PRZYJAZD DO AUSCHWITZ (Wrzesień 1940)

Zawiadomienie, że moje przesłuchania w Gestapo dobiegły końca było dla mnie wielką ulgą. Następnego dnia, 3-go września mam być wysłany do obozu pracy w Auschwitz.

Miałem szczęście - byłem jednym z nielicznych, którzy przeżyli wyjazdy z Pawiaka do głównej kwatery Gestapo w Warszawie. Ludzie wracali stamtąd oślepieni lub z połamanymi nogami, powyrywanymi paznokciami i zmiażdżonymi jądrami. Zarzucano nam przynależność do Związku Walki Zbrojnej i nasze szanse na wydostanie się żywcem ze szpon Gestapo były znikome. Nie wiedzieliśmy nic o Auschwitz, lecz obóz pracy wydawał się być sanatorium po naszych doświadczeniach z warszawskim Gestapo.

Otwarto drzwi naszej celi i wywołano mnie oraz mego przyjaciela, Mietka Lebisza. Jako oficerowie kawalerii przynależeliśmy do towarzyskiej śmietanki w przedwojennej Polsce - fakt, który mógł tylko potęgować szok warunków życia więzienngo. Rzeczywiście należeliśmy do podziemia, zaprzeczaliśmy temu jednak uparcie w trakcie naszych częstych przesłuchiwań. Będąc jednak w posiadaniu listy nazwisk zdobytej przy próbie aresztowania jednego z naszych oficerów, na której myśmy również figurowali, Gestapo było, oczywiście, głuche na nasze zaprzeczania.

Jakże wszystko się zmieniło od czasu poprzedzającego nasze aresztowanie, kiedy zarabiałem na życie prowadząc mały zakład jubilerski na przedmieściu Warszawy! Teraz szedłem po schodach i wzdłuż korytarzy w mrok podwórza więziennego. Spojrzałem na zegarek. Była pierwsza w nocy. Noc była pochmurna i wilgotna, a reflektory skierowane na podwórze przebijały się przez ciężkie opary bijące od wilgotnego cementu. Musiało niedawno padać. Nad podwórzem unosił się nieprzyjemny zapach, ale, w porównaniu z naszą przeładowaną celą, wydawało nam się, że wstępowaliśmy do nieba.

Po zgromadzeniu około dwustu więźniów, zostaliśmy załadowani do ciężarówek pod zbrojną strażą SS-Manów [SS skrót od niemieckiego "Schutzstaffel" (Oddział ochronny). Jego członkowie byli związani z Hitlerem osobistą przysięgą lojalności]. Rozległ się głos komendanta ze szczytu jednego z wozów:

- Nie myślcie nawet o ucieczce! Jeżeli ktokolwiek ośmieli się ruszyć ze swojego miejsca na ciężarówce, zostanie zastrzelony.

Konwój ruszył hałaśliwie w ciemne ulice Warszawy.

- Mietek - szepnąłem - jakie są nasze szanse na ucieczkę?

- Niewielkie, Kon. Oprócz tych drani na ciężarówkach, są jeszcze motocykle po obu stronach naszej kolumny.

Ciężarówki potoczyły się dalej przez śpiące miasto. Wszystkie okna w mijanych domach były zaciemnione, ich mieszkańcy pogrążeni we śnie, nieświadomi tego co się działo w dole na ulicach - może było to nawet dla nich obojętne. Prawdopodobnie moja żona również spała głęboko w naszym mieszkaniu. Co ona pomyślałaby o naszym transporcie do Auschwitz, czy zmartwiłaby sie?

Nagle ciężarówki się zatrzymały. Natężyłem uwagę.

- Uważaj, Mietek - wyszeptałem.

Przez skrzyżowanie przejeżdżała inna kolumna ciężarówek. Z powodu panującej ciemności nie mogliśmy się zorientować co to mogło być. Prawdopodobnie jakiś konwój wojskowy. Spoglądając w dół z naszej ciężarówki, zauważyliśmy, że motocykle zniknęły. Mietek, wziąwszy mnie za ramię, pociągnął ku sobie.

- Może powinniśmy unieszkodliwić naszych dwóch strażników i wszyscy moglibyśmy spróbować uciec. Niektórym może się udać.

