuch. I po raz trzeci:

- Padnij!

Znowy wszyscy padli momentalnie.

W końcu starszy blokowy zgasił światło i powiedzial:

- życzę wam dobrej nocy.

Wszyscy leżeliśmy cicho jak makiem zasiał. Natychmiast zapaliło się znowu światło.

- Powiedziałem dobranoc - rzekł Bruno - i spodziewam się równie dobrych manier z waszej strony.

Po czym powiedział jeszcze raz dobranoc. - i dodał - Jutro nauczę was grzeczności.

Światło znowu zgasło i Bruno wyszedł. W ciemności i w milczeniu próbowaliśmy dopasować nasze ciała do ograniczonego miejsca na podłodze. Leżąc na prawej stronie, przeszkadzało mi astmatyczne oddychanie i stękanie kogoś leżacego za mną, ale po szepnięciu mu, żeby był cicho, natychmiast zasnąłem.

Nie wiem czy moi towarzysze równie prędko zasnęli jak ja, ale instynktownie wiedziałem, że następnego dnia będę potrzebował pełnego zasobu sił i muszę teraz maksymalnie wypocząć. Nie czułem potrzeby ubolewania nad sobą, ani spekulowania co dzień jutrzejszy przyniesie. Nie odczuwałem strachu czy podniecenia, które mogłyby zakłócic mi sen. . Mój umysł po prostu przestał funkcjonować, oszczędzając energię potrzebną na spotkanie tego co miało przyjść. Umiejętność konserwowania energii w moim wypadku była głównym środkiem, który pomógł mi przeżyć pięć lat głodu, zimna i wyczerpania, zarówno fizycznego jak i psychicznego.

Obudził nas wcześnie rano przyjemny głos Hansa Bruno.

- Wstawać i wszyscy na dwór. Na nogi i na dwór.

Usiadłem zupełnie rozbudzony. Ku memu zdumieniu, niektórzy ze współwięźniów jeszcze spali. Potrząsnąłem faceta przede mną i ten podskoczył jakby go coś ukąsiło; jego reakcja była tak zabawna, że prawie chciało mi się śmiać. Gotów do wyjścia, podniosłem buty, które służyły mi za poduszkę i zauważyłem, że mój drugi sąsiad pozostawał skulony na podłodze. Potrząsnąłem nim mocno, ale on, zimny i sztywny, nie reagował. Przez moment doznałem dziwnego uczucia - spałem koło trupa. Gdy go szturchnąłem parę godzin temu, żeby był cicho, on prawdopodobnie wtedy umierał.

Nagle jeden z pomocników Bruna pojawił się w drzwiach. Porwałem buty i wybiegłem na dwór, momentalnie zapominając o zmarłym koledze.

Teren obozu oświęcimskiego wybrano dobrze. Położony w środku moczarów na brzegach rzeki Soły, mieścił się w byłych koszarach wojskowych. Po drugiej stronie rzeki, w odległości około czterech kilometrów, leżało miasteczko o tej samej, co obóz, nazwie (Oświęcim, po niemiecku Auschwitz). Z czasem główny obóz rozrósł się do okolicznych wsi miedzy rzekami Sołą i Wisłą, gdzie znajdowała się wieś Brzezinka, która dała poźniej imię drugiemu osławionemu obozowi. W 1942 Brzezinka była sto razy większa niż początkowy obóz w Oświęcimiu i miała urządzenia zdolne eksterminować od 3,000 do 6,000 osób dziennie.

Tego poranka nie w głowie były mi jednak myśli o strategicznym położeniu obozu. W zimnej wilgoci świtu, gęsta mgła i ciemność były raczej mile widziane. Czułem się pewniej, jak gdybym mógł ukryć się w tej mgle, a może nawet w nią uciec. Wkładając buty stwierdziłem, że Mietek jest obok mnie. Przypomniał mi się incydent Mietka z kapo i jak blisko otarl się o śmierć. Jego wyobrażenie o pozycji polskiego oficera w rękach niemieckich były oczywiście śmieszne i wręcz niebezpieczne. Mimo to nie mogłem się oprzeć refleksji, że on rzeczywiście wyglądał na prawdziwego oficera. Był wysoki i bardzo przystojny: podporucznik-podrywacz; inni nie mieli szans u kobiet, tam, gdzie pojawiał się Mietek. Świadom swojej urody, nosił się z pewnością siebie, wręcz nonszalancją, co jeszcze bardziej potęgowało jego powodzenie u kobiet .

Teraz siedział przy mnie zakladajac swoje lekkie, eleganckie buty, bardziej pasujące do urzędowego garnituru niż więziennych pasiaków, które mieliśmy na sobie. W chwili gdy sugerowałem mu aby rozejrzeć się po otoczeniu, z mgły wyłoniła się grupa więżniów w pasiakach. Ich ubrania były brudne, twarze szare i wychudłe, świadczące o tym, że byli częścią transportu z Warszawy przybyłego do Auschwitz dwa miesiące wcześniej. Zaczęliśmy zasypywać ich gorączkowo różnego rodzaju pytaniami: Jak jest w obozie? Co oni z nami zrobią? Czy ludzie tutaj umierają i dlaczego? Czy będziemy tutaj pracować? Co mamy robić?

Ci starsi więźniowie zdawali się być niechętni do udzielania precyzyjnych odpowiedzi. Mówili tylko, że jest bardzo ciężko i żeby mieć oczy z tyłu głowy. Domyślaliśmy się tego, jednak w pełni zrozumieliśmy to dopiero po paru dniach. Poinformowali nas także, że pierwsze dwa czy trzy dni będą najtrudniejsze, bo będą wypełnione wojskową musztrą. Ani Mietek ani ja nie przestraszyliśmy się tym, wiedzieliśmy coś niecoś o mustrze z naszego pobytu w wojsku. Nie wiedzieliśmy jednak, jak bardzo ta obozowa musztra jest inna od tej, ktorą znaliśmy z wojska.

Głównym powodem, dla którego więźniowie ci przyszli do nas, była chęć handlu zamiennego. Wszystko było na sprzedaż na obozowym czarnym rynku, począwszy od odzieży a kończąc na żywności. Chleb był jednostką, według której mierzyło się wartość wszystkich innych rzeczy; był tym samym standardem jakim jest złoto na międzynarodowym rynku walutowym.

W tym momencie interesowała mnie tylko woda i wyruszyłem na jej poszukiwanie, żeby się napić i umyć. Nie musiałem jej długo szukać, gdyż znalazłem pompę na środku placu - jedyną w naszym obozie na 5,000 ludzi. Jeden z więźniów ostrzegł mnie, że woda w niej pochodzi z moczarów i można się od niej poważnie rozchorować. Zauważyłem jednak paru rozebranych do pasa ludzi myjących się przy niej. Znalazłem w kieszeni parę kawałeczków mydła ocalonych z prysznica i szybko natarłem twarz i ręce w lodowatej wodzie.

Zachowanie czystości w tych warunkach okazało się bezwzględnie koniecznym warunkiem przeżycia. Brak higieny powodował rozprzestrzenianie się choroby skórnej objawiającej się przez małe swędzące bąbelki, które drapane krwawiły i rozwijały się w zakażone rany (po prostu świerzb). Brudny lub chory więzień działał na SS-mana, lub kapo, jak czerwona płachta na byka. Ludzie karani za niechlujstwo w pierwszej kolejnosci byli skazani na stracenie.

Minęło sporo czasu zanim zdaliśmy sobie sprawę, że byliśmy w obozie zagłady a nie w obozie koncentracyjnym, czy pracy. Wszystko w Auschwitz służyło terroryzowaniu więźniów, trzymaniu ich w stałym zastraszeniu, co ułatwialo kontrolę nad nimi. Przypuszczam, że obozy koncentracyjne były poligonem doświadczalnym dla SS, przygotowującym ich do panowania nad podbitymi narodami. Terror był stosowany na każdym kroku w życiu więźnia.

Wydawałoby się, że miejscem gdzie terror nie powinien mieć miejsca powinna być latryna obozowa, która, otoczona niskim płotem, leżała za naszym blokiem. Zauważyłem jednak, że od czasu do czasu i tam wpadali kapo, waląc pałami na prawo i lewo, dopóki nie przepędzili wszystkich. Ich zachowanie było zagadkowe, bo nie mogłem sobie wytłumaczyć dlaczego ktoś miałby być napadany w latrynie. Później dopiero uświadomiłem sobie, że wchodził tu w grę niemiecki charakter: wszystko musi być zorganizowane w uporządkowany sposób, w latrynie i gdziekolwiek. Tylko określona liczba osób mogła korzystać z latryny w określonym czasie i przez ograniczony czas. Stanie w kolejce było zabronione i wszelkie próby przedłużenia tych paru dodatkowych chwil względnego spokoju musiały być unicestwione.

Wstrząsającym przeżyciem bylo spotkanie w latrynie więźniów z bloku karnego, 13-go. Mieli oni całkowity zakaz komunikowania się z innymi więźniami. Żałosną kolumnę eskortowali kapo, ale ci już nie bili - oni masakrowali! Najlepiej było wtedy zapomnieć o wszystkim i natychmiast zniknąć z pola widzenia.

Był to jednak nasz pierwszy dzień w obozie i nie wiedzieliśmy jeszcze, z której strony czyha niebezpieczeństwo. Nagle, jakby na cichy znak, wszyscy przerwali to co robili i pobiegli do swoich baraków, niczym ptaki spłoszone przez ukrytego drapieżnika. Przyjąłem to za znak ostrzegawczy i również pobiegłem. Tym razem instynkt zawiódł mnie. To była pora na śniadanie. Z kuchni obozowej przybyli więźniowie niosący 50 litrowe kotły gorącej kawy, dwóch przy każdym kotle. W naszym bloku chleb i margaryna były podzielone już na równe porcje przez pomocników blokowego. Każdy bochenek chleba był dokładnie wymierzony zanim został pokrajany na pięć równych części. Wszyscy obserwowali pomocników jak sępy. Tego pierwszego ranka nie byliśmy jeszcze naprawdę głodni, przeto cała ta ceremonia wydawała nam się niepotrzebna i niepoważna. Niedługo potem jednak stała się najważniejszym wydarzeniem dnia i podział chleba uważany był za coś w rodzaju świętego obrządku.

Z czasem odkryliśmy, dlaczego blokowy i jego pomocnicy wyglądali tak zdrowo. Po pierwszej nocy cztery trupy leżały w naszych barakach. Liczba porcji była jednak ustalana na wieczór przedtem i te cztery porcje poszły na ich konto. Przyszło mi również na myśl, że ta brutalność poprzedniej nocy miała na celu nie tylko wdrażanie dyscypliny. Była ona normalną praktyką, przez którą kapo i blokowi zapewniali sobie dodatkowe jedzenie.

Po śniadaniu spotkałem Mietka spacerującego z papierosem w ustach, więc zapytałem go gdzie go dostał, gdyż wiedziałem, że nie miał pieniędzy na kupno w sklepie obozowym.

- Jakiś facet dał mi całą paczkę za ten nędzny kawałek chleba, który dostaliśmy dzisiaj rano - powiedział zadowolony z siebie.

Ja również paliłem, ale wiedziałem, że za ten luksus w więzieniu, czy w obozie, trzeba będzie słono zapłacić. Kawałek chleba nie wydawał się wysoką ceną za paczkę papierosów, ale wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy, że chleb będzie naszym głównym źródłem energii. Powziąłem decyzję niepalenia na tak długo, jak będę w obozie. Mietek miał drogo zapłacić za swoją słabość.

Nasza dyskusja na temat handlu zamiennego została przerwana ogłoszeniem apelu. Każdy blok miał swoje wyznaczone miejsce na głównym placu. Blok Nr 3 zbierał się nieopodal bramy wejściowej, gdzie Bruno i jego pomocnicy ustawili nas w dwa rzędy, układając zmarłych i na wpół żywych na końcu rzędów. Liczenie widocznie nie należało do ich mocnych stron, bo musieli to robić kilkakrotnie, zanim byli zadowoleni, że jesteśmy wszyscy obecni.

Po pewnym czasie otworzyła się brama i kilku SS-manów weszło do obozu. Poszli wpierw na drugi koniec placu, skąd usłyszeliśmy rozkaz wydany przez jednego z blokowych.

- Baczność! Czapki z głów!

Cały blok odpowiedział po wojskowemu, wpierw stanąwszy na baczność, potem podnosząc ramię do czapek i zdejmując je z głośnym uderzeniem o udo. Ci, którzy nie mieli jeszcze czapek, jak na przykład my, również musieli wykonywać te same ruchy. SS-mani przeliczyli wszystkich więźniów, zarówno żywych jak umarłych, i po wojskowemu zameldowali wynik SS-manowi w wyższej randze, tzw. Raportführerowi. Ten z kolei wydał rozkaz całemu obozowi stanąć na baczność, by zdać raport komendantowi obozu. Następny rozkaz brzmiał: "Do pracy!" Starzy więźniowie rozbiegli się we wszystkich kierunkach formując się w kolumny, które, przejęte przez kapo, odmaszerowały do ich dziennych zadań.

Raportführerem w ówczesnym czasie i w roku następnym był młody kapral Palitsch. Gładko wygolony, o wysokim czole i wyraźnych, cienkich ustach, miał w sobie coś z aroganckiego szkolnego nicponia. Z racji tego, że mieszkał wraz z żoną tuż za bramą obozu, więźniowie mieli sposobność obserwowania tej szczęśliwej pary bawiącej się z ich dwojgiem małych dzieci i darzących się nawzajem pieszczotliwymi imionami. Niestety, mieszkańcy obozu pamiętają go jako najokrutniejszego oprawcę.