Niestety, byliśmy usadowieni z przodu ciężarówki, a strażnicy z drugiego końca. Dzieliły nas od nich dwa rzędy po dziesięciu ludzi; w dodatku strażnicy utrzymywali pewien dystans między sobą i najbliższym więźniem.

Zaczęliśmy pchać nasz rząd w kierunku strażnika po naszej stronie. Natychmiast rozumiawszy nasz manewr, ludzie naprzeciwko nas również zaczęli pchać. W rezultacie ostatni więzień w rzędzie przysuwał się coraz bardziej do strażnika, prawie dotykając lufy jego karabinu. W naszym podnieceniu jednak zapomnieliśmy obserwować ulicę. Motocykli juz nie było, za to jezdnia była pełna uzbrojonych SS-manów idących wzdłuż kolumny naszych ciężarówek.

- Co się dzieje? - Zapytał jeden z nich, groźnie kierując swój karabin na nas. - Dlaczego taki tłok naokoło strażnika? Macie dosyć miejsca z przodu. Ruszajcie, bo będę strzelał.

Cofnęliśmy się, czyhając na następną okazję. Tymczasem długa kolumna ciężarówek, dla przejazdu której zatrzymaliśmy się, przejechała, zrobiła zakręt i pojechaliśmy za nią.

Więcej sposobności do ucieczki nie nadarzyło się i w końcu zajechaliśmy gdzieś na krańce miasta, gdzie oczekiwał nas pociąg towarowy w blasku reflektorów. Panował jakiś niezwykły, lecz uporządkowany ruch. Pasażerowie z innych ciężarówek zeskakiwali z nich formując się w grupy około czterdziestu ludzi, które potem wspinały się do pustych wagonów towarowych. Wszystko odbywało się w spokoju, bez pogróżek i brutalności; wydawało się jak gdyby ludzie ci wsiadali do pociągu mającego zawieść ich do jakiegoś miejsca wypoczynkowego.

Od razu zorientowaliśmy się kim byli ci ludzie.

- To są ludzie z ulicznych łapanek. - powiedział Mietek. - Sytuacja się wyjaśnia. Oni jadą na przymusowe roboty do Niemiec i na pewno my też tam jedziemy.

- Nie byłbym taki pewien - odpowiedziałem - ale przynajmniej nie wiozą nas na egzekucję.

I rzeczywiście, gdy przyszła na nas kolej, policzono nas i dołączono do ludzi, którym tak ciekawie przyglądaliśmy się. Po dołączeniu do jednej z grup, wdrapaliśmy się razem z nimi do wagonu, zwracając uwagę na to, że SS-mani zajęli posterunek na każdym końcu wagonu; część z nich poszła do wagonów osobowych umieszczonych na początku i końcu pociągu. Kiedy załadowano nas, pociąg zagwizdał, zatrząsł się i ruszył w kierunku naszego nowego przeznaczenia.

Początkowo nic nie widzieliśmy. Ludzie ruszali się po omacku, usiłując znaleźć miejsca siedzące w tym ciasnym pomieszczeniu. Mietek i ja znaleźliśmy dla siebie kąt. Gdy oczy nasze oswoiły się z wątłym światłem sączącym się między deskami podłogi wagonu, mogliśmy ocenić naszą sytuację. Nie byłem nią zachwycony, Mietek natomiast siedział spokojnie ze skrzyżowanymi nogami i palił papierosa, jak gdyby był w kasynie oficerskim.

Przechyliłem się do niego i rzekłem:

- Mietek, musimy się stąd wydostać! Ja nie mam zamiaru być więźniem do końca wojny.

Spojrzał na mnie pobłażliwie i rzekł:

- Myślisz, że bez ciebie przegramy wojnę? Jak zajedziemy na miejsce, powiem im, że jestem oficerem i że potraktowano mnie haniebnie. Jestem pewien, ze niemiecki oficer zrozumie to i przeniesie nas do jakiegoś obozu oficerskiego.

Mietek był całkowicie przekonany o wysokiej pozycji społecznej kadry oficerskiej i związanym z nią obowiązującym honorem oficerskim, w rezultacie czego wyłoniła się u niego niechęć do próbowania ucieczki, szczególnie jeśli było to powiązane z zabrudzeniem sobie rąk i ubrania. Ja nie byłem znowu taki pewien naszego statusu i przekonywalem go o konieczności szukania sposobu ucieczki:

- My nie jedziemy do obozu oficerskiego. - Powiedziałem mu bez ogródek. - W najlepszym wypadku możemy się spodziewać ciężkich robót: wiesz, kopanie rowów i tym podobne.