Tylko nieliczni SS-mani osobiście bili i torturowali więźniów. Większość z nich zadowalała się przyglądaniem spektaklom, jakie urządzali dla nich kapo. Palitsch był inny. Postawił sobie za cel uzyskać dla siebie reputację oprawcy, którego okrucieństwo pozostawiało daleko w tyle któregokolwiek z kapo. Od czasu do czasu miejscowe jednostki Gestapo dostarczały do Auschwitz więźniów przeznaczonych na stracenie. Początkowo egzekucje te były wykonywane przez plutony egzekucyjne dowodzone przez Palitscha. Później ten młody Raportführer wykonywał je osobiście. Więźniów skazanych na śmierć prowadzono na Blok 13. Tam musieli się rozebrać, zawiązywano im za plecami drutem ręce i po kolei wyprowadzano na podwórze, gdzie Palitsch zabijał ich strzałem z .22 pistoletu w tył głowy. Czasami mężczyzn, kobiety i dzieci spotykał taki los nawet bez dopuszczenia do obozu. Z opowiadań więźniów, którzy byli świadkami takich egzekucji, dowiedziałem się, że kiedy ofiarą była kobieta z dzieckiem w ramionach, Palitsch nie kwapił się z zastrzeleniem dziecka, zabijał je roztrzaskując jego głowę o mur, delektując się przy tym obserwowaniem rozpaczy matki i dopiero potem strzelal do niej. Obserwowałem tego człowieka przez trzy lata. Poza obozem był on kochającym mężem i ojcem, który zachowywał się jak gdyby był całkiem normalnym człowiekiem. Zdawało się, że, im więcej kochał swoją rodzinę, tym większa była żądza wytępienia wrogów jego rodziny. Niewątpliwie, w swoim własnym przekonaniu, był bardzo patriotycznym Niemcem.

Spora część pracy wykonywanej przez więźniów odbywała się poza obrębem obozu. Te "komanda" pracy, jak je nazywano, maszerowały przez bramę śpiewając radosne pieśni w rodzaju czegoś co brzmiało jak: "Holla-ri, Holla-ra". Trochę mnie to zdumiewało, że ci ludzie tak radośnie śpiewali, do czasu jak się dowiedziałem, że pieśni tych uczyli ich kapo i zmuszali ich do śpiewania w drodze do pracy i przy powrocie z pracy. Prawie każda kolumna przynosiła ze sobą parę trupów - więźniów zabitych przez kapo w czasie pracy - jak również pomagała wielu rannym, którzy ledwo mogli chodzić. Na tle tego codziennego widoku, skoczne melodie brzmiały makabrycznie, wręcz nieprzyzwoicie.

Pierwszego dnia nasz blok nie poszedł do pracy. Bruno potrzebował siły roboczej i postanowił wybrać ją spośród naszych szeregów. Zaczął od pytania kto z nas był w więzieniu przed wojną. Nikt nie wystąpił. Oczywiście, nie wzbudzał on wielkiego zaufania. Wyjaśnił potem, że stosunki w obozie były na modłę tych panujących w więzieniach; krótko mówiąc potrzebował pomocników z doświadczeniem. Większość ludzi w naszym transporcie pochodziła z łapanek ulicznych w Warszawie, przeto było mało prawdopodobne, aby wszyscy zasługiwali na miano więźniów politycznych. W każdym razie, sześciu więźniów wystąpiło.

Bruno wtedy spytał, kto mówi po niemiecku. Tym razem wystąpił 16 ludzi. Zadał im parę pytań w rodzaju: Jakie masz wykształcenie? Coś robił przed wojną? Tego z najniższym wykształceniem mianował tłumaczem blokowym, jak również wykorzystał go przy przesłuchiwaniu tamtych sześciu , którzy uprzednio byli w więzieniu. Ich przestępstwa sięgały od kradzieży, poprzez napady, do morderstwa. Wybrał jednego mordercę i trzech złodziei. To mieli być nasi bezpośredni zwierzchnicy, odpowiedzialni za utrzymywanie porządku w pokojach, przynoszenie i dystrybucję żywności, spanie i wstawanie, ograniczanie używania ubikacji i generalnie doglądanie, żeby nasze zachowanie było zgodne z upodobaniami i widzimisię kapo oraz jego pomocników. Mieli również zadanie nauczenia się niemieckiego do przyszłego tygodnia, bo jak nie, to Bruno ich "nauczy."

Pozostała do wypełnienia tylko pozycja pisarza/księgowego bloku. Jego zadaniem było utrzymywanie dokładnego spisu naszej grupy - kto zmarł, kto był chory - to znaczy określenie jaką ilość żywności należy pobrać z kuchni. Bruno liczył na to, że pisarz będzie oszukiwał w swoich obliczeniach, aby dostawac większa ilość porcji niż liczba gąb do wyżywienia. Nazywało się to "organizowaniem". Termin ten był monetą obiegową między więźniami i z czasem wszyscy "organizowali" co się dało - żywnośc, ubranie, papierosy i wszelkie inne niezbędne artykuły.

Póżniej dowiedzieliśmy się, że Bruno miał swoich wybrańców, którzy tworzyli uprzywilejowaną klasę więźniów mającą zastąpić jego asystentów. Ci, wywodzący się z kolumn roboczych, byli zbyt zajęci, żeby mogli mu pomagać w utrzymywaniu porządku w bloku. W rzeczy samej, nowa administracja nie była lepsza od poprzedniej. Dla nas było to wprowadzeniem w zawikłany system przywilejów, który można znaleźć w każdym więzieniu w każdej epoce. Im większa odpowiedzialność, tym większe korzyści.

W czasie selekcji naszych nadzorców paru kapo zbliżyło się do naszego bloku. Bruno zebrał swoich nowowybranych kandydatów i oświadczył, że kapo będą nas teraz uczyli podstawowej musztry obozowej. Pierwsze ćwiczenie polegało na staniu na baczność i zdejmowaniu i wkładaniu urojonych czapek. (czapek nie otrzymaliśmy aż do grudnia, prawie cztery miesiące później). Następnie uczyliśmy się maszerować, stosunkowo prosta rzecz, gdyby nie to, że stosowano niemieckie "kary wojskowe", gdy grupa nasza nie reagowała na komendy "jak jeden mąż". Kary te polegały na bieganiu wokół placu, skakaniu w kucki, chodzeniu ze zgiętymi nogami i rękami zawieszonymi nad głową, robieniu "koziołków", turlaniu się po ziemi, lub po prostu kręceniu się w kółko z zamkniętymi oczyma. Jeśli te polecenia, które zabierały więcej czasu niż sama musztra, nie zostały wykonane ku zadowoleniu kapo, sążniście stosowano kary wlasciwe, przy pomocy pałek.

Te ćwiczenia karne były w rzeczywistości jeszcze jednym testem zdolności utrzymania się przy życiu. Zbyt szybkie turlanie się po ziemi powodowało zawrót głowy i klopoty z utrzymaniem równowagi, na co tylko kapo czekali, żeby zacząć pałować. Nie można było również być za powolnym, bo kapo przy końcu kolumny był zawsze gotowy ukarać tych, którzy nie podążali za resztą. Pierwszymi ofiarami byli zazwyczaj starsi mężczyźni lub tacy, którzy prowadzili siedzący tryb życia i przez to byli mniej sprawni fizycznie. Po dwóch godzinach takiego traktowania pozostawał zazwyczaj tuzin na ziemi, nie będących w stanie się poruszyć. Było to bez znaczenia, że oni tam konali; ci którzy jeszcze żyli nie byli w stanie chodzić i nikomu nie wolno było im pomóc. Zresztą i tak nikt nie spieszył się z pomocą.

Nasza metamorfoza w istoty nieczułe na cierpienia innych była na dobrej drodze. Wiedzieliśmy, że ludzie wyciągnięci na ziemi u naszych stóp i tak byli skazani na śmierć. Było to instynktowne uświadomienie, to samo które występuje w pasącym się stadzie, kiedy drapieżnik zabija jednego z nich. Reszta wie, że nie może pomóc; co więcej, wie, że uwaga drapieżnika skierowana na padlinę, daje stadu szansę na zachowanie własnego życia na trochę dłużej.

Rozległ się gong na obiad. Pozbieraliśmy naszych umarłych i rannych i pomaszerowaliśmy do naszego bloku gdzie pozwolono nam rozejść się. W międzyczasie nasi nowomianowani starsi izbowi uwijali się. Przynieśli z kuchni duży, 50-75 litrowy kocioł z wodnistą czarną kawą, której jedyną cechą dodatnią było to, że była gorąca. Każdy z nas był już wtedy dumnym właścicielem blaszanej menażki, do której wlano litr tej kawy, co razem z pozostałym ze śniadania chlebem stanowiło nasz obiad.

Przerwa obiadowa napełniła nas niewysłowioną radością, pozwoliła złapać oddech, jak po długim, wyczerpującym biegu. Kapo poszli do swego baraku i zostawili nas samych. Nam nie było wolno wejść do naszego baraku, ale pogoda była dobra; mgła się rozeszła nad bagniskami i słońce zaświecilo poprzez gorące i wilgotne powietrze.

Usiadłem na kamieniach koło Mietka, aby obejrzeć jego zranione ramię. Ponieważ był wysoki, musiał odbyć cała musztrę w pierwszej piątce kolumny, co narażało na ciągłe uderzenia pałek kapo.

- Ci przeklęci kapo - uskarżył się gorzko - nie mają pojęcia o wojskowym drylu. Gdyby mnie powierzyli sprawę, cały blok maszerowałby jak na paradzie i nawet nie uderzyłbym nikogo.

Jego uwaga tak mnie zaskoczyła, że nie mogłem się oprzeć zgryźliwemu pytaniu:

- A tobie wydaje się, że gdzie jesteś? W akademii wojskowej ćwicząc kadetów? Spójrz na siebie: wyglądasz bardziej na dziada niż na oficera. Musimy zapomnieć o tym czym byliśmy i zadowolić resztką tego co z nas jeszcze pozostało.

Nasza rozmowa została podsłyszana i zrozumiana przez jednego z więźniów siedzących opodal, który podszedł do nas i spytał:

- Przepraszam, czy panowie są oficerami polskiego wojska?

Było to wysoce niedyskretne pytanie. W ciągu moich przesłuchań przez Gestapo nigdy nie pozwoliłem sobie na przyznanie się, że mam jakikolwiek związek z armią, ze względu na konsekwencje, jakie mogłoby to pociągnąć za sobą. Mietek natomiast nie był tak ostrożny, przyznawał, że był oficerem, ale zaprzeczał przynależności do organizacji podziemnej (za takie wyznanie odpokutowało się później: jesienią 1942 wszyscy mężczyźni znani Gestapo jako byli oficerowie, zostali rozstrzelani.)

Podejrzewając pułapkę w tak bezpośrednim pytaniu, umilkłem. Mietek natomiast, w swojej nałogowej reakcji na każdą wzmiankę wojska, oświadczył całkiem otwarcie jaki był jego stopień i spytał dlaczego pytający chciał wiedzieć. Ten uśmiechnął się nieśmiało i przedstawił się:

- moje nazwisko Tomasz Serafiński. Byłem kapitanem w kawalerii Wileńskiej Brygady.

Nie wyglądał na kapitana, może z powodu jego nieatletycznej postawy i młodej, piegowatej twarzy. Głos miał miękki, mało autorytatywny - przedstawiał człowieka przywykłego raczej do słuchania niż wydawania rozkazów. Jego miękki wschodni akcent przekonał mnie jednak do niego natychmiast i bez wątpienia przyczynił się do tego, że później zaliczałem go, po Mietku, do moich najbliższych przyjaciół. W tej chwili chciałem dowiedzieć się o nim jak najwięcej.

- Pan jest z tych samych stron Polski co ja - rzekłem - może mamy wspólnych znajomych. Moje nazwisko Piekarski. Czy to panu coś mówi? Słyszałem, że moi rodzice zostali aresztowani przez Rosjan i wywiezieni na Syberię.

- Jeśli pana ojciec był fizykiem - odpowiedział Tomasz - to był on moim profesorem na pierwszym roku na Uniwersytecie Wileńskim. Nauki ścisłe nie były moją silną stroną, ale on był znakomitym nauczycielem, tak że nawet ja mogłem zrozumieć. Ponieważ nie byłem w Wilnie w momencie wybuchu wojny, nie wiem co się z nim stało, jak również z niektórymi z moich krewnych.

Aczkolwiek byłem rozczarowany, że nie miał wiadomości o moich rodzicach, jednak z przyjemnością usłyszałem, że znał mego ojca i miał dla niego duże uznanie. Mimo to, nie wszystko było jednak jasne dla mnie.

- Przypuszczam, że mogę powiedzieć, że ja także służyłem w kawalerii Wileńskiej Brygady, wobec czego dziwi mnie dlaczego myśmy się nie spotkali. Na pewno powinien pan pamiętać podporucznika z 9 Dywizji Artylerii Konnej, który stale wygrywał z oficerami kawalerii w skokach?

- Przykro mi pana rozczarować - powiedział Tomasz - ale przez ostatnie pięć lat przebywałem w Warszawie i nie było mi danym być świadkiem triumfów artylerii konnej nad kawalerią.