- Oni nigdy mnie do tego nie zmuszą - oświadczył zdecydowanie - ale wiesz co, może masz rację. Może powinniśmy próbować ucieczki.

Jedyną drogą było próbować przez drewnianą podłogę wagonu. Desperacko próbowaliśmy wyważyć deskę. Robota była beznadziejnie trudna, zważywszy, że dysponowalismy wyłącznie scyzorykiem Mietka.

- To jest piekielna robota - mruknął - i przypuścił ponowny atak na deski. Po trzech godzinach udało nam się usunąć jedną deskę. Następna będzie łatwiejsza.

W międzyczasie pociąg zaczął zwalniać, wreszcie stanął i mogliśmy słyszeć glosy SS-manów chodzących wzdłuż pociągu. Było jasne, że naszą najlepszą szansą było ześlizgnąć się na tory w momencie kiedy pociąg zacznie ruszać i poczekać aż przejedzie nad nami.

Znowu poczuliśmy hamowanie pociągu, tylko tym razem zdawał się on manewrować między torami. To była sposobność, na którą właśnie czekaliśmy. Zdobywając się na całą energię na jaką nas było stać, udało nam się wyważyć drugą deskę, dokładnie w chwili gdy pociąg stanął.

Usłyszeliśmy jak SS-mani zeskakiwali i krzyczeli coś biegnąc po obu stronach wagonów. Przez szczeliny między deskami widzieliśmy silne reflektory skierowane na jedną stronę pociągu, pozostawiając drugą w ciemności. Nie było widać żadnych budynków ani stacji kolejowej, chociaż wydawało nam się, że możemy rozróżnić wysoką groblę. Wyglądało na to, że zatrzymaliśmy się gdzieś w polu - idealnym miejscu na ucieczkę. Krzyki i bezustanne ujadanie psów rozdzierało nocną ciszę.

- Przygotuj się do skoku, Mietek. Jak tylko pociąg ruszy, zeskoczymy na tory i niech dalej jedzie bez nas.

- Słuchaj - rzekł podnosząc rękę, żeby mi przerwać, i dodał poważnie - nie wygląda na to, że ten pociąg jedzie gdzieś dalej. Mnie się zdaje, że zajechaliśmy do jakiegoś niemieckiego raju. Czy nie słyszysz jak oni wrzeszczą?

Nastawiliśmy uszu, żeby usłyszeć co się dzieje na zewnątrz. Nie było wątpliwości: krzyki szły w kierunku końca pociągu i ujadanie psów stało się głośniejsze. Potem usłyszeliśmy łoskot rozsuwanych drzwi dalszych wagonów i wrzask:

- Raus! Raus! Raus!

Słychać było również jęki ludzi w śmiertelnym przerażeniu lub okropnym bólu. Z niewiadomych powodów pociąg nasz wyładowywano w szczerym polu.

- To mi zupełnie nie wygląda na obóz oficerski, Mietek. Dlaczego nas wyładowują? I, do tego, strzelają.

Wielokrotne strzały karabinowe rozlegały się ponad wrzawę krzyków i szczekaniem psów.

- Być może jakiś idiota próbował uciekać - powiedział Mietek.

Przenoszące się z miejsca na miejsce salwy karabinowe świadczyły o tym, że ktoś był ścigany. Doszliśmy do wniosku, że coś strasznego sie działo i spodziewaliśmy się brutalnego przyjęcia po otwarciu drzwi wagonu. Pociągnąłem Mietka do naszego kąta, sądząc że to najbezpieczniejsze miejsce dla nas; mogło to nam dać tych parę ułamków sekundy na powzięcie właściwej decyzji.

- Jeśli uda nam się dowiedzieć co się dzieje, możemy uniknąć natychmiastowego zastrzelenia - powiedziałem.

W końcu drzwi naszego wagonu zostały otwarte z trzaskiem. Nic nie było widać w nagłym blasku reflektorów. Gdzieś z dołu ktoś krzyczał:

 

- Raus! Schnell!