Moje chełpienie się nie uszło jego uwagi, więc prędko dodałem:

- Nie miałem zamiaru chwalić się;szkoda, że nie spotkaliśmy się przed wojną, w ubiegłym roku w Warszawie. Muszę wytłumaczyć dlaczego porzuciłem jazdę konną. Widzi pan, ja zawsze pragnąłem zostać inżynierem. Moi rodzice nie byli w stanie posłać mnie do szkoły kadetów rezerwy artylerii w Włodzimierzu. Jak panu wiadomo, wielu młodych ludzi decydowało się na odrobienie jednego roku służby wojskowej przed rozpoczęciem studiów. Ale po roku sytuacja w domu nie zmieniła się, więc zdecydowałem się zostać zawodowym oficerem i zlożyłem podanie o przyjęcie do Akademii Wojskowej w Toruniu, którą ukończyłem jako podporucznik artylerii w 1936. Ponieważ byłem mocny w matematyce i przedmiotach technicznych oraz hipice, zostałem przydzielony do 2 Dywizji Konnej Artylerii w Dubnie.

Tylko połowa naszej przerwy obiadowej minęła, kiedy Bruno wyłonił się ze swego baraku i zażądał dziesięciu ochotników. Zauważyłem jednak, że nie powiedział na co ich potrzebuje. Do tego czasu ustaliłem sobie jedną ważną regułę życia obozowego: nie należy nigdy iść na ochotnika. Słuszność tej zasady sprawdziła się, kiedy Bruno w jakiś czas potem spytał, czy są między nami ludzie potrafiący grać na fortepianie. Pytanie było tak niespodziewane, że o mało co nie podniosłem ręki, ale natychmiast powstrzymałem się. Trzech ochotników wystąpiło w oczekiwaniu możliwości popisania się, nie zastanawiając się nawet nad tym, czy obóz posiada fortepian. Bruno wtedy filuternie oświadczył, że właśnie trzech potrzeba do czyszczenia latryn; ze względu na brak narzędzi, potrzebował do tej roboty ludzi o dobrej sprawności manualnej.

Tym razem jednak nie było ochotników. To bynajmniej nie zdziwiło Bruno. Po prostu wybrał sam dziesięciu ochotników. W ich liczbie znalazł się Tomasz i ja. Poszliśmy za nim do baraków, gdzie starsi blokowi byli już zajęci napychaniem wiorów drewnianych do sienników - nowy luksus mający polepszyć nam życie.

Tomasz został przydzielony mi jako partner w pracy. Razem wypracowaliśmy system: pracować tylko jak ktoś patrzy. Podjęliśmy naszą przerwaną rozmowę i Tomasz spytał jak wylądowałem w Warszawie i teraz w Auschwitz. Wyglądało mi to na przesłuchanie i było nim w rzeczy samej, o czym dowiedzialem się później. Mimo tego byłem rad, że mogłem rozmawiać z kimś z mojego rodzinnego miasta.

-  Po dwóch latach w Dubnie, mimo możliwości uprawiania jazdy konnej, doszedłem do przekonania, że nie byłem odpowiednim materiałem na zawodowego oficera. Wkrótce po przeniesieniu do Wileńskiej Brygady Kawalerii dowiedziałem się o konkursowym egzaminie, rozpisanym na całą Armię Polską, na studia inżynieryjne. Uczyłem się w każdej wolnej chwili, jak możesz się domyślić, dostałem stypendium wojskowe i zostałem przyjęty na Politechnikę Warszawską.

- To na pewno bardzo trudny egzamin - rzekł Tomasz - ale to już było dwa lata temu. Co takiego zrobiłeś żeby zasłużyć sobie na sławetny przydział do Auschwitz?

- Reszta historii jest prawdopodobnie taka sama jak twoja. Kiedy skończyłem, pierwszy rok, wybuchła wojna i zostałem przydzielony do 22 Dywizji Lekkiej Artylerii. Byłem ranny w kampanii przeciwko Niemcom, ale potem Armia Sowiecka napadła na Polskę i, leżąc w szpitalu, zostałem sowieckim jeńcem wojennym. Uciekłem ze szpitala, wróciłem do Warszawy i poślubiłem moją narzeczoną. Jako zawodowy oficer, naturalnie wstąpiłem do podziemnej armii. Nasz dowódca, tak samo jak ja kapitan kawalerii, był idiotą, bo trzymał listę naszych nazwisk, adresów i pseudonimów jedno obok drugiego. Z tej przyczyny Mietek i ja znaleźliśmy się tutaj.

Tomasz uśmiechnął się swoim nieśmiałym, zagadkowym uśmiechem, zauważył, że nie wszyscy kapitanowie kawalerii byli idiotami i zaproponował rozmawiać o czymś bardziej przyjemnym. Znaleźliśmy innych wspólnych znajomych, których znaliśmy przed wojną i postanowiliśmy nie kończyć pracy za wcześnie, ale pozostać w baraku w czasie, gdy inni musieli wrócić na popołudniową musztrę. Udało nam się. Napychanie sienników wiórami było o wiele łatwiejsze niż kombinowanie jak przeżyć musztrę i towarzyszące ćwiczenia, które kapo nazywali "uprawianiem sportu."

Tego popołudnia zapoznałem się ze specjalną metodą transportu w obozie. Pięciu ludzi, właczając mnie, wysłano do magazynów po odbiór koców. Bruno i pisarz blokowy poszli z nami. Skierowano nas na tył kuchni, gdzie znaleźliśmy kilka furmanek, zazwyczaj ciągnionych przez dwa konie. Nie podejrzewaliśmy, że niebawem my będziemy tymi końmi: dwóch z przodu przy dyszlu, trzeci z tyłu i po jednym po bokach furmanki. System ten był powszechnie używany we wszystkich niemieckich obozach koncentracyjnych. Nasz pojazd, nazywany "rollwagen", musieliśmy toczyć truchtem gdy był pusty, a tak szybko jak się tylko dało, kiedy był wypełniony.  W ten sposób  przetransportowaliśmy około 400 koców pomiędzy kuchnią i naszymi blokami. Była to ciężka praca, ale gdy przebiegaliśmy obok tych nieszczęśliwców turlających się po ziemi, poganianych do szybszego zwijania się ciosami pałek kapo, byliśmy radzi, że ciągniemy nasz "rollwagen".

Napychanie sienników i składanie koców przy końcu sali zajęło nam całe popołudnie. Dopiero na krótko przed wieczornym apelem musieliśmy się przyłączyć do uprawiania sportu. Zobaczyliśmy wtedy powracające kolumny robocze. Śpiewając niemieckie pieśni, maszerowali przez główną bramą, gdzie SS-mani liczyli ich, żeby sprawdzić czy liczba powracających zgadzała się z liczbą tych, którzy opuścili obóz rano. Za każdą kolumną jechali ludzie w taczkach pchanych przez ich kolegów; niektórzy z nich martwi, inni cięźko ranni. Wyglądało na to, że chodzenie do pracy nie było wcale lepsze niż pozostanie w obozie i "uprawianie sportu".

Po apelu otrzymaliśmy nasz pierwszy główny posiłek - pół litra zupy: mieszanka kartofli i kaszy w gorącej wodzie. Była bez smaku, ale wydawała się dość pożywna. Póżniej dowiedzieliśmy się, że wydanie tej zupy było pomyłką; taką zupę dostawało się zazwyczaj tylko w niedzielę. W dni robocze wydawano żółtą wodę z pływającymi w niej kawałkami rzepy. Po skończonej kolacji pozostało nam trochę wolnego czasu przed ciszą nocną, więc Mietek i ja wybraliśmy się na rozpoznanie obozu.

W 1940 r. obóz koncentracyjny w Auschwitz składał się z 20 baraków, dziewięć po jednej stronie i jedenaście po drugiej. Pośrodku, naprzeciw kuchni, mieścił się plac apelowy. Później dodano drugie piętro do wszystkich budynków i zbudowano osiem nowych baraków wokół środkowego placu. Powiększono rownież kuchnię, żeby można było gotować dla większej ilości więźniów. Zbudowano także, ze stalowych szyn, długą szubienicę przed budynkiem kuchni, w najbardziej widocznym miejscu. W czasie publicznych egzekucji do 20 ludzi naraz mogło być na niej powieszonych. Wiszące na stryczkach ciała pozostawiano do następnego rana. Umieszczenie szubienicy naprzeciwko kuchni stanowiło jeszcze jedną metodę trzymania wszystkich w postrachu. Więżniowie, którzy szli do kuchni po odbiór jedynej w ich życiu przyjemności w postaci cennego pokarmu, musieli unikać zetknięcia się z wiszącymi ciałami swoich kolegów. Ten sam perwersyjny zmysł humoru natchnął w 1941 roku komendanta obozu Hössa do utworzenia orkiestry akompaniującej śpiewającym więźniom w czasie wymarszu do pracy i później powracającym z niej, ciągnąc za sobą ciała martwych towarzyszy. W czasie wizyt delegacji Czerwonego Krzyża, przysłanych w celu sprawdzenia humanitarnego traktowania więźniów, orkiestra ta pełniła zwodniczą rolę w przekonywaniu gości, że w Auschwitz panuje zadowolenie i wręcz przyjemna atmosfera.

Przeszliśmy z Mietkiem przez plac apelowy i zbliżyliśmy się do Bloku 13 po drugiej stronie obozu. Spostrzegliśmy wyraźną pustkę dookoła tego bloku. Wszyscy starali się okrążać go, jak gdyby był siedzibą jakiejś strasznej choroby. Nikomu nie było wolno stamtąd wychodzić i nikt nie kwapił się wejść do środka. Kiedy zbliżyliśmy się do niego, nadjechał w pełnym galopie rollwagen ciągnięty przez jego mieszkańców. Starszy Bloku 13 stał na wozie zaopatrzony w długi bicz, którym z widocznym zadowoleniem okładał swoje "konie". Więźniowie na placu lub między budynkami rozbiegli się na boki, żeby uniknąć nie tylko wozu, ale także zasięgu bicza blokowego. Wyglądał jak rzymski imperator na rydwanie, przejeżdżający przez tłum niewolników. Tak też na pewno się czuł.

Wóz w końcu zatrzymał się przed blokiem karnym, którego drzwi otworzyły się natychmiast. Z głębi, wśród krzyku i klątw, wyłonili się więźniowie niosący za ręce i nogi nagie ciała swych towarzyszy. Zbliżywszy się do wagonu, rozhuśtywali je na boki i wrzucali na zwłoki już leżące na dnie wagonu. To nie była przyjemna praca. Ciała były brudne i pokryte kałem. Ludzie ci zachowywali się jak pozbawione uczuć roboty.

Cała ta scena była makabryczna nawet dla tych, którzy byli obeznani ze śmiercią. Trupy lecące w powietrzu, machające rękami i nogami, wyglądały jak duchy w drodze na jakiś złowieszczy rytuał. Równie wstrząsającą była liczba ciał wyniesiona z bloku; wagon mający boczne ściany był wypełniony do szczytu. Był tak ciężki, że ludzie ciągnący go nie mogli ruszyć z miejsca, co dawało blokowemu okazję do okrutnego okładania ich biczem. Ich wysiłki były jednak nieskoordynowane, bo kiedy jeden był bity, drudzy wykorzystywali czas na otrząśnięcie się z uprzednio otrzymanych razów. W końcu blokowy sam się zmęczył okładaniem swych ofiar i przywołał czterech dodatkowych ludzi z bloku. Przy ich pomocy wóz ruszył wolno w kierunku krematorium.

Zapytaliśmy się co się dzieje w tym karnym bloku, że ginie w nim tylu ludzi. Okazało się, że w naszym transporcie wykryto wielu Żydów i wszystkich ich tam umieszczono. Między nimi był sławny siłacz o nazwisku Schmelling, który zaimponował Niemcom swoją niezwykłą siłą, w rezultacie czego uzyskał uprzywilejowaną pozycję w 13-stce. Jako Żyd, nie mógł co prawda opuszczac bloku, ale przydzielano mu tyle żywności, ile mógł zjeść. W zamian za to SS-mani wymagali od niego popisów siły, a w szczególności, jak potrafi uśmiercić człowieka jednym uderzeniem. Przedmiotem tych popisów byli inni więźniowie - Żydzi i SS-mani robili zakłady między sobą stawiajc albo na Schmellinga albo na jego ofiary.

W 1940 r. przeciętna długość życia Żyda wysłanego do bloku karnego wynosiła cztery dni. W porównaniu z tym, metody eksterminacji stosowane w stosunku do Polaków były względnie łagodne. Pomimo to, wykaz więźniów z naszego transportu zrobiony po roku pobytu w obozie wykazał, że z 2000 osób pozostało tylko 120 przy życiu. Wielu Żydów, którzy przyjechali z nami z Warszawy, zostało wcześnie straconych. Schmelling był wyjątkiem. Przeżył prawie rok.

Drugim wyjątkiem był pewien rabin, który znał bardzo dobrze język niemiecki. W odróżnieniu od innych Żydów, mieszkał w bloku dla Polaków i pracował w niemieckim urzędzie, gdzie był zajęty tłumaczeniem na niemiecki Talmudu. Przypominam sobie, że był w o wiele lepszej kondycji niż reszta więźniów, ale nie wiem czy przeżył Auschwitz.