Niemożliwe było wywnioskować jak głęboki był ten dół i nikt się nie poruszył. Oślepieni intensywnym światłem, staliśmy sparaliżowani nie wiedząc co robić. Nie trwało to długo. Z naszego kąta zobaczyliśmy kilku ludzi z kijami niczym te do bejsbola, wdrapujących się do naszego wagonu. W świetle reflektorów ich sylwetki potężniały. Po ubiorze, przypominającym mundury marynarskie, było od razu widoczne, że to nie byli SS-mani. Nie tracąc ani chwili, zaczęli wymachiwać tymi pałkami na prawo i lewo, bijąc każdego kto usiłował znaleźć schronienie w głębi wagonu. Chcąc uniknąć uderzeń, ci najdalej oddaleni od drzwi zaczęli pchać do przodu, zaś ci z przodu albo wypadli, albo wyskakiwali z wagonu. Dwaj z nich, którzy później zostali zidentyfikowani jako "kapo" ["Kapo" pochodzi od włoskiego słowa oznaczającego głowę względnie starszego. Kapo w Auschwitz rekrutowali się z notorycznych przestępców kryminalnych , którzy byli panami życia i śmierci współwięzniów.] ustawieni po każdej stronie otworu drzwi, walili po głowach wypadających więźniów. Jeden za drugim dawał nura w noc pochłaniany przez panującą ciemność.

Nadszedł czas akcji. Przede wszyskim trzeba było unikać ciosów kapo, szczególnie tych najbardziej niebezpiecznych, usadowionych przy drzwiach. W zamieszaniu ktoś nastąpił na rozluźnioną przez nas deskę, która pofrunęła w naszym kierunku. Postanowiłem jej użyć jako broni. Reagując instynktownie, wpakowałem ją między żebra najbliższego kapo posyłając go na łeb na szyje z wagonu.

- Skacz teraz! - zawołałem do Mietka.

Grobla nie była taka stroma jak się nam wydawało, ale za to bardzo długa. Po wylądowaniu na nogach, spotkaliśmy się oko w oko z kapo, któremu przed chwilą pomogłem obluźnioną deską. Przebiegliśmy po obu jego stronach. Poszczęściło nam się. Z niewiadomej przyczyny zdawało mu się, że sprawca, który go uderzył, znajdował się jeszcze w wagonie i zaczął się wdrapywać przez drzwi z powrotem do wagonu.

Niebezpieczeństwo jednak jeszcze nie minęło. Zlustrowawszy scenę zauważyliśmy korytarz utworzony przez strażników SS z psami. Przez ten szpaler musieliśmy przebiec unikając pałek kapo i kłów psów. Nienadzwyczajnie powiodło się tym, którzy byli wolniejsi lub już ranieni. Wielu starszych ludzi miało połamane nogi na skutek wyskakiwania z pociągu lub rozwalone głowy od ciosów kapo. Uprzednio wyładowani więźniowie tworzyli już pięciorzędową kolumnę w końcu korytarza.

Mietek schwycił mnie, ciągnąc w kierunku kolumny:

- Ustawmy się w niej, to jest to czego oni od nas chcą.

I znowu, prowadzeni instynktem, pobiegliśmy ustawić się w środku następnej piątki. Natychmiast uzupełniono nasz rząd, dostawiając innych po obu naszych stronach. Ci, jak się później okazało, byli wystawieni na ciosy SS-manów; tworzyli nam jakby bufor przed ich furią. Mieliśmy również szczęście, że nie byliśmy ani na przodzie ani na tyle kolumny. Ludziom w pierwszych pięciu rzędach przy pomocy pałek pokazywano którędy i jak szybko trzeba było iść. Ostatnie cztery rzędy musiały nieść poranionych lub martwych kolegów i mimo obciążenia dotrzymać kroku kolumnie.

- Zdaje mi się, że oni chcą żebyśmy maszerowali jak na paradzie. - odezwał się Mietek - Powiedz tym po twoim boku, żeby trzymali linię, a ja zrobię to samo po mojej stronie. Może wtedy ci kapo odczepią się od nas.

W końcu kolumna nasza doszła do bramy obozu ozdobionej enigmatycznym napisem ujętym w wygibasy z kutego żelaza oznajmiającym, że

"Arbeit Macht Frei" - "Praca wyzwala"

Dopiero później dowiedzieliśmy się co on oznaczał: jedyna droga wyzwolenia dla tych, którzy przeszli tę bramę, prowadziła poprzez kominy krematoriów.