Wracając do naszego baraku zauważyliśmy tłum przed Blokiem 16, który mieścił obozowy szpital. Powiększony później o trzy bloki (20, 21 i 28), szpital nigdy nie wystarczał na istniejące potrzeby. Również wiele projektów budowlanych obozu nie było w stanie dotrzymać kroku napływowi więźniów. Blok karny także powiększył się o jeden blok, 12-ty, i oba zostały przemianowane na Blok 10 i 11. Niesławny mur, przy którym Palitsch wykonywał swoje egzekucje, został przyłączony do bloku karnego; dzisiaj odwiedzający obóz moga go z łatwością zidentyfikować dzięki bukietom kwiatów pozostawianym przez rodziny tych, którzy oddali swe życie w walce o wolność Polski.

Tłum przed szpitalem czekał na pomoc lekarską, co dla wielu więźniów pozostawało tylko marzeniem. Ponieważ polskim lekarzom początkowo nie było wolno pracować w szpitalu, zadanie leczenia pacjentów stało się specjalnością "doktora" Bock'a, niemieckiego kryminalisty, któremu powierzono szpital. Żeby nadać sobie wygląd lekarza, Bock był zawsze ubrany w nieskazitelnie biały kitel i nosil stale, ostentacyjnie zawieszony na szyi, stetoskop. Miał pozwolenie na noszenie długich włosów, które ozdabiały jego poważną i pełną autorytetu twarz. Więźniowie, przypadkowo dobierani przez Bocka na sanitariuszy, opowiadali, że wykonywał on różnego rodzaju operacje z katastrofalnymi rezultatami. Życie ludzkie nie miało w Auschwitz żadnej wartości.

Sanitariusze Bock'a "przyjmowali" teraz pacjentów przed budynkiem szpitala. Rzucając okiem na zgromadzony tłum, oceniłem jego wielkość na około tysiąca ludzi, wszystkich bliskich śmierci. Szpital był w stanie przyjąć dziesięciu ludzi dziennie. Ci już gotowi na śmierć, wspomagani przez ich towarzyszy przez główne drzwi, byli dopuszczani jako pierwsi do pokoju, w którym Bock prowadził swoją praktykę. Nawet, jednak, między tymi nielicznymi, Bock znalazł kogoś na tyle zdrowego, żeby mu dać aspirynę, kopniaka w tyłek i wyrzucić go za drzwi.

Głównym kryterium dopuszczenia była temperatura pacjenta. Widoczne rany fizyczne były leczone jodyną i czasami obwinięciem w papierowe bandaże. Więźniowie umierający z osłabienia i głodu nie mieli wysokiej temperatury; wręcz przeciwnie, miewali temperatury niższe od normalnej, co wystarczało Bockowi, żeby orzec ich zdrowymi i odesłać ich z powrotem do ogólnego obozu do pracy lub musztry.

Tu w tym tłumie zobaczyłem po raz pierwszy ludzi faktycznie umierających z głodu. W obozie nazywano ich "muzułmanami", z tego powodu, że, wyczerpani do ostateczności, słaniali się z jednej strony na drugą lub do przodu i do tyłu, jak w modlitwie. [symptomy i kondycja tych ludzi została graficznie opisana przez Dr. W. Fejkela, który sam przeszedł stadium "muzułmanina". Pracował on w szpitalu obozowym, gdzie miał sposobność obserwowania i diagnozowania tego stanu; patrz: "Wspomnienia więźniów obozu oświęcimskiego" (The Publication of the Museum in Auschwitz)].

Z niemieckich dokumentów znalezionych po wojnie wynikało, że więźniowie wystawiani na ciężką pracę fizyczną i rygor życia obozowego otrzymujący 1,500 kalorii dziennie przeżywali najdłużej trzy miesiące. Być może, że początkowo więźniowie otrzymywali tą liczbę kalorii, ale ponieważ wszyscy ci uprzywilejowani więźniowie (jak kapo, blokowi i inni) jedli tyli ile chcieli, ilość żywności dla pozostałych więźniów była mniejsza niż ta, którą powinni byli pobierać.

Stan muzułmański zaczynał się kiedy dany więzień stracił około jednej trzeciej normalnej wagi. Symptomy, oprócz utraty wagi, objawiały się puchnięciem stóp, względnie całej nogi, sztywnięciem stawów, które dodatkowo utrudniały chodzenie, i biegunkę. Twarze przybierały szaro-niebieski kolor świadczący o zobojętnieniu na wszystko i wszystkich.

Jedynym zainteresowaniem “muzułman” było pożywienie, na temat którego mogli rozmawiać godzinami. Byli kucharze lub koneserzy jedzenia opisywali szczegółowo jak się przyprawia wyszukane potrawy i jak one smakowały. Tacy mówcy byli zawsze otoczeni skwapliwie słuchającym gronem zainteresowanych domagającym się dalszych szczegółów, żeby sobie lepiej wyobrazić smak i prezentację potraw. Pod innymi względami muzułmanie byli nietowarzyscy, kłótliwi i zamknięci w sobie. Gromadzili się zazwyczaj koło kuchni, gdzie przynajmniej mogli się napawać zapachami gotowanego jedzenia, lub byli zajęci przeszukiwaniem śmietników obozu, w których jednak rzadko można było znaleść coś do jedzenia.

Muzułmanie nie byli wybredni. Jedli surowe łupiny ziemniaczane i zgniłe części brukwi, zlizywali wyschnięty tłuszcz z wiader na śmieci lub zupę rozlaną na ziemi. Tylko przy jedzeniu ruchy ich były szybkie. Zawsze kończyli zupę pierwsi i obserwowali tych, którzy jeszcze jedli, odprowadzając każdą łyżkę chciwymi oczami do ich ust. Celem tego czatowania była zastępcza przyjemność wyobrażania sobie spożywania jedzenia, jak również nadzieja otrzymania jakiś resztek, a może nawet pozwolenia na wylizanie pustej miski w zamian za przysługę umycia jej. W początkowym stadium odurzenia, muzułmanie próbowali szczęścia mieszając się w kolumny robocze, które otrzymywały dodatkowe porcje zupy od swoich kapo za wykonywanie specjalnych zadań. Nigdy nie mogłem się dowiedzieć na czym te specjalne zadania polegają, lub co trzeba było robić, żeby być zaliczonym do tych wybrańców losu. Widać było jednak, że niewielu muzułmanom udawało się osiągnąć ten cel. Kapo, którzy poznawali ich natychmiast po wyglądzie, nagradzali ich wysiłki sążnistym uderzeniem chochlą po głowie.  Często muzułmanie gromadzili się przy kuchni w nadziei na jakąś spóźnioną dostawę żywności.  Jakkolwiek z reguły nie byli w stanie działać jako zorganizowana grupa, blokowi i kapo zdawali sobie sprawę z ich zagrożenia, które zmuszało do eskortowania więźniów niosących prowiant przed ich nosami.

Pewnego dnia dostawa chleba się opóźniła i dostarczono go na bloki po wieczornym apelu, w czasie kiedy muzułmanie chodzili samopas. Grupa ich , licząca może 50 osób, zobaczyła chleb w drewnianych skrzynkach w drodze do bloków. Wszystkie oczy były skierowane na ten chleb. Byli jak gdyby zahipnotyzowani i w ogóle nie zwracali uwagi na eskortę kapo oraz SS-mana uzbrojonego w karabin konwojującego furmanki z chlebem do kuchni.

Rozumiałem co się działo w ich glowach. Nie było w nich miejsca na rozważenie konsekwencji związanych z kradzieżą chleba. W rzeczy samej, oni nawet nie mieli zamiaru go ukraść. Jeden tylko obraz mieli w wyobraźni: zagłębić zęby w całym bochenku, poczuć niebiański smak chleba w ustach i połykać go, połykać bez końca! Nic innego nie miało znaczenia, żadna cena nie była zbyt wysoka za jeden kąsek chleba.

Nagle, jak na rozkaz , rzucili się na jeden z koszy chleba, z otwartymi ustami, na miarę stada wilków rozdzierających osłabionego jelenia. Oczywiście skrzynia z chlebem rozleciała się na kawałki uderzając o ziemię.

W jednej chwili skotłowana masa ludzkich ciał wpadła jedna na druga, gryząc się nawzajem, kopiąc i bijąc, by tylko dostać się do tego chleba. Kapo ruszyli ze swymi maczugami, waląc na oślep w tą kotłującą się masę. Ich razy rozwalały tyle bochenków co i głów, ale nie robiło to wielkiego wrażenia na żarłocznym tłumie.

Zanim SS-man wypróżnił magazynek w środek tłumu, muzułmanie dopięli swego celu.  Wyrywali zębami wielkie kawały chleba, nieczuli na rozwalone głowy, połamane kości i krwawiące ciała. Nadbiegli kapo i blokowi z sąsiednich bloków zaczęli siekać i ciąć swe ofiary niczym młockarnia. Martwe ciała leżały porozrzucane na ziemi; inni, słaniając się na nogach, z ledwościa zdający sobie sprawę z rozpaczliwości stanu w jakim się znaleźli, usiłowali wygrzebać parę okruszków z ziemi, które natychmiast połykali. Reszta stała i obserwowała z wielkim zainteresowaniem, w nadzieii, że w zamieszaniu nadarzy się i dla nich okazja zdobycia okruchów chleba.

Stan muzułmański był przedśmiertnym stadium większości ludzi w Auschwitz. Wszystkie uprzednie wzorce zachowania odpadały jak warstwy cebuli, pozostawiając jedynie instynkt samozachowawczy. Nigdy nie wahali się ukraść jedzenia głodnym towarzyszom, nawet gdy to było równoważne z natychmiatową śmiercią. Ojcowie kradli chleb synom, synowie ojcom. Muzułmanom dopuszczonym do szpitala trzeba było na noc wiązać ręce i nogi, żeby uniemożliwić im kradzież jedzenia umierającym towarzyszom. W końcu dochodzili oni do wniosku, że nawet chęć przeżycia nie miała wielkiego sensu; śmierć była i tak nieuchronna, więc dlaczego miałby im ktoś zabrać coś co ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie.

Ta prawie nieodwracalna droga, prowadząca do krematorium, była często wynikiem ustawicznej biegunki i nigdy niegojących się ran spowodowanych przez drapanie się, wrzody lub rany odniesione w obozie. Nieleczona biegunka prowadziła do dyzenterii i zakażeń, które w warunkach panujących w Auschwitz były zawsze śmiertelne. Z tych względów, jak również z powodu skłonności muzułmanów do kradzieży żywności, byli oni nieprzychynie traktowani przez innych więźniów. Przedstawiali nie tylko ciągłe zagrożenie dla zdrowia, lecz byli również odpychający z powodu zabrudzonych kałem ubrań, poniewań nie potrafili się już kontrolować. Na noc spychano ich do jednego kąta w pobliżu drzwi, żeby mieli do nich dostęp bez stąpania po śpiących ludziach.

Ciekawe, że w tych beznadziejnych warunkach, samobójstwa w Auschwitz były rzadkim wypadkiem. Samobójcy byli zazwyczaj w dobrej kondycji fizycznej.

Gdy myślę o mojej własnej egzystencji w obozie, często zastanawiam się dlaczego ja sam nie wylądowałem w krematorium. Bieliznę osobistą i płaszcze wydano nam dopiero w listopadzie, a pasiaki dawały niewielką ochrone przeciwko deszczowi, zimnu lub mroźnym, mglistym porankom. To, że w jakiś sposób udało mi się uniknąć przeziębienia, grypy lub nawet bólu gardła było wynikiem nie jakichś świadomych środków zapobiegawczych lecz po prostu szczęścia. Mimo że nie otrzymywałem więcej żywności niż inni więźniowie, nigdy nie osiągnąłem stanu muzułmaństwa. Jedna zasada, której przestrzegałem bardzo rygorystycznie, polegała na bardzo powolnym jedzeniu, przez co uzyskiwałem maksymalną wartość odżywczą pokarmu. Moją rezolucję wzmocniłem trzeźwą oceną sytuacji: mieliśmy do dyspozycji tylko pewną ilość żywności i tylko ograniczone możliwości zmienienia warunków, w których żyliśmy. Trzeba więc było dokładać wszelkich starań, żeby przeżyć.

Przed aresztowaniem interesowałem się yogą, która traktuje o ćwiczeniach oddychania, konserwacji energii i medytacji. Jak nie ma nic innego, to trzeba chwytać się jakichkolwiek srodków, by przeciwstawić się zagrażającej śmierci. Szereg dzisiejszych badań wykazuje, że stan psychiczny ma wielki wpływ na stan fizyczny ciała. W ówczesnym czasie moja wiedza na ten temat była bardzo ograniczona, jednak moje postępowanie musiało być słuszne, gdyż tylko mniej niż jeden procent z około 2,000 ludzi przysłanych do Auschwitz w 1940 roku, po trzech latach pozostało przy życiu. Mniej niż dwudziestu. Ci, którzy przeżyli, musieli oczywiście mieć dużo szczęścia, ale nawet szczęście nie na wiele się przydawało skoro cały obóz umierał z głodu.

Już po pierwszym dniu pobytu w obozie zaznałem głodu. Był on jednak inny od głodu, którego zaznałem później - można było go nazwać zdrowym głodem. Chciało mi się jeść, ale mogłem również się obejść bez jedzenia.

Zapadał zmierzch, kiedy szliśmy z Mietkiem w milczeniu między dwoma rzędami ceglanych budynków. Pozostawały jeszcze dwie godziny do ciszy nocnej. Piękny, jesienny wieczór pogrążył nas w tak głębokiej zadumie, że nawet nie zauważyliśmy jak doszliśmy do naszego baraku